Czterdzieści lat z piątą muzą (Melpomeną)

Czterdzieści lat z piątą muzą (Melpomeną)

Zbigniew Stanisław Kaleta jest absolwentem Filologii Polskiej i Teatrologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Od września 1980 pracuje jako inspicjent w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie, a od 2013 jest współtwórcą, a zarazem opiekunem artystycznym „Teatru przy drodze” i jego młodzieżowej sekcji Mirakl.

Pisze scenariusze, adaptacje, reżyseruje, a jego autorstwa są również opracowania muzyczne i scenograficzne spektakli wyżej wymienionych grup. Kto widział „Ikonę” w wykonaniu Teatru przy Drodze albo „Odmieńca”, „Tylko Bóg ma prawo mnie obudzić”, czy „Złotą rybkę” Mirakl potwierdzi, że nie była to strata czasu. Grają rzadko, ale zawsze na wysokim poziomie i zawsze „o czymś”. O kulisy pracy w Teatrze Starym i działalność teatralną w Myślenicach zapytaliśmy samego zainteresowanego w związku z jego zbliżającym się jubileuszem.

Od 1980 roku jest pan inspicjentem w Teatrze Starym. Kiedyś przeczytałem, że inspicjent - używając piłkarskiej analogii - to ktoś taki, jak w Manchesterze United był Carlos Queiroz dla Alexa Fergusona, tzn. wykonywał 80% codziennej pracy treningowej, ustalał taktykę, rozpracowywał rywala, a główny splendor spadał na sir Alexa, który wygłaszał mowy motywacyjne i omiatał to wszystko pańskim wzrokiem. Czy w układzie inspicjent-reżyser jest podobnie?

Tak, to bardzo efektowna i wyrażająca tzw. „powszechne przekonanie” teza, więc - by pozostać w konwencji - pół żartem, pół serio od razu przypomnę cytat z „Rodzeństwa” Thomasa Bernharda o tym, że w „powszechnym przekonaniu dyrektor placówki dla umysłowo chorych jest bardziej umysłowo chory, niż jego pacjenci”, albo krążącą latami w środowisku opinię, że prawdziwymi twórcami „Kanału” Andrzeja Wajdy byli jego asystenci, lub że sukcesy jakiegoś wybitnego profesora były prostą wykładnią umiejętności jego studentów. Te wszystkie „powszechne przekonania” mają jednak to do siebie, że znakomicie sprawdzają się w anegdocie, a rzeczywistość jest zupełnie inna. Każdy ma do wykonania swoją, przypisaną do funkcji robotę i w ten sposób dokłada do całości

swoją cegiełkę. Za całość zawsze odpowiada Głównodowodzący, choć niewątpliwie tym, co wyróżnia dobrego menedżera w każdej dziedzinie życia, jest umiejętność doboru odpowiedniego zespołu wykonawców i współpracowników oraz uruchomienie i wykorzystanie ich kreatywności. Ponadto Carlos Queiroz, nota bene przygotowywany na następcę sir Alexa Fergusona, był już uznanym trenerem. Inspicjent, choć bardzo słusznie uważany za „człowieka od wszystkiego”, nie jest w teatrze „drugim reżyserem”. Kieruje pracą całego zespołu w czasie spektakli i odpowiada za organizację prób. Chociaż ja bardzo często łączę pracę inspicjenta z funkcją asystenta reżysera i wtedy staję się jego „prawą ręką”, najbliższym współpracownikiem, odpowiedzialnym także za planowanie i koordynację całego projektu, tak od strony produkcyjnej jak i realizatorskiej, zastępując go także w czasie jego nieobecności. Wtedy rzeczywiście moja rola przypomina funkcję „drugiego reżysera” na planie filmowym, ale w obu przypadkach działamy w ramach wyznaczonych przez reżysera. Oczywiście skłamałbym, że asystenci w takim układzie nie mają swoich mniejszych, czy większych twórczych przyjemności i satysfakcji, ale zasadniczo nie należy to do naszych obowiązków. A jest co robić. We współczesnym teatrze zespół twórców realizatorów bardzo się powiększył. Tworzą go także Dramaturg, a tekst powstaje często na bieżąco, Scenograf, Autor Kostiumów, Kompozytor, Choreograf, Reżyser Światła, Reżyser Dźwięku, Realizator Video. Do tego dochodzą rozmaici konsultanci zapraszani do projektu: np. specjaliści od sztuk walki, gry na specyficznych instrumentach, treserzy zwierząt, iluzjoniści itd. Ba, zdarzył się nawet hipnotyzer! W dzisiejszym teatrze inspicjenci przejęli także dodatkowo zadania suflerów, chociaż nie chodzi tutaj o klasyczne podrzucanie tekstu, to sporadyczne przypadki, ale o ogromną pracę nad edycją scenariusza. Mnie dodatkowo zdarza się też, z konieczności wejść na scenę w ramach jakichś drobnych zadań, więc nie mam czasu się nudzić!

