Białe gwiazdy nad ziemią myślenicką

26 lutego 2009 Wydanie 8/2009
Białe gwiazdy nad ziemią myślenicką
Podobny widok obserwowali mieszkańcy Myślenic 7 i 20 sierpnia 1944 r. Fot. National Museum of USA

Burzliwe lata wojen na ziemi myślenickiej obfitowały w wydarzenia, które zapadły głęboko w pamięć miejscowej ludności. Bohaterska obrona doliny Raby we wrześniu 1939 r., aresztowania, działania partyzanckie i pacyfikacje, wreszcie często tragiczne dni przejścia frontu w 1945 r. – pamiętamy o nich, lecz swe rozważania kierujemy przede wszystkim ku wydarzeniom na ziemi. Tymczasem równolegle toczyła się druga wojna, równie okrutna, stanowiąca część tej „lądowej” – wojna w powietrzu.

Pierwszych epizodów wojennej aeronautyki zetknęliśmy się już w 1914 r., kiedy to podczas „Cudu nad Rabą” armia austro-węgierska wypuściła w powietrze budzące sensację balony obserwacyjne. Lecz dopiero podczas następnej wojny doświadczyliśmy w pełni jej „światowości”. We wrześniu 1939 r. przemykały po naszym niebie samoloty niemieckie, polskie, a prawdopodobnie również słowackie. Przez następne lata małopolskie niebo zawłaszczyła Luftwaffe, aż latem 1944 r. rozbłysło ono całą gamą maszyn niemieckich, amerykańskich, rosyjskich, a także zrzutowych: polskich, angielskich i południowoafrykańskich. Mało kto pamięta naszych rodaków – bohaterów tamtych dni. A przecież i ziemia myślenicka wydała dzielnych lotników – jak generała Ludomiła Rayskiego czy pchor. Stanisława Pietruszkę. Upamiętnieniu tych wszystkich postaci i wydarzeń ma służyć Izba Pamięci – przystanek na Małopolskim Szlaku Historii Lotnictwa, który w bieżącym roku chcemy utworzyć przy schronisku PTTK Kudłacze.

Stąd pomysł cyklu artykułów historycznych, które przybliżą mieszkańcom regionu te dzieje. Rozpoczynamy go od przypomnienia działań lotnictwa amerykańskiego, o których przez kilkadziesiąt lat kazały milczeć władze komunistyczne. Lecz nawet u tych, którzy byli wówczas dziećmi, obraz samolotów z białymi gwiazdami na skrzydłach jest wciąż żywy.

Po raz pierwszy samoloty amerykańskie pojawiły się nad naszym regionem 7 sierpnia 1944 r. Co ciekawe, nie były to maszyny z baz włoskich. Należały one do „Potężnej Ósemki”, 8 Armii Powietrznej USA, stacjonującej w Anglii. Jak zatem zagościły na małopolskim niebie?

Poprzedniego dnia, amerykańska armada lotnicza, w ramach tzw. operacji wahadłowej „Frantic 5”, startując z Anglii zbombardowała zakłady lotnicze w Rumii koło Gdyni. Było to łącznie 75 Latających Fortec (czterosilnikowe bombowce B-17) z 95, 100 i 390 Grupy Bombowej, w eskorcie 64 myśliwców P-51 Mustang z 357 Grupy Myśliwskiej. Amerykańska formacja po wykonaniu zadania przeleciała nad okupowaną Polską i wylądowała na sowieckich lotniskach w Piriatyniu i Mirgorodzie, na wschód od Kijowa.

W pamiętny poniedziałek 7 sierpnia, lotnictwo 15 Armii Powietrznej dokonało nalotu na śląskie zakłady w Kędzierzynie i Blachowni, produkujące paliwa syntetyczne. Gigantyczne uderzenie (do którego wystartowało ogółem 414 bombowców i 267 myśliwców), wykonane niedługo przed południem, zaangażowało większość niemieckiej obrony. Niedługo potem od wschodu, niejako „bocznymi drzwiami” nad Małopolską pojawiła się formacja 55 „Fortec, osłaniana przez 29 Mustangów. Wystartowały ze wspomnianych rosyjskich baz na Ukrainie. Celem była rafineria w Trzebini, skutecznie obłożona bombami około godziny 13.00. Znad celu formacja skierowała się w rejon Oświęcimia i Kalwarii, gdzie wykręciła w drogę powrotną na wschód, przelatując nad Lanckoroną i Myślenicami.

Jak wspomina Zofia Horodyńska („Dziennik Stokłosy”): W samo południe oglądamy ciekawe zjawisko, które nam bardzo wzmacnia ducha. Przelatuje prosto nad nami eskadra samolotów angielskich (to oczywiście pomyłka autorki – PS). Jest ich może dwieście. Wszystkie białe, tak cudownie połyskują w słońcu! Lecą na północny wschód, spokojnie i pewnie, jakby we własnym kraju. Nie ścigają ich żadne niemieckie myśliwce, tylko potem z daleka słychać strzały z działek.

Dopiero w drodze powrotnej wyprawa została przechwycona przez kilka niemieckich Messerschmittów Bf-109G z III/JG 52 (słynna 3 eskadra 52 pułku myśliwskiego), stacjonujące w Krakowie-Rakowicach. Eskorta nie dopuściła jednak przeciwnika do bombowców. W walce powietrznej nad Chrzanowem niemiecki as z 79 zestrzeleniami, por. Herbert Bachnick uszkodził Mustanga, lecz sam odniósł poważne uszkodzenia w podniebnym pojedynku. Podczas próby awaryjnego lądowania rozbił się o nasyp kolejowy koło Mysłowic i zginął. Inny niemiecki pilot, por. Fritz Eberhard, został zestrzelony na zachód od Myślenic. Jego walka była obserwowana przez mieszkańców Lanckorony. Zapamiętali oni dymiący samolot, który próbował umknąć trzem czy czterem Mustangom.

W dniu 8 sierpnia eskadry wykonujące operację „Frantic 5”, startując z Ukrainy zbombardowały lotniska w Rumunii i wylądowały we Włoszech, skąd – dokonując po drodze bombardowania Tuluzy – powróciły do Anglii. Kilka tygodni później, 18 września 1944 r. miała miejsce najsłynniejsza operacja wahadłowa, „Frantic 7”. Jej celem był zrzut zaopatrzenia dla walczącej Warszawy. Dopiero bowiem kiedy Powstanie dogorywało, Stalin zgodził się na międzylądowanie Latających Fortec w bazach na Ukrainie. Niestety, większość zrzutu wpadła w ręce Niemców... Po kolejnej operacji, misje wahadłowe zostały zawieszone wskutek definitywnego cofnięcia zgody wschodnich „sojuszników” na korzystanie z ich baz.

Życzenie anglosaskiej pomocy dla Powstania było tak silne, że wszelkie alianckie maszyny pojawiające się w tych dniach na polskim niebie uważano za lecące z pomocą dla Warszawy. Owszem, dokonywano w tym czasie zrzutów dla stolicy, ale w misjach nocnych. Mimo ogromnego wysiłku lotników oraz wielu strat, były one przysłowiową kroplą w morzu.

W pogodną niedzielę, 20 sierpnia 1944 r. po raz kolejny obserwowano nad doliną Raby amerykańskie formacje, a widok ten u ludności Podhala i ziemi myślenckiej wywołał wiele łez wzruszenia. Wywiad AK oraz rozpoznanie lotnicze doniosły bowiem, że główne cele w Kędzierzynie i Blachowni zostały na tyle uszkodzone, że nie należało się spodziewać szybkiego wznowienia produkcji. Dzięki temu 15 Armia Powietrzna USA mogła skierować swe ataki na zakłady o mniejszym znaczeniu, a położone bliżej Krakowa: w Oświęcimiu i Czechowicach-Dziedzicach. Na pierwszy cel skierowano 140 Latających Fortec z 2, 97, 99, 301 i 483 Grupy Bombowej, w eskorcie 50 Mustangów z 31 Grupy Myśliwskiej. Czechowice miały „obrobić” bombowce B-24 Liberator z 460, 464 i 465 Grupy Bombowej – łącznie 92 czteromotorowe maszyny, osłaniane bezpośrednio przez 49 Mustangów z 325 Grupy Myśliwskiej. W akcji brała również udział sławna 332 Grupa Myśliwska, w której latali czarnoskórzy piloci, znana m.in. z filmu fabularnego pt. „Czarna eskadra” („Tuskegee Airmen”) oraz 52 Grupa Myśliwska. Miały one oczyścić z samolotów nieprzyjaciela niebo nad Węgrami i Słowacją, a następnie dołączyć do głównej wyprawy.

