Festiwal lata

Geocaching czyli jak dzisiaj szuka się skarbów

Geocaching czyli jak dzisiaj szuka się skarbów
Widok ogólny cmentarzyka cholerycznego - zachowane nagrobki są w bardzo złym stanie, mimo to wywierają duże wrażenie Fot. Fot. G. Jurek

Jeszcze tylko kilka drobnych kroków. Nie, jeszcze jedna prosta przez las, potem według mapy powinien być parking śródleśny. Jest i parking! Pokaż przewodnik, zaraz zobaczymy gdzie ten szczyt. Do góry i stoimy przy betonowym słupku. Teraz dwadzieścia kroków, ale w którą stronę? - Nie wiadomo…

Czy to opis jakiejś harcerskiej zabawy w podchody? Nie. A może turyści zgubili szlak i szukają najbliższej osady ludzkiej na nocleg? Też nie. To – i to wcale nie jest żart – szukanie skarbów. Znajdź jeden. Być może w zasięgu godziny czy dwóch szybkiego marszu jest ich jeszcze kilka. Może zdążysz? Więc szukasz dalej. Ale uwaga – to wciąga!

O co właściwie chodzi?

W roku 2000 Amerykanie udostępnili szerokiej grupie odbiorców sygnał z satelitów GPS. A dokładniej: udostępnili ten sygnał z dużą dokładnością. Przed rokiem 2000 każdy odbiornik GPS był w stanie określić pozycję swojego użytkownika z dokładnością do 100 metrów. Precyzyjne dane, oczywiście ze względów strategicznych, dostępne były wyłącznie dla sił zbrojnych USA.

Przeciętny użytkownik otrzymywał celowo zafałszowany wynik – takie działanie systemu nazywane było z angielskiego „Selective Availability” (SA). W skali całego globu takie dane wydają się wystarczające, natomiast dla lokalnego użytkowania mapy czy nawigacji samochodowej – to wynik raczej kiepski. Od owego 2000 roku każdy może odebrać dane o swojej pozycji z błędem nieprzekraczającym 20 metrów, a w normalnych warunkach pogodowych precyzja jest dużo wyższa – 5-10 metrów nawet w przypadku urządzeń gorszej jakości.

Za oceanem zapanowała moda na GPS-y – zarówno samochodowe, jak i mniejsze, turystyczne. I to właśnie w USA powstała na bazie „globalnej siatki” inicjatywa, która potem była podstawą do narodzin geocachingu – i to właśnie o nim będzie traktował ten artykuł.

Geocaching to nic innego jak otwarta dla wszystkich gra terenowa, polegająca na wędrówkach i poszukiwaniu ukrytych przedmiotów, które w nomenklaturze pasjonatów zwą się z angielskiego „keszami” (ang. cache – skrytka). „Kesze”, czy jak kto woli, „skrzynki” to poukrywane w wielu, często ciekawych turystycznie miejscach pudełka różnych rozmiarów i różnej formy. Często przybierają postać pudełeczek na żywność, opakowań po filmach fotograficznych, czy plastikowych paczuszek z zakręconym wieczkiem. Zasada jest prosta – poszukiwacz skarbu na podstawie lokalizacji skrzynki podanej za pomocą współrzędnych GPS i kilku innych wskazówek terenowych musi pojemnik odnaleźć i zostawić w nim trwały ślad swojej obecności. Skrzyneczka zawiera zawsze specjalny dziennik-notes, w którym znalazca wpisuje swoje dane i okoliczności odszukania skarbu: zwykle datę, godzinę i własne imię bądź pseudonim.

Czy okolice Myślenic są terenem korzystnym dla poszukiwaczy?

Skłamałbym, gdybym oznajmił, że powiat myślenicki jest rajem dla poszukiwaczy, ale skłamałbym jeszcze bardziej, gdybym oznajmił, że skarbów u nas nie ma wcale. W leśnych zakątkach znajduje się kilka ciekawie położonych skrzyneczek, które już nie jednemu zamieniły zwyczajną przechadzkę po pagórkach w pełne emocji poszukiwania. Zatem do dzieła, oto niektóre z miejsc wartych polecenia na jesienne, czy letnie popołudnia.

Czar kurhanów

Trupielec (476 m n.p.m.) – niewysokie lesiste wzniesienie, na które najłatwiej można dostać się z gruntowej, ale całkowicie przejezdnej drogi Zasań – Kornatka. Miejsce u podnóża Trupielca, położone w lesie zwanym Burletka, przyciąga miłośników historii średniowiecza. Jeszcze przed powstaniem państwa polskiego pogańskie plemiona Słowian urządzały tutaj swoje rytuały pogrzebowe. Ciała zmarłych palono na kamiennych podstawach, umieszczano przy nich pamiątki w formie naczyń i talizmanów, a następnie przysypywano ziemnymi kopcami. Kurhany, bo tak brzmi ich właściwa nazwa, przetrwały do dziś i żądni odkryć turyści mogą podziwiać 39 z nich. Większość jest bardzo niska, niektóre wręcz całkowicie zniknęły porośnięte drzewami i trawą. Zachowało się jednak kilka pokaźnych rozmiarów kopców, niektóre osiągają 1,5 – 1,6 metra wysokości.

Po odwiedzeniu dawnego cmentarzyska można udać się na szczyt Trupielca i korzystając z danych nawigacji (lub samych tylko wskazówek terenowych) spróbować odnaleźć ukrytą u stóp jednego z drzew skrzynkę. Jeśli się uda – świetnie, ostrożnie otwieramy ją, wyciągamy notesik i wpisujemy nasze dane. Kesz będzie zawierał też kilka drobiazgów – prezentów dla znalazcy. Zasada jest następująca: biorąc jakiś podarunek z pojemnika, zawsze sami umieszczamy w środku coś drobnego. Oczywiście musi to być coś trwałego, najlepiej nie z papieru bądź innych materiałów chłonących wilgoć. Skrzynka leży w ziemi, często przez wiele lat, i woda deszczowa, bądź z topniejącego śniegu może dostać się do środka.

Jeśli po dłuższym czasie nie możemy odnaleźć skarbu, a powoli robi się późno, to trudno – jest motywacja, żeby za jakiś czas wrócić ponownie i szukać. Zabawa jest bardzo wciągająca!

Wspominając ofiary epidemii

Nie wszyscy wiedzą, że w połowie XIX wieku prawdziwą zmorą ludzi na ziemiach galicyjskich była epidemia cholery. Ludzie z przerażeniem i bezradnością mogli przyglądać się kolejnym śmiercionośnym zarażeniom, a że cholera to choroba ostro zakaźna – władze austriackie nakazały urządzać poza terenami zamieszkałymi miejsca pochówku. Takie cmentarze choleryczne istniały także w okolicach Myślenic. Jeden z nich, na zboczu Dalinu, przetrwał do dzisiaj, i chociaż nagrobki są zniszczone, omszałe i bardzo zaniedbane, na pewno powinien go zobaczyć każdy pragnący poznać ciekawy, choć smutny okres w historii Myślenic.

Do odwiedzenia cmentarza cholerycznego na stokach Dalinu może też zachęcić umieszczona tam skrzyneczka. Dotrzeć najlepiej z okolicy stacji benzynowej przy popularnej „zakopiance” - należy cofnąć się około 300 metrów w kierunku Krakowa, po czym w lewo ( na zachód) wąską dróżką ku osiedlu Tarnówka.

Stąd już tylko kawałeczek do skrytego w lesie zakątka z kamiennymi tablicami. Na kilku zachowały się nawet inskrypcje – polszczyzna sprzed półtorej wieku urzeka swoimi wyrażeniami, przepełniona smutkiem i bólem za zmarłymi bliskimi.

Po kontemplacji powagi i ciszy leśnej uboczy, można zabrać się za podjęcie skrzynki. Jest ona skryta nieopodal jednego z pni, w pewnym oddaleniu od leśnej nekropolii. Po odnalezieniu i znanym już rytuale zaznaczenia swojej obecności, pudełeczko z powrotem ukrywamy. Kto wie, może już za kilka dni znajdzie się w okolicy kolejny miłośnik skarbów? Albo, jak to często bywa, kesz poleży zakopany w liściach przez kolejne długie miesiące…

Na wyciągnięcie ręki

Nie wszystkie skrzyneczki prowadzą do miejsc o szczególnym historycznym znaczeniu. Niektóre z nich są po prostu schowane przy charakterystycznych, łatwych do zlokalizowania, miejscach przy szlakach turystycznych. Wystarczy dwugodzinna miła wycieczka z Zarabia w stronę Uklejny i dalej, w kierunku schroniska PTTK na Kudłaczach, a w naszym zasięgu znajdą się aż trzy skarby. Niepozorne plastikowe pudełka owinięte dla zabezpieczenia w plastikowe worki czekają na swoich zdobywców. Nad dwiema pierwszymi czuwają leśne krzyże z figurami ukrzyżowanego Chrystusa. Trzecia znajduje się w obrębie schroniska na Kudłaczach, i, co ciekawe, nawet gospodarze schroniska są podobno w całą sprawę wtajemniczeni.

A oprócz tego wiele innych ciekawych i łatwych do odwiedzenia miejsc – góra Chełm, słynna „Lipka” na Plebańskiej Górze, żydowski cmentarz (kirkut) nieopodal „zakopianki”. W każdym z tych miejsc czeka na nas coś ciekawego. Odwiedź zatem jedną skrzynkę, spróbuj ją odnaleźć. Ale – jak pisałem na początku – to może być początek uzależniającej zabawy, nie tylko dla dzieci. Choć dzieci wyprawą po skarby na pewno byłyby zachwycone.

Skrzynka to tylko pretekst

Kesze ukryte w konkretnych miejscach potrafią uczestnikom gry terenowej sprawić mnóstwo satysfakcji. Gdy skrzynki nie uda się znaleźć – ta jak magnes przyciąga w swoją lokalizację, kusi, bo przecież musi tam być, może pod tym drzewem, może głębiej zakopana… I prędzej czy później wrócimy tam, i stanie się ona naszym łupem.

Ona jest jednak tylko środkiem. W świecie, w którym nie ma na nic czasu, kiedy wszystkie czynności wykonujemy z zegarkiem w ręku, kiedy godzinny spacer może wydawać się dla wielu stratą czasu, dobrze mieć usprawiedliwienie. A geocaching jest dobrym pretekstem. Bo kiedy strata czasu przeradza się niezauważenie w „terenowe hobby”, jakoś łatwiej nam zaakceptować ten moment, w którym udajemy się na łono przyrody, dla samych siebie. I stajemy się dziećmi na krótką chwilę, która każdemu po prostu się należy.

Grzegorz Jurek