Emil Biela: Lanckoronskie lustro cz.1

18 listopada 2010 Wydanie 44/2010

Lanckoronskie lustro cz. 1

Kto nie był w Lanckoronie, to nigdzie nie był. Kto nie zobaczył siebie w lanckorońskim lustrze, to nic nie wie o sobie. Bo Lanckorona jest niczym zwierciadło, które nie odbija rysów i gestów człowieka, lecz jego umysł i myśli. Jest jednocześnie to niby miasteczko jakby weneckim lustrem, a więc olbrzymią, niebieską szybą ustawioną na pochyłym rynku; z jednej strony przezroczystą, umożliwiającą obserwowanie kogoś w sposób niezauważalny dla niego.

Do 1933 roku Lanckorona była miastem. Teraz jest najdziwniejszą na świecie wsią, w której czas się zatrzymał. Nikt się tu nie spieszy, wszyscy się znają. Wieczorami wynoszą przed drewniane domy ławeczki i patrzą, patrzą, patrzą…! Bo takie jest to niezwykłe miejsce spokojnego milczenia.

Dobrze jest mieć przed sobą najbardziej stromy rynek na Szlaku Bursztynowym (kąt spadku prawie dziesięć procent). Gdy błękit nieboskłonu zaczyna się mieszać z ciemniejącym powoli zmierzchem, można posłuchać, jak poeta Chyczyński z pobliskiej Kalwarii Zebrzydowskiej, uczy małego akordeonistę grać melodię do jego wiersza pt: „Sonet lanckoroński”. Nauka idzie koślawo, bo dziesięcioletni harmonista, Kasperek, o którym jego matka opowiada, że kopał nóżkami w jej łonie, kiedy usłyszał w pobliżu jakieś granie, nie bardzo rozumie treść wiersza, a i melodia taka jakaś nietutejsza. Tylko stare domy w rynku, okryte gontowymi dachami z głębokimi podcieniami, które już wiele widziały i słyszały, udają, że podoba im się melodia i słowa sonetu:

Stroma uliczka wiedzie do piekarni / Bajkowe lampy, blask wisi na drzewach, / Piece - aż senne, drzemią głodne garnki. / Kobieta z gęsią pewnie też zasnęła. / Gwiazdy nad głową, ktoś pod murem jęknął / Może to wojak, który twierdzy bronił? / Twardnieje w garści, chłonie moje ciepło / Kamień z ruiny zamku Lanckorony. / Miasteczko żyje, choć niejeden pomarł / Jego miłośnik. Pełne zmór i westchnień / Ciągle dryfuje na morzu historii. / Dawne symbole - lanca i korona / Dzisiaj już rzadko budzą godny respekt. / Serce dla sprawy maleje… To boli.

Malutkie okna drewnianych domów zaczynają ziewać zapalnymi niespieszno światłami. Szerokie i wysokie bramy, kryjące przejazdowe sienie, zapraszają odważnych do siebie. Przed bramami przykryte klapami wejścia do piwnic strzegą dawnych kupieckich tajemnic.

Mały grajek wyraźnie zmęczony, a może znudzony, znika w jednej z przepastnych sieni. Poeta wchodzi do restauracji obok. Zamawia u właścicielki „Sielanki”, pani Eli, zupę lanckorońską. - Szkoda, że nie przyprowadził pan chłopca - powiedziała restauratorka , przynosząc talerz zupy z mięsem. - Nie zasłużył na to! - Ależ pan groźny. - Przekręcał słowa. Ośmieszał mnie… - O, lalala! Przesadza pan, ale tacy są widać poeci. Wiem coś o tym, bo często szukają natchnienia na lanckorońskich ścieżkach, w ruinach zamku.

 

Poeta nie podjął wątku. Wyglądało na to, że wstyd mu było, iż zamówił na kolację zupę. Ale był bardzo głodny. Głupi też był chyba pomysł z graniem i śpiewaniem sonetu…? Zapalił papierosa. Przysłuchiwał się leniwie, jak przy sąsiednim stoliku miejscowa tarocistka stawia kabałę kobiecie w średnim wieku. Wróżka mówiła półgłosem, w natchnieniu, jakby prowadziła prelekcję w Centrum Seminaryjnym: Ciało - Umysł - Duch.

- Doskonałe układy Słońca, Wenus i Uranu pozwalają pani przezwyciężyć kłopoty i osiągnąć stan wewnętrznej harmonii. Dzięki temu stawiasz sobie wysokie wymagania i wysoko kładziesz poprzeczkę ambicji, podejmujesz nowe wyzwania, realizujesz ważne projekty, osiągasz sukcesy. Przyszłość zapowiada się cudownie…

Dwa restauracyjne czarne koty wyłoniły się z półmroku i zapachów wychodzących z kuchni. Zaczęły łasić się do nóg. Poeta kopnięciem przegonił jednego z czarnej pary. Kot przerażony bardzo odskoczył, miauknął rozżalony i rozeźlony. Kobieta z uśmiechem żegnała się z wróżbitką. Obrazy Tadeusza Króla wiszące na ścianie mówiły niemo, że Lanckorona to naprawdę magiczne miejsce na świecie i w dodatku najpiękniejsze. Istny teatr amatorski bez kurtyny, ale o metafizycznym nastroju. Powoli w restauracyjnym półmroku zaczęło się dziać to i owo.

W lokalu robiło się cieplej i ciaśniej, bo niewiadomo kiedy naschodziło się sporo ludzi. Do stolika poety, zatopionego zupełnie w natchnionym milczeniu, przysiadła się właścicielka „Tadeusza”, najstarszej willi w Lanckoronie. Z kieliszkiem wina w ręce, niepytana, zaczęła opowiadać poecie, kto to nie bywał w „Tadeuszu” przed wojną.

- Wie pan, spał u nas Piłsudski, Beck, Mościcki… Ten ostatni to lubił kartofle z kwaśnym mlekiem. Jako mała dziewczynka , pamiętam, obierałam ziemniaki dla prezydenta codziennie, bo ojciec mówił, że potrafię to zrobić najlepiej… U nas nawet ziemniaki musiały być obierane jak na pokaz striptiserski. Ziemniaczana nagość powinna budzić pożądanie skonsumowania. To byli goście - marszałek, minister spraw zagranicznych, prezydent! Teraz takich nie ma. Są panowie w rozpiętych marynarkach, bo brzuchy wyrywają im guziki, jest minister  paradujący w koszuli w kratkę i pożyczonym krawacie… Mościcki to miał prezencję, elegancję, profesorskie wykształcenie, znał języki. A ten nasz to włada dwoma językami: polskim i tym, który je…

Emil Biela