Halniak to świadomy obywatel gotowy bronić domu i rodziny

Halniak to świadomy obywatel gotowy bronić domu i rodziny
HALNIAK TO ŚWIADOMY OBYWATEL GOTOWY BRONIĆ DOMU i RODZINY, Fot. Łukasz Miętka

Chciałbym, żeby Obrona Terytorialna została zaakceptowana przez mieszkańców, a przynależność do niej stała się czymś tak naturalnym, jak działalność w jednostkach OSP.

Chciałbym, żeby ludzie zrozumieli, że obronność dotyczy nas wszystkichi powinno się o niej myśleć cały czas - nie tylko wtedy, gdy czołg z obcą flagą parkuje nam na podwórku.

Chciałbym, żeby „Halniak”stał się organizacją wielopokoleniową, gdzie tradycje służby przechodziłyby z ojca na syna.

 

w rozmowie z Piotrem Jagniewskim mówi

PAWEŁ LEMANIAK - założyciel Obrony Terytorialnej „Halniak” Myślenice

 

Kiedy we wrześniu 2014 roku do mediów trafiła informacja o tym, że zamierzasz stworzyć w Myślenicach Oddział Obrony Terytorialnej, zaciekawieniu często towarzyszyły głosy wątpiące w powodzenie tego projektu. Z jakimi reakcjami spotykasz się po sześciu miesiącach działalności?

Pierwszą dominującą reakcją rzeczywiście było zaskoczenie, drugą był niepokój i pytania o to czy będzie wojna. Obrona Terytorialna to coś nowego dla większości osób, dlatego na dobrą opinię musimy dopiero zapracować. Tuż po założeniu oddziału na wielu znajomych twarzach pojawiał się uśmiech - nie zawsze przyjemny, dziś po pół roku działalności te uśmiechy powoli znikają i myślę, że to dobry znak na przyszłość. Jeśli chodzi o głosy na temat „Halniaka”, to jako osoba najbardziej zainteresowana, prawdziwe opinie poznam ostatni lub też, co bardziej prawdopodobne… wcale do mnie nie dotrą.

Jak to się stało, że postanowiłeś stworzyć taką formację w naszym mieście?

Obroną Terytorialną zainteresował mnie mój kolega ze studiów Bartosz Gałkowski. Wstąpiliśmy do jednostki tego typu i razem przeszliśmy szkolenie wstępne, a następnie szkolenia zgrywające w ramach drużyny Lekkiej Piechoty. Okazało się jednak, że to co robimy nam nie wystarcza. Dlatego Bartosz założył oddział w Kalwarii Zebrzydowskiej, a ja „Halniaka” w Myślenicach. Nadal współpracujemy pomagając sobie w prowadzeniu szkoleń.

W jakim celu zakłada się taką jednostkę?

Chodzi o to, by stworzyć pewną możliwość dla osób, którym nie jest wszystko jedno, a które z różnych względów nie mogą podjąć służby w Wojsku Polskim lub NSR. „Halniak” to przede wszystkim inwestycja w ludzi i próba wprowadzenia czegoś nowego w otaczającą nas rzeczywistość. Ludzie, którzy pół roku temu zgłosili się jako rekruci, dostrzegają zmianę jaka zaszła w nich przez ten czas. Potwierdzają to ich znajomi i rodziny.

Na czym ona polega?

Schudli, stali się silniejsi i wytrzymalsi, poznali kres swoich możliwości. Każdy strzelał z broni krótkiej i kałasznikowa, każdy z nich przeszedł też dwudziestoczterogodzinny egzamin w Beskidach w zimowych warunkach. Ludzie, którzy jeszcze pół roku temu nie potrafili odbezpieczyć karabinka, dziś rozbierają go po ciemku w maskach przeciwgazowych i w biegu zmieniają magazynki, robiąc to niemal automatycznie. Jestem z nich bardzo zadowolony i dumny z tego co sobą reprezentują.

Coś jeszcze zmieniło się w samym „Halniaku”?