Kilka lat temu w telewizji można było obejrzeć taki znakomity serial „Artyści”. Czy oglądając go miał pan wrażenie, że to o Teatrze Starym albo czy dostrzegł pan jakieś historie, które nasunęły panu jakieś analogie z tym teatrem?

Autorzy serialu Monika Strzępka i Paweł Demirski stale współpracują z naszym teatrem, a w serialu grali także nasi aktorzy. Oczywiście scenariusz pełnymi garściami czerpał z życia, nie tylko naszego teatru, więc mieliśmy sporo frajdy z doszukiwaniem się pierwowzorów postaci, bądź sytuacji, ale wszystkie te elementy uległy tak dalece przetworzeniu, że niepodobna traktować ten serial jako kronikę z życia naszego, bądź jakiegokolwiek innego teatru. To raczej syntetyczny obraz środowiska teatralnego tamtych czasów.

Co decyduje o wyjątkowości teatru – jego władze, kadra reżyserska, aktorzy czy też wypadkowa tych wszystkich elementów?

W danym momencie wszystkie te elementy jednocześnie, a każdy z nich warunkuje następny. Bo sprawnemu, charyzmatycznemu dyrektorowi łatwiej jest pozyskać do współpracy renomowanych reżyserów. Ci z kolei przyciągają świetnych aktorów i odwrotnie wszyscy chętnie współpracują z dobrym teatrem. Ale to nie wszystko. O pozycji teatru decyduje także jego przeszłość – historia, tradycja, publiczność, którą sobie „wychował” i skupił wokół swoich działań. A budowa „kompletnego” zespołu i zapewnienie mu stałego dopływu „świeżej krwi” nie jest łatwa i trwa latami. Utrzymanie stanu posiadania jest także trudne, bo konkurencja innych teatrów i pracy na wolnym rynku, gdzie płaci się lepiej jest ogromna. Zespół „kompletny” to taki, który posiada odpowiedni, zróżnicowany pod względem wieku, temperamentu, rodzaju ekspresji i warunków zewnętrznych zespół aktorski. Oczywiście minął czas sztywnych podziałów na amantów i aktorów charakterystycznych, ale nie każdy aktor może zagrać wszystko. Pamiętam, że kiedyś mówiło się, że teatr ma dobrze skomponowany zespół, kiedy może własnymi siłami i odpowiednio obsadzić „Wesele” Stanisława Wyspiańskiego. I coś chyba w tym jest!

W swojej pracy w Teatrze Starym obok aktorskich legend pokroju Jerzego Treli czy Jana Nowickiego miał pan okazję zobaczyć początki karier aktorów, którzy swój talent objawili stosunkowo niedawno - Jaśmina Polak, Michał Czarnik czy też Bartosz Bielenia. Czy już wtedy, gdy pojawili się na deskach teatru podejrzewał ich pan o taki talent? Czy w obecnym składzie zespołu widzi pan aktorów o takim potencjale jak wyżej wymienieni, a jeszcze nieznani szerzej widowni?

Ba, i tych legend, które zastałem w teatrze przychodząc do pracy i tych współczesnych gwiazd teatru i filmu, które pierwsze aktorskie szlify zdobywały na naszej scenie było znacznie, znacznie więcej. Nie sposób wymienić wszystkich. A są przecież także fantastyczni aktorzy, którzy swoją karierę związali głównie z teatrem, więc omija ich wielka popularność, którą zdobywa się grając dużo w filmach i serialach. A młodzi? Coraz szybciej po zabłyśnięciu wciąga ich szeroki, artystyczny świat! I nic nie można na to poradzić! Wspomnianej trójki nie ma już w naszym zespole. Przychodzą następni i czekają na swoją szansę. Nie trzeba ich podejrzewać o talent. Nieutalentowanych nie angażujemy. Każdy z nich ma ogromny potencjał, ale nie wszystko od niego zależy. Wiele, w trudnym aktorskim życiu, zależy od przypadku, od szansy, która może a nie musi się pojawić. Od tego jak się ją wykorzysta! Czy wsiądzie się do „windy jadącej do nieba” wielkiej kariery, czy latami będzie się czekać na szczęśliwy traf. Bartosz Bielenia to dla mnie przykład szczególny. Aktor kompletny, potrafiący wszystko, a jednocześnie skromny, normalny człowiek. Jestem zakochany w jego talencie. Ogromnie cieszę się z jego sukcesów i wróżę wielką, międzynarodową karierę.

