Dzisiaj młodzi mają trudniejszy start niż za moich czasów

Dzisiaj młodzi mają trudniejszy start niż za moich czasów

Wy młodzi macie o wiele trudniejszy start, niż to było - jak to się mówi „za moich czasów”. Dzisiaj wszystko zależy od pieniędzy. Jeśli je masz - to możesz kupować i budować lub urządzać mieszkanie, ale jak nie ma dostępu do pieniędzy, to jest naprawdę ciężko.

Dzisiaj szkoła średnia to za mało. Ciągle trzeba iść dalej, rozwijać się i piąć po szczeblach, a co najważniejsze być odważnym

- o Myślenicach swoich wspomnień i dzisiejszej sytuacji młodych mówi urodzona w Myślenicach Krystyna Pędzisz

 

Wychowała się Pani w Myślenicach na Dolnym Przedmieściu - jak wspomina Pani ten okres?

Właściwie to na „Dolnej Wsi”, bo tak kiedyś mówiło się na tę część miasta. Tam nie mieszkaliśmy długo, bo kiedy miałam sześć lat, przeprowadziliśmy się na ul. Niepodległości, gdzie mieszkałam do czasu ukończenia studiów. Następnie przeniosłam się na ul. Ogrodową. Tamten czas wspominam wspaniale, chociaż muszę przyznać, że na przestrzeni lat w Myślenicach wszystko się zmieniło.

W ostatnich latach wiele zrobiono, zwłaszcza jeśli chodzi o szkoły, infrastrukturę drogową, czy sportową. W dodatku mamy basen, dzielnicę rekreacyjną… No może, gdyby Zarabie bardziej się rozkręciło, to byłoby z korzyścią dla wszystkich. Pamiętam, że dawniej na Zarabiu co niedzielę odbywały się występy i wszyscy szli w to miejsce. Teraz dużo ludzi siedzi w domu, no ale obecnie panuje inny styl życia i wypoczynku.

Co ma Pani na myśli?

W moich wspomnieniach z dzieciństwa nie mieliśmy komputerów, czas spędzaliśmy na podwórkach oraz na polu… i to dosłownie. W miejscu Osiedla 1000-lecia nie było żadnych bloków, tylko pola i łąki. Tam dzieci bezpiecznie biegały i zbierały kwiaty. Bardzo lubiłam chodzić z rodzeństwem na grzyby. Jako dzieci chodziliśmy również do Domu Kultury na Reja, gdzie odbywały się różnego rodzaju spotkania, teatrzyki, bajeczki, to miejsce skupiało wokół siebie bardzo ciekawe środowisko, a za atmosferę odpowiadał w głównej mierze Jan Koczwara.

I co jeszcze fantastyczne, zawsze za budynkiem obecnego gimnazjum na boisku organizowane było lodowisko. Mówię wam, ile ludzi było wtedy na tej ślizgawce! Chodziło się, nie było tak jak dzisiaj telewizji, komputerów, smarfonów - po lekcjach szliśmy na lodowisko. Szał był taki, że ciężko było jeździć, ale każdy tam ciągnął.

Razem z siostrą i z sąsiadami bawiliśmy się w szkołę, w sklep w którym sprzedawaliśmy różne rzeczy…

Sprzedawca był wtedy najpopularniejszym zawodem, czy trudno było otworzyć sklep?

Praca w magistracie przyciągała wielu z moich kolegów i koleżanek, którzy chcieli zostać urzędnikami. Wszyscy starali się o wykształcenie, ażeby dostać pracę w magistracie potrzebne było przede wszystkim wyższe. Było tak rzadkie, że kiedy ktoś miał tytuł magistra, to czuł się dumny. W tamtym czasie ukończenie studiów i obrona dyplomu były o wiele trudniejsze niż dzisiaj.

Natomiast jeśli chodzi o mój sklep… ten od zawsze był inicjatywą prywatną, a o taką w dawnych czasach trzeba było walczyć, bowiem trudno było zdobyć zezwolenie na tego typu działalność. To były trudne czasy. Co więcej prywatne sklepy nie miały takiej renomy w środowisku. Teraz większość ludzi prowadzi działalność gospodarczą, a sposób patrzenia na przedsiębiorców również się zmienił.

Za to dzisiaj wy młodzi macie o wiele trudniejszy start, niż to było - jak to się mówi „za moich czasów”. Mimo, że były kartki, mimo że była reglamentacja na wszystko i ciężko było zdobyć towar, czy pozwolenie na budowę domu, albo kupić meble to ludzie kombinowali, załatwiali i mieli. Dzisiaj wszystko zależy od pieniędzy. Jeśli je masz - to możesz kupować i budować lub urządzać mieszkanie, ale jak nie ma dostępu do pieniędzy, to jest naprawdę ciężko.

Dzisiaj na więcej mogą pozwolić sobie ci, którzy mają dobry zawód. Jednak, aby go zdobyć trzeba w to włożyć wiele pracy. Dzisiaj średnia szkoła to za mało. Ciągle trzeba iść dalej, rozwijać się i piąć po szczeblach, a co najważniejsze być odważnym.

A jak wspomina Pani czasy szkolne?

Uczęszczałam do Szkoły Podstawowej nr 1 na ul. Sobieskiego i w tamtym okresie był to bardzo stary, niewyremontowany budynek. Żeby skorzystać z ubikacji trzeba było wyjść na zewnątrz, gdzie znajdowały się drewniane pomieszczenia przypominające ganek. To właśnie w nich były ubikacje. Bałam się tam chodzić i wolałam z nich nie korzystać.

Natomiast do szkoły średniej chodziłam do Liceum Ogólnokształcącego. Trafiłam do pierwszej - eksperymentalnej klasy, która miała profil matematyczno-fizyczny. W tej klasie byli naprawdę wspaniali ludzie, bardzo mądrzy. O tym świadczy fakt, że chyba tylko trzy osoby nie ukończyły studiów. Naszą wychowawczynią była pani Jarosowa, dyrektorem liceum pan Burkowicz, polskiego uczył nas profesor Bałuk, geografii profesor Bidziński. Natomiast profesor Bała uczył fizyki i naprawdę jego wiedza i zasoby nie tylko z tego przedmiotu, bo również z astronomii budziły we mnie podziw, bo z tych dziedzin nigdy nie byłam najmocniejsza. Swoją edukację zakończyłam na obronie dyplomu na Akademii Ekonomicznej.

Na jednym ze zdjęć mamy zakład fotograficzny Pani Gurdówny. Pamięta go Pani?

Pamiętam ten zakład jako dziecko, ale nie miałam w nim robionych żadnych zdjęć. Moja rodzina chodziła wtedy do pana Sawicza. On miał swój zakład na Kościuszki.

Wspomniała Pani o zmianach jakie przeszły Myślenice. Które jeszcze udało się Pani zaobserwować?

Przede wszystkim Rynek. Ten wyglądał inaczej. Na nim było wszystko; stacja benzynowa, dworzec autobusowy i kasa. Tę pamiętam szczególnie, bo przez jakiś czas pracowała tam moja mama. Nieopodal stały saturatory do picia, kioski w których sprzedawano bułki, rożki, precle, a Rynek zawsze był pełen mieszkańców. Spotykali się na nim ludzie, którzy byli znani w środowisku.

A „Tereska”?

Stała na Rynku odkąd pamiętam.

Ale dawniej leciała z niej woda?

Tak, leciała jakiś czas, ale tam ciągle występowały jakieś problemy, coś się psuło i często ją przetykano.

Co jeszcze różni Pani wspomnienia od dzisiejszego wyglądu miasta?

Pamiętam Galalit do którego ludzie z całej Polski zjeżdżali po guziki. Później fabrykę przeniesiono na Drogowców, a jakiś czas później zlikwidowano, bo taka manufaktura już nie była potrzebna. Dolne Przedmieście było puste, a dzisiaj całe zabudowane. Albo Pomnik Niepodległości, który dzisiaj stoi w Rynku - kiedyś znajdował się przy budynku „Sokoła” z tyłu urzędu.

A samo Zarabie w Pani wspomnieniach bardzo odbiega od dzisiejszego?

Na Zarabiu było tzw. „koło”. Co tydzień występowali na nim artyści i dzieci z całego regionu. Jako dziecko w podstawówce, chyba w czwartej klasie myślałam, że będę grać… to nie do końca tak. To tatusiowi się ubzdurało, że będę grać na akordeonie, ale akordeon dla dziecka w czwartej klasie był za ciężki i nawet zaliczyłam jeden występ na tym kole. Niestety markowałam granie, bo jak rozciągnęłam instrument, to potem nie miałam już siły ściągnąć powietrza. Z Zarabia pamiętam też kajaki. Pływaliśmy w nich jako dzieci, zwłaszcza w okresie wakacyjnym.

Fragment rozmowy przeprowadzonej przez Weronikę Brytańczyk i Filipa Trybałę. Wybrane fragmenty zostały wykorzystane do publikacji Harcerskiego Archiwum Społecznego.

Redakcja: Piotr Jagniewski

 

Wygraj jedną z książek "Myślenice we wspomnieniach mieszkańców"

W ramach Harcerskiego Archiwum Społecznego młodzi ludzie szukali myśleniczan chętnych do podzielenia się swoimi życiowymi doświadczeniami. Rozmowy toczyły się wokół zdjęć udostępnionych przez Muzeum Niepodległości, a rozmówcy opowiadali o tym, co znajduje się na fotografiach i wspomnieniach, jakie budzą w nich przedstawione miejsca, obiekty i wydarzenia.

Efektem jest ponad dwustustronicowa książka w której zebrany materiał został podzielony na fragmenty ułożone tematycznie. Znalazły się w niej urywki rozmów, a na naszych łamach prezentujemy ich obszerne fragmenty. Mamy nadzieję, że starszym czytelnikom pozwolą na moment przenieść się do czasów ich młodości, natomiast młodszym poznać Myślenice, w jakich na co dzień żyli ich rodzice i dziadkowie.

Książka „Myślenice we wspomnieniach mieszkańców” nie trafi do sprzedaży, jednak dla naszych czytelników udało nam się zdobyć kilka egzemplarzy. Aby mieć szansę otrzymania jednego z nich wystarczy dostarczyć do siedziby redakcji kupon konkursowy, który drukujemy w papierowym wydaniu Gazety Myślenickiej.

 

Piotr Jagniewski Piotr Jagniewski Autor artykułu

Dziennikarz, redaktor, fotoreporter. Lubi dobrze opowiedziane historie i ludzi z pasją, którzy potrafią się nimi dzielić. Od 2014 roku pełni funkcję redaktora naczelnego. (REPORTAŻ, WYWIAD, WYDARZENIA, LUDZIE, SAMORZĄD)