Bóg jest wielki, ale biały też nie jest mały

Bóg jest wielki, ale biały też nie jest mały
Zdjęcia Szymona Kowalczyka z wyprawy do gór Tibesti w Czadzie

Gdy przed wyjazdem pakował swój plecak, niektórzy pukając się w czoło pytali: Po co ci ciepła kurtka? Przecież do Afryki jedziesz, na Saharę…

Tymczasem w Czadzie miejscowi przestrzegali: Tam nie jest tak ciepło, jak tutaj - na południu, a nad ranem może nawet wodę ściąć.

Z zimnem sobie poradzę, byleby mnie tylko tam wpuścili – odpowiadał Szymon Kowalczyk z Myślenic, który dotarł do serca gór Tibesti w północno-centralnej części Czadu

Wymarzona wyprawa na dach Sahary nie doszłaby do skutku, gdyby nie internauci, którzy oddali na zaplanowaną przez myśleniczanina podróż 3799 głosów. W ten sposób zajął pierwsze miejsce w II Memoriale im. Piotra Morawskiego, a główną nagrodą było sfinalizowanie wymarzonej wyprawy. Konkurs powstał, aby oddać hołd jednemu z najwybitniejszych himalaistów młodego pokolenia i utrwalić jego postać w pamięci podróżników. Czy może być na to lepszy sposób, niż wysłanie kolejnych śmiałków śladem zdobywcy najwyższych gór świata? Jednym z nich okazał się Szymon Kowalczyk z Myślenic, który za cel postawił sobie samotną wyprawę do Gór Tibesti w północno-centralnej części Czadu, gdzie nad masywem góruje wulkan Emi Kussi – najwyższy szczyt tego kraju i całej Sahary. Dotarł do serca gór, do wioski Yebbi Bou, a w trakcie podróży musiał wybrać: wdrapać się na szczyt lub dotrzeć w głąb Tibesti i poznać żyjących tam ludzi.

- Główną motywacją, która mnie pcha w ten trudny kawałek świata, są przede wszystkim ludzie. Moim nadrzędnym celem jest poznanie mieszkańców Czadu z ich codziennymi troskami i próbą pokazania ich w Polsce. Zależy mi na rzetelnym przedstawieniu tej części Afryki, stosunkowo mało znanej w naszym kraju – przed wyprawą zapowiadał Szymon. Tak też wybrał, ponieważ potrzeba poznania ludzi okazała się silniejsza. Na jego blogu (www.zczadu.wordpress.com i www.szymonkowalczyk.com) można dowiedzieć się m.in. w jaki sposób w Afryce działa biurokracja, na jakich zasadach wydawane są wizy, jak postrzegany jest na tym kontynencie biały człowiek, a nawet… dlaczego panele słoneczne sprowadzane z Polski, najpierw drożeją w zastraszającym tempie, a następnie tracą kilkakrotnie na wartości z dnia na dzień, niczym za dotknięciem magicznej różdżki.

„Ktoś kiedyś powiedział, że podróżować można na dwa sposoby. Bez środków, ale z zapasem czasu lub z zapleczem finansowym, lecz pod presją upływającego czasu. Mam i środki, i mnóstwo czasu, więc wszystko przemawia za tym, że się uda… że dotrę do samego serca Tibesti. Ale to przecież Afryka. Tam wszystko jest możliwe” - podczas wyprawy pisał Szymon. Tuż przed lotem do Kamerunu otrzymał prośbę, aby przesunąć go o kilka godzin z powodu większej ilości chętnych niż miejsc, aby po chwili znaleźć się w klasie biznes, gdzie oprócz szampana częstowano pasażerów łososiem, francuskimi serami, winami, a nawet belgijskimi pralinkami. Jeśli podróż jest zbiorem niespodziewanych zbiegów okoliczności, to początek wyprawy Szymona obfitował w nie aż nadto. W samolocie poznał wracającą do domu panią Monique, która podwiozła go do hotelu, tu natknął się na polską misjonarkę, a ta z kolei poznała go z Josephem nazywanym po polsku „dziadkiem”. Z ich pomocą wyruszył pociągiem na północ Kamerunu do granicy z Czadem.

Chandra

O tym, że podróż to nie zawsze piękne widoki, wygoda i przyjemność, ale także momenty zwątpienia, śledzący wpisy Szymona mogli przekonać się 10 grudnia, kiedy znalazł się Kousseri. Taką datę nosi najbardziej dramatyczny wpis jaki opublikował podczas podróży. „Obiecuję sobie, ze to już ostatni wyjazd” - pisał po przebyciu niemal 1400 km z Yauonde do Kousseri pociągiem w ciągu 31 godzin. „Mam dość swojej skóry. Mokrej od potu, oblepionej całym tym ulicznym dziadostwem. I karaluchów, biegających między stopami pod zagrzybionym prysznicem. Na litość Boską przecież płacę za ten hotel 20 dolarów! Jeszcze ta boląca pustka w żołądku, kiedy drugi dzień nie włożę nic do ust. I wyciągniętych rąk po jałmużnę, bo przecież moja jest biała-bogata, ich czarna-biedna. Ścisku w autobusach i smrodu na ulicach. I tego cholernego wrzasku! Afrykańskiej k… ekspresji! Zamknijcie się! Możecie choć na 10 minut nic nie mówić? Usiąść na tyłkach! (…) Jedną tylko chwilę! Mam dość…”. Po tym wpisie można było zaniepokoić się stanem Szymona, jednak tylko na kilka godzin, ponieważ wrodzona ciekawość podróżnika zwyciężyła chandrę.

Tego samego dnia Szymon dzieli się ze śledzącymi jego podróż informacją, że od miasta N’Djamena w którym ma nastąpić właściwy etap jego podróży dzieli go zaledwie kilometr. Co więcej w zaplanowanym na kolejny dzień otwarciu mostu granicznego pomiędzy Kamerunem a Czadem, dopatruje się swojej szansy na wejście do N’Djameny, dokładnie w momencie przecięcia wstęgi przez prezydenta Idrissa Deby’ego. Ta wizja sprawia, że wspomniana przez niego wcześniej woda staje się bardziej orzeźwiająca, niż prysznic zagrzybiony na dziesięć minut przed godziną ósmą, w szary poniedziałkowy ranek.

Wszędzie od kogoś zależymy

Tibesti nie jest tak niedostępne jakby się mogło wydawać. Jednak to, w jaki sposób zostanie w nich przyjęty biały człowiek w dużej mierze zależy od przewodnika, jego znajomości i sprytu. To nie jedyny problem, bowiem przy niektórych drogach można natknąć się na miny z lat 80-tych, jakie zostawili w tym miejscu żołnierze podczas wojny czadyjsko-libijskiej. Dwadzieścia lat później, plemię Tubu z gór Tibestii rozpętało w górach rebelię. Miny to śmiertelna pamiątką po tych działaniach. Podróżowania nie ułatwia biurokracja.Aby móc przemierzać kraj należy podać dokładną trasę zawierającą nazwy osad, wiosek, miast, miasteczek i punktów przez które ma zamiar się przejść. Wystarczy wstąpić do oazy, która nie jest wymieniona w wydanym pozwoleniu i powrót gwarantowany. „Ludzie boją się urzędasów, dyrektorów, ministrów, a nawet cieciów siedzących od rana do wieczora przed budynkiem jakiegoś ministerstwa. Boją się, bo tamci mogą ich ochrzanić, wypieprzyć za drzwi, kazać zapłacić” swoje spostrzeżenia związane ze zdobywaniem niezbędnych pozwoleń w ministerstwach opisuje Szymon.

Wyprawa na północ kraju mogła dojść do skutku po kilkunastu dniach biegania po biurach za świstkiem papieru. Kiedy my odliczaliśmy dni, aby przywitać Nowy Rok, Szymon wyruszał w kierunku Faya Largeau, a noc sylwestrową miał nadzieję spędzić na pustyni. Nowy Rok przywitał w czterdziestostopniowym upale, oblany potem, oblepiony piachem i kurzem ciągnąc za sobą wielbłąda. A mieszkańcy Czadu? Na ulicy, przy piwie, przydrożnej garkuchni, głośnej muzyce, a ci bardziej majętni za glinianymi ścianami nocnych klubów.

Jak to jest z tą Afryką?

Poznawał ją przez dwa miesiące. Nie tylko przyglądał się, ale i brał udział w życiu jej mieszkańców. Towarzyszył im podczas wypraw po wodę, w zajęciach szkolnych w Ndżamenie, podczas pasterki i w codziennych trudach. Na własnej skórze przekonał się w jaki sposób postępować, aby radzić sobie wśród jej mieszkańców, nazywając ją krainą nieograniczonych możliwości. Poznał także jej ciemne oblicze, obojętność jaką Afryka ukazuje przed potrzebującymi. Ranny w nogę chłopak wypisany ze szpitala, pomocy poszukiwał we francuskiej bazie wojskowej. Po przeszczepie skóry, kilku miesiącach i wyczerpanych finansach Francuzów wrócił na ulicę, aby szukać ratunku i pieniędzy u rodziny. Nie sprawdziło się tutaj nawet kameruńskie przysłowie mówiące o tym, że “Bóg jest wielki, ale biały też nie jest mały”, ponieważ i możliwości białych żołnierzy w konfrontacji z potrzebami chłopca okazały się niewystarczające. Nikt nie był zainteresowany, aby mu pomóc, a kwota tysiąca euro w tej części świata ma o wiele większą wartość niż w Europie. Do tego afrykański upał, wszechobecny kurz, pył i absolutny brak higieny utrudniały w pielęgnacji rany. Obmycie jej, środki antyseptyczne, maść, a nawet wilgotne opatrunki to koszt, a brak pieniędzy w takim przypadku jest jak wyrok, tylko przeciągnięty w czasie. Bo nie sposób w takim przypadku uniknąć amputacji.

W związku z interwencją zbrojną w Mali, sytuacja w Czadzie i na północy Kamerunu mocno się skomplikowała. Podczas drogi powrotnej Szymona, na północy Czadu wybuchły walki wojsk francuskich i czadyjskich z islamistami. Z dnia na dzień zwiększono środki bezpieczeństwa, a ulice pełne były policjantów, żołnierzy i wojskowego sprzętu. Przeszukiwano samochody i przechodniów, na lotniska wstęp mieli wyłącznie piesi. Francuzi przestrzegali przed samotnym poruszaniem się po Ndżamenie i coraz głośniej mówiono o zwiększonej aktywności nigeryjskiej sekty Boko Haram, która ma wielu sympatyków w Czadzie. Jej celem jest niszczenie wszystkiego co ma związek z zachodem i chrześcijaństwem. W północnej Nigerii wyznawcy palą kościoły, mordują chrześcijan, a ideologiczne szkolenia odbywają się właśnie w Czadzie. Dziennikarze z radia katolickiego (nikt z rządu tej informacji nie potwierdził) mówili, że w Boże Narodzenie Boko Haram miało wysadzić katedrę w Ndżamenie i kościół protestancki. - Podczas powrotu zatrzymał mnie oficer bezpieki i powiedział, żebym uważał na siebie i jechał prosto do Marua, nie zatrzymywał się po drodze, bo w związku z interwencją w Mali i niedawną wojną w Libii teren jest bardzo niestabilny. Miesiąc później kilka kilometrów od miejsca, gdzie rozmawiałem z tym oficerem islamiści z Boko Haram uprowadzili siedmioro Francuzów, w tym czworo dzieci grożąc, że zabiją ich jeśli władze Kamerunu i Nigerii nie uwolnią islamskich bojowników – po powrocie opowiada Szymon.

W jednym z wpisów charakteryzuje Afrykę: „Kiedy wszystko idzie po myśli, można tu żyć za kilka euro dziennie, zjeść i napić się byle czego. Tu złapać robotę, tam się zahaczyć, czasem do kieszeni wpadnie parę groszy więcej na piwo. I jakoś to idzie. Do momentu kiedy nogi nie rozharata. Pracować się nie da, nikt za darmo pieniędzy na życie i leczenie nie wyłoży. Nie chodzi o to, żeby wysyłać kontyngenty z pomocą humanitarną, tiry z lekami i opatrunkami. Tego tutaj jest od cholery. Tylko pytanie, kto sobie może na to pozwolić? Niewielu. Nieliczni. I w tym właśnie rzecz…”

 

Szymon Kowalczyk podczas swojej wyprawy wykonał setki zdjęć. Przygotowuje z nich prezentację multimedialną i ma zamiar pokazać je szerszemu gronu podczas wystawy w Myślenicach. Pracuje nad artykułem z podróży oraz nad montażem materiału wideo, a także nad książką o Bożej Armii Oporu. Planuje też kolejne wyjazdy, do Ugandy i Sudanu Południowego oraz Demokratycznej Republiki Konga i Republiki Środkowej Afryki, aby dokończyć książkę. Więcej na temat podróży Szymona do Czadu można przeczytać na www.zczadu.wordpress.com oraz www.szymonkowalczyk.com.

Więcej zdjęć na i szczegółowa relacja z podruży dzień po dniu na www.zczadu.wordpress.com

Piotr Jagniewski Piotr Jagniewski Autor artykułu

Reporter, redaktor, fotograf. Lubi dobrze opowiedziane historie i ludzi z pasją, którzy potrafią się nimi dzielić. Od 2014 roku pełni funkcję redaktora naczelnego. (REPORTAŻ, WYWIAD, WYDARZENIA, LUDZIE, SAMORZĄD)