Przejdźmy do Mirakl. W jednym z wywiadów wspominał pan, że zaczątkiem składu aktorskiego grupy było Przedszkole nr 5. Czy obecnie grający w Mirakl aktorzy wywodzą się tylko stamtąd i w jakich rocznikach szuka pan przyszłej obsady?

To prawda, laboratorium Teatru przy drodze to był mój teatralny wolontariat w „Piątce” i stamtąd wywodziła się większość pierwszego składu zespołu, ponieważ ten amatorski projekt powstał właśnie dlatego, aby te dzieci mogły kontynuować zabawę w teatr. Ale szybko pojawiły się także dzieci z innych przedszkoli i szkół. Czas mija. Dzisiaj z pierwszej obsady pozostały tylko nieliczne osoby – Majka Firek, Aneta Muniak, Ola Boryczko, Jasiek Kaleta. Inne po prostu wyrosły, a niektóre z nich będą już wkrótce studentami. Oczywiście zapraszam dzieci z przedszkoli do tych scen, które tego wymagają, ale w zasadzie przyjmujemy wszystkie, które mają ochotę pobawić się w teatr, bez względu na wiek.

Zdarza się, że przychodzi ktoś tak dalece nieutalentowany, a chcący zagrać, że nie wie pan jaką rolę mu przydzielić?

Uważam, że nie ma dzieci zupełnie nieutalentowanych. Jeśli ktoś bardzo chce, potrafię znaleźć dla niego odpowiednie zadanie, z korzyścią dla niego samego i całości projektu. Nie wszyscy przecież muszą grać główne role, a z czasem niejeden uczestnik zajęć odkrywa w sobie talent, o który nigdy wcześniej się nie podejrzewał.

Jak uwrażliwić młodego aktora, żeby wiedział „o czym gra”?

Myślę, że nie trzeba „uwrażliwiać”, bo dzieci są wrażliwe. Trzeba raczej do tej wrażliwości dotrzeć, ośmielić je do jej uzewnętrznienia. Służy temu wprowadzenie w temat sceny oraz rozmowy mające na celu zbudowanie postaci i relacji, w jakie wchodzi z innymi. Oczywiście to wymaga sporo czasu, którego zazwyczaj brak. Więc z tym pogłębionym postaciowaniem bywa różnie.

Kiedyś wspominał pan, że sztuki Mirakl są oparte w pewnym stopniu na improwizacji, zabawie i własnej inwencji młodych ludzi. Jaki jest ten zakres na improwizację, a ile tekstu gracie „nutka w nutkę”?

To prawda. Lubię korzystać z inwencji młodych ludzi, więc jeśli w trakcie prób coś ciekawego się pojawi, włączamy to do scenariusza. Łatwiej jednak o tworzenie na bazie improwizacyjnej zabawy było na etapie przedszkola. Tam dysponowaliśmy większą ilością czasu. Teraz ten czas jest ograniczony do dwóch godzin tygodniowo, więc to ja muszę być bardziej przygotowany i proponować zarys scen, ale nie oznacza to „grania nutka w nutkę”, czyli po tekście. Często trzeba szukać właściwego znaczenia sceny pod tekstem, obok tekstu, a nawet wbrew tekstowi, w scenicznym działaniu.

W sztuce „Ja, Feuerbach” główny bohater wypowiada takie znamienne kwestie o tym, że aktor czytający nową rolę, musi podchodzić do tekstu w taki sposób, jakby on był napisany po chińsku, czyli bez tego bagażu nawyków i przyzwyczajeń, który przyniosło mu całe życie. Czy to oznacza, że dziecku łatwiej jest odnaleźć istotę tego, co w aktorstwie jest najważniejsze?

O tak! Pamiętam ten koncert aktorski w wykonaniu nieodżałowanego Tadeusza Łomnickiego. Miałem przyjemność przed laty współpracować z nim i do dzisiaj tę przygodę wspominam. To prawda. Pierwsze czytanie musi odbyć się „na biało”, aby otworzyć się na tajemnicę tekstu, nie na siebie. Ale z istotą aktorstwa to inna sprawa. Dziecku jest o tyle łatwiej, że jest dzieckiem i nie musi tej kondycji w sobie budować, jak dorosły aktor. Potrafi być naturalne i spontaniczne. Trzeba tylko sprawić, aby na scenie zachowywało się tak, jak w niepodglądanej przez nikogo zabawie na podwórku. Czyli dziecko nie „gra”, a „jest”! To nie znaczy jednak, że nie ma żadnych nawyków, przyzwyczajeń czy stereotypów myślenia o tej czy innej sprawie. Więc praca nad każdym tekstem jest wyzwaniem także w tym przypadku.

Powiedział pan również onegdaj, że Mirakl to nie jest przede wszystkim kuźnia dla młodych aktorów, ale sposób na to, aby te dzieci uspołecznić, ośmielić, dać taką pewność wypowiedzi w kontakcie z publicznością. A co jeśli któryś z tych młodych aktorów odnajduje w sobie powołanie, żeby iść dalej w tym aktorskim kierunku? Zachęca pan czy przestrzega?

Zgadza się. Nie urządzamy castingów, egzaminów i nie traktujemy naszego teatru jako podstawowej szkoły aktorskiej. Chodzi o pożyteczną, kształcącą zabawę. Nie zniechęcam i nie tyle przestrzegam, ile rysuję prawdziwy obraz tego zawodu. Bardzo trudnego i przynoszącego nie tylko sukcesy, ale i rozczarowania. Aby osiągnąć w nim sukces trzeba nie tylko ciężko pracować, ale i mieć trochę szczęścia. Tę samą prawdę usłyszy każdy na egzaminie do szkoły teatralnej.

Czy ma pan już pomysł na następną premierę zakładając, że jesienią powrót do aktywności teatralnej byłby już możliwy? Czy zdarza się, że młodzi aktorzy z Mirakl naciskają na pana, żeby zagrać jakąś konkretna sztukę?

We wrześniu miała się odbyć premiera spektaklu pt. „Niekochane dzieci”. Praca była już bardzo zaawansowana, a teraz trudno powiedzieć kiedy do tego projektu będzie można wrócić. Chyba, że uda mi się namówić zespół do pracy online. Owszem, dzieci proponują konkretne, nowe projekty, albo powroty do tematów, które były im szczególnie bliskie. Tak był z „Oskarem i panią Różą” i tak miało być teraz. „Niekochane dzieci” to powrót do „Calineczki” Andersena, ale opowiedzianej inaczej, przez pryzmat losu dzieci z Domu Dziecka. Wszystkie nasze przygody teatralne traktujemy z równym sentymentem, ale wracamy zazwyczaj do tych tematów, które zostały niedopowiedziane, albo do których dzieci bardziej dojrzały i chcą je trochę inaczej powtórzyć.

Jak w tym momencie wygląda pana dzień pracy w Teatrze Starym, ten dzień powszedni i weekend?

Nasz teatr, tak jak wszystkie, jest na czas epidemii zamknięty i tak jak wszystkie przestawia się na pracę online. Przygotowujemy kilkanaście ciekawych projektów. Zachęcam naszych widzów do skorzystanie z tej oferty, którą będziemy prezentować na naszym kanale na You Tube. Są tam także pokazywane spektakle archiwalne, więc można nadrobić zaległości. Anonsujemy te projekty na naszym profilu na facebooku i na stronie teatru.

Jak się robi teatr, na którym wzruszają się i dorośli i dzieci?

Nie mam na taki teatr jakiejś szczególnej recepty. Staram się opowiadać interesujące historie, w interesujący sposób. Nie unikam trudnych tematów i staram się w swoim teatrze budować przestrzeń refleksji. Bezrefleksyjna rozrywka, teatr, który nie wzrusza, nie porusza, nie daje do myślenia zupełnie mnie nie interesuje. Andersen powiadał, że jego baśni są jak kolorowe pudełka. Opakowanie jest dla dzieci, a do środka mogą zajrzeć dorośli. Dlatego tworzę scenariusze wielowarstwowe, wielopoziomowe. Dla dzieci jest przestrzeń zabawy, a od dorosłych, od ich wiedzy, przygotowania, wrażliwości zależy jak głęboko będą mogli do tego pudełka sięgnąć wzrokiem.

Rozmawiał Rafał Podmokły