Około 10.30 powietrzna armada kierująca się na Oświęcim przeleciała nad Podhalem, Skomielną Białą, Pcimiem i Myślenicami, aby na południe od Krakowa skręcić w lewo i rozpocząć podejście do celu. W trakcie przelotu, kolejne eskadry myśliwskie odrzucały opróżnione, zapasowe zbiorniki paliwa, które z daleka wyglądały jak... bomby. Jeden z nich uszkodził dach domu w Skomielnej Białej. Jak wspominają starsi mieszkańcy, na widok spadających „beczek” niemiecki patrol przezornie rzucił się do przydrożnego rowu... Kilka dalszych, aluminiowych zbiorników spadło w Krzczonowie. Z pewnością widok setek maszyn, lecących w zwartych formacjach robił wielkie wrażenie. Niebo drżało, zaciekawieni ludzie wychodzili z domów.

I tym razem amerykańskie samoloty obserwowali partyzanci z myślenickiego zgrupowania AK z Łysiny. Pisała o nich w swym dzienniku Zofia Horodyńska: Koło jedenastej, w czasie samej mszy, obserwowaliśmy znowu przeloty samolotów, tym razem amerykańskich. Nie zaczepiane, leciały na północ w pięknym, równym szyku, połyskując w słońcu. Ile było lornetek w obozie, tyle było w ruchu. Również oficer łączności obwodu „Murawa”, por. Kazimierz Sobolewski „Vis”, opisał to wydarzenie w opublikowanych wspomnieniach pt. „Myślenicki Odwet”: Pewnej sierpniowej niedzieli przedefilowało nad naszymi głowami ponad sto latających fortec, spieszących z lotnisk włoskich ze zrzutami i pomocą dla Warszawy (to oczywiście pomyłka – PS). Wokół olbrzymów uwijały się niby psy owczarskie krępe, czerwono pomalowane maszyny myśliwskie. Przez lornetki widać było na skrzydłach samolotów doskonale białe gwiazdy w niebieskim kole. Luftwaffe ani śladu. Niemieckie lotnictwo, widocznie przerażone potęgą przeciwnika, wolało pozostać w ukryciu. Huk kilkuset silników wibrował w rozpalonym, letnim powietrzu.

Owe „czerwono pomalowane maszyny myśliwskie” to bez wątpienia Mustangi z 332 grupy, za sterami których siedzieli czarnoskórzy piloci. Wyróżnikiem ich jednostki był bowiem pomalowany na czerwono ogon i nos samolotu, podobnie jak równie słynnej 325 grupy „Checkertails” – żółto-czarna szachownica na ogonie.

Była to druga i ostatnia wielka wyprawa bombowa, podziwiana przez mieszkańców naszego regionu. Nie stanowiła jednak końca lotniczych epizodów z białymi gwiazdami. Misje bombowe na rafinerie śląskie trwały bowiem do grudnia – ogółem przeprowadzono ich jeszcze 16. Niektóre wielkie bombowce, uszkodzone przez ogień artylerii przeciwlotniczej, kierowały się na wschód – ku terenom zajętym przez Rosjan. Omijając Kraków od południa, ich załogi chciały za wszelką cenę uniknąć niemieckiej niewoli. Nie wszystkim się to udało.

c.d.n.

Piotr Sadowski