Bardzo dużo. Przede wszystkim minął najtrudniejszy czas, w którym brakowało praktycznie wszystkiego i w którym trzeba było równocześnie szkolić i organizować oddział. Teraz jest znacznie prościej, w szkoleniu pomoże kadra utworzona z „Halniaków”. Przybyło doświadczenia. Wypracowane zostają nowe podstawy taktyczne, odpowiednie dla Lekkiej Piechoty Górskiej, dostosowane do terenu, w którym ćwiczymy. Myślę, że idziemy w dobrym kierunku.

Ile osób wspólnie z Tobą dotarło do tego momentu?

Do oddziału w pierwszym naborze zgłosiło się 40 osób. Selekcja przebiegała w sposób naturalny, a w naszych szeregach pozostali jedynie najbardziej wytrwali i zmotywowani ochotnicy. Dzisiaj stan liczebny wynosi 23 osoby, które musiały przejść egzamin składający się z zestawu ćwiczeń realizowanych podczas 24-godzinnego marszu w Beskidach na 25-kilometrowej trasie. Szczegółów nie zdradzę, znają je tylko ci, którzy zdecydowali się to przeżyć.

Brzmi to dosyć tajemniczo. Możesz przybliżyć jak wygląda codzienność w oddziale?

Każdy miesiąc w „Halniaku” to dwa dni zajęć realizowanych w terenie. Odbywają się co dwa tygodnie w soboty, bez względu na pogodę. Dodatkowo, w co drugi poniedziałek spotykamy się po południu w budynku „Sokoła” na dwugodzinnych ćwiczeniach. Są to zajęcia dodatkowe, ale zwykle uczestniczy w nich około 80% stanu oddziału. Mamy też stałą grupę, która biega dwa razy w tygodniu, a najdłuższa z naszych tras ma ponad 11 km i prowadzi przez górę Uklejnę. Do tego raz w miesiącu dochodzi strzelanie i ewentualnie dodatkowe spotkania oraz uczestnictwo w różnego rodzaju zawodach. Jeśli chodzi o obowiązki, to „Halniacy”, którzy zostali po pierwszym naborze, przejmują powoli różne zadania związane z funkcjonowaniem oddziału.

Czy członkowie „Halniaka” używają ostrej amunicji?

Strzelectwo to jedna z podstaw szkolenia. Strzelamy dużo, ale w mojej ocenie wciąż za mało, ponieważ brakuje nam na to środków. Strzelania odbywają się pod nadzorem uprawnionych instruktorów na poligonach i w strzelnicach. Podczas ćwiczeń w terenie i w „Sokole” używamy broni pozbawionej cech użytkowych, która jest legalna i zarejestrowana w Wojewódzkiej Komendzie Policji. W mojej ocenie nie ma potrzeby, by starać się o pozwolenie na broń, nie ma też potrzeby, by trzymać ją w domu. Jednak jeśli ktoś kiedyś potraktuje poważnie to, co robimy, to dobrze byłoby, aby pewna jej ilość została zmagazynowana w miejscach do tego wyznaczonych.

 To co mówisz może napawać strachem… Mamy Oddział Obrony Terytorialnej z ludźmi, którzy nieustannie się szkolą. Do czego?

W czasie pokoju oddział można będzie wykorzystać w przypadku wystąpienia klęsk żywiołowych lub poszukiwań zaginionych osób. Pomimo wcześniejszych założeń, nie jesteśmy jeszcze gotowi do takich działań. Przede wszystkim brakuje nam podstawowego sprzętu i odpowiedniego zgrania. Myślę, że gotowość w tym względzie uda się nam uzyskać do lipca bieżącego roku.

Podobne organizacje działają m.in. w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Szwecji, ale coraz częściej powstają w różnych częściach Polski. Czy to oznacza, że w przypadku wojny będziemy zdani tylko na siebie?

Odpowiedź na to pytanie znajduje się w podręcznikach historii do klasy szóstej szkoły podstawowej. To, że w jednym czasie na terenie całego kraju powstają kolejne oddziały o charakterze proobronnym nie jest przypadkiem. Konflikt na Ukrainie uwidocznił wyraźnie kilka znanych z historii prawd. Po pierwsze - mocarstwowe, agresywne oblicze naszego sąsiada, po drugie - los, jaki we współczesnym świecie czeka słabe państwo, po trzecie - że wojnę wciąż można skutecznie prowadzić przy użyciu uzbrojenia i środków z lat siedemdziesiątych oraz metod politycznych z okresu II wojny światowej. A co najważniejsze, że w obliczu zagrożenia liczyć można tylko na siebie.

Skoro nawiązujesz do szkoły, zapytam hipotetycznie - jak uczeń; a co jeśli… na teren naszego kraju wkroczyłby agresor - jaki będzie pierwszy ruch „Halniaka”? Czy istnieje scenariusz na taki wypadek?

Obecny „Halniak” to jedynie zalążek tego, co docelowo chcę stworzyć. Oddział musi być liczniejszy, lepiej wyszkolony i wyposażony. Musi też działać we współpracy z MON-em, co jest zresztą nieuniknione. Z założenia; w przypadku wybuchu konfliktu zbrojnego jednostki typu OT działają we współpracy i na rzecz Wojska Polskiego, chroniąc ludność oraz zabezpieczając węzły drogowe, mosty, magazyny i składy, natomiast w przypadku zajęcia terenu przez przeciwnika rozpraszają się, przechodząc do działań nieregularnych, walcząc na własnym, dobrze znanym z ćwiczeń terenie.

Jaka jest forma prawna oddziału? Kto was finansuje? W jaki sposób zdobywacie wiedzę i sprzęt?

Działamy na zasadach stowarzyszenia. W kwietniu powinniśmy zamknąć kwestie związane z rejestracją i współpracą z MON-em. Działalność finansowana jest przez samych „Halniaków” oraz sprzyjających nam ludzi. Przykładowo, pan Janusz mieszkający w Stanach Zjednoczonych kupił nam zestaw medyczny o wartości przekraczającej 2000 zł. Były też sytuacje, gdy sponsorzy obecni na ćwiczeniach jako goście, podejmowali decyzję o wstąpieniu do oddziału. Sprzęt w większości kupujemy za własne pieniądze. System szkolenia opracowujemy sami na podstawie tego, co już potrafimy, dostosowując go do górskiego terenu w którym ćwiczymy.

Kto będzie decydować o wykorzystaniu jednostki? Czy samorząd może wydawać decyzje dotyczące działań jakie ma podejmować „Halniak”?

Chciałbym, żeby tak to działało. W czasie pokoju podporządkowujemy się kierownictwu Biura Zarządzania Kryzysowego działającego w UMiG Myślenice. Do współpracy tego typu zostaliśmy już zaproszeni. Nie chcę określać potrzeb w przypadku powodzi, czy innej tego typu sytuacji, do tego powołane są odpowiednie osoby i służby.

Moim zadaniem jest wyszkolenie ludzi oraz opracowanie systemu, dzięki któremu zbiorą się w określonym miejscu i określonym czasie oraz będą zdolni – jeśli chodzi o sprzęt, wytrzymałość i wyszkolenie zrealizować konkretne, postawione przed nimi zadanie. Tak jak mówiłem - wcześniej nie osiągnęliśmy jeszcze gotowości, a ja nie chcę tworzyć fikcyjnego oddziału, istniejącego tylko na papierze, więc deklaracja w tym względzie nie została jeszcze złożona.

- Ćwiczycie m.in. w lasach powiatu myślenickiego. Jak na wasz widok reagują mieszkańcy, których spotykacie w terenie?

O tych spotkaniach można byłoby napisać osobny artykuł. Spotykamy frustratów i malkontentów, którym nic się nie podoba i którzy nie szczędzą nam ciepłych słów. Są też sytuacje komiczne. Jeden z turystów z przejęciem przekonywał nas, żebyśmy zostawili w spokoju tego niedźwiedzia, ponieważ w konfrontacji z taką liczbą kałasznikowów nie ma żadnych szans, a przecież nic nikomu złego nie zrobił.

Inni pytają czy jesteśmy Ukraińcami, czy separatystami. Trochę to smutne, że nikt nie wierzy w to, że można spotkać ochotników z biało-czerwoną flagą na ramieniu. Są też słowa pełne sympatii i wsparcia, ale też obawy. Najmilej wspominam marsz oddziału przez Porębę i starszego pana opartego o ogrodzenie, który powiedział nam dokładnie to, co chciałem usłyszeć.

Jakie to były słowa?

Przede wszystkim proste i pozbawione frazesów. Mówił byśmy wytrwali w tym co robimy i nie zważali na krytykę. Powiedział też, że to co robimy jest potrzebne i jest z nas dumny, a gdyby był młodszy wstąpiłby do oddziału. Takie słowa usłyszane z ust zwykłych ludzi są nam potrzebne, one dają energię i chęć do dalszej pracy.

Czy członków oddziału można nazywać żołnierzami?

Nie jesteśmy żołnierzami w ogólnym rozumieniu tego słowa. We współczesnej Polsce raczej nie doczekamy się prawa do tego miana. Najlepszym określeniem jest „Halniak”, to coś więcej niż żołnierz. „Halniak” to świadomy, dobrze zmotywowany obywatel działający na rzecz lokalnego społeczeństwa, który w razie potrzeby będzie potrafił skutecznie bronić własnego domu i rodziny.

I każdy może nim zostać?

Pod warunkiem, że jest pełnoletnim mężczyzną posiadającym polskie obywatelstwo. Nie przyjmujemy osób, które leczyły się lub leczą psychiatrycznie. To jest małe miasto, więc z reguły znam ochotników. Nie przyjmujemy też karanych i znanych z tego, że posiadają… nazwijmy to niespokojny charakter.

Duża część chętnych, zgłaszając się do oddziału, nie jest przygotowana fizycznie. Nie jest to przeszkodą, szkolenie zaplanowane jest tak, by powoli wypracowywać kondycję oraz dobry poziom wytrzymałości psychofizycznej. „Halniakami” zostają ci, którzy w oddziale poczują, że jest to miejsce dla nich i chcą ponosić trudy stałego szkolenia. Przypadki odgórnej selekcji zdarzają się, ale dosyć rzadko, niezdecydowani rezygnują sami.

A kobiety?

Nie przyjmujemy kobiet.

Dlaczego?

Między innymi dlatego, że nie chciałbym i zapewne nie potrafiłbym w ramach przeprowadzanych przez nas treningów doprowadzać kobiet do skraju możliwości fizycznych. Tak samo zresztą, jak nie przydzieliłbym kobiecie zadania, którego wykonanie groziłoby uszczerbkiem na zdrowiu, czy utratą życia. Nie ma w tym nic z szowinizmu, takie zachowanie po prostu nie leży w naszej kulturze.

Pomimo to, pytań w sprawie rekrutacji ze strony kobiet jest więcej niż ze strony mężczyzn. To taki znak czasów, w których wytworzyła się generacja „mężczyzn” w różowych trampkach, z wydepilowanymi brwiami i fryzurą na papużkę. Osobny rozdział to kobiety „Halniaków”. W wielu przypadkach obserwuję matki, żony i narzeczone, które popierają i rozumieją to, co robią ich mężowie i synowie. Jest to budujące i niesamowicie potrzebne.

Na kiedy planowany jest kolejny nabór?

Jesteśmy w trakcie rekrutacji. Spotkanie informacyjne odbędzie się 26 marca w siedzibie Miejskiej Biblioteki Publicznej. Na miejscu można będzie zapoznać się z wymaganiami i szczegółami dotyczącymi wstąpienia do oddziału. Zaprezentowane zostanie również umundurowanie i sprzęt. Wszystkich chętnych zapraszam.

Najpierw na szkolenie...

Tak, trwające trzy miesiące. Podczas niego rekruci zapoznają się z zasadami bezpiecznej obsługi broni i bezpiecznego przemieszczania się z nią. Następnie z terenoznawstwem, podstawami łączności, przećwiczą rzut granatem szkolnym, wykonają proste prace saperskie takie jak budowa stanowisk i przejdą szkolenie strzeleckie. Zapoznają się również z podstawami taktyki Lekkiej Piechoty Górskiej i innymi zagadnieniami ogólnowojskowymi. Zamknie je dwudziestoczterogodzinny egzamin realizowany w Beskidach.

Z jakimi kosztami wiąże się obecność w oddziale?

Stałym kosztem jest miesięczna składka członkowska zbierana na potrzeby oddziału, wynosi ona 10 zł. Koszty zakupu amunicji to średnio 50 zł na miesiąc. Największe obciążenie finansowe związane jest z zakupem munduru, oporządzenia i sprzętu, ten jednak kupowany jest etapami tak, żeby każdy mógł sobie z tym poradzić. Innym rodzajem ponoszonych kosztów jest czas, który kradnie się rodzinie.

„Paweł Lemaniak jest twardy i łatwo z nim nie ma. Daje w kość, ma posłuch i potrafi zaleźć za skórę. Ludzie go słuchają, nikt nie podważa jego decyzji, ma naturalny posłuch i dar do zarządzania” - to jedna z opinii na Twój temat wygłoszona przez osobę, która miała okazję przyjrzeć się formacji z bliska. Zgadzasz się z nią?

Nie przeczę, że miło jest coś takiego usłyszeć, ale odnieść się do tego po prostu nie chcę i nie potrafię. Kocham to co robię, a praca z „Halniakami” sprawia mi przyjemność. Na opinię o sobie nie pracuję w sensie zabiegania o nią, co więcej - bez względu na tę opinię niczego co zrobiłem, nie robiłbym inaczej. Jeśli komuś podoba się to co robimy, zostaje. Jeśli nie - odchodzi.

Mimo wszystko udało Ci się zwerbować w wasze szeregi burmistrza. Jakim jest żołnierzem? Czy ze względu na to, że w pracy codziennej jest Twoim przełożonym - podczas ćwiczeń może liczyć na taryfę ulgową?

W „Halniaku” nie funkcjonuje pojęcie „taryfa ulgowa”. Jeśli jako dowódca wyznaczasz karę w postaci dodatkowych ćwiczeń fizycznych, to realizujesz ją razem z „Halniakami”. Zwerbowanie burmistrza, który z zamiłowania strzela, biega i jest myśliwym, nie wymagało wielkiej charyzmy.

Jestem zadowolony z tego, że burmistrz działa w oddziale, pomagając dodatkowo w wielu sprawach, których sam po prostu bym nie załatwił, nie chcę jednak odnosić się do tego, jakim jest „Halniakiem”. Tak jak wspomniałeś - na co dzień jest moim szefem, moja opinia opublikowana na waszych łamach odebrana zostałaby jako wazeliniarstwo. Ćwicząc zapominamy o pracy, w terenie jesteśmy „Halniakami”.

Jacy będą „Halniacy” powiedzmy za… 5 lat?

Chciałbym, żeby Obrona Terytorialna została zaakceptowana przez mieszkańców, a przynależność do niej stała się czymś tak naturalnym, jak działalność w jednostkach OSP. Chciałbym też, żeby ludzie zrozumieli, że obronność dotyczy nas wszystkich i jest sferą, o której powinno się myśleć cały czas a nie tylko wtedy, gdy czołg z obcą flagą parkuje nam na podwórku. Chciałbym, żeby do oddziału wstępowało więcej młodych osób i żeby były one wspierane przez swoje rodziny, a „Halniak” stał się organizacją wielopokoleniową, gdzie tradycje służby przechodziłyby z ojca na syna.

Chcę też w odpowiednim czasie wycofać się z oddziału, przekazując go naszym kolejnym wychowankom i patrzeć z boku jak żyje on ludźmi, których wyszkoliliśmy. Myślę o tym już teraz. To, czego na pewno nie chciałbym przeżyć, to sprawdzenie w praktyce wiedzy nabytej w trakcie szkolenia.

Piotr Jagniewski Piotr Jagniewski Autor artykułu

Reporter, redaktor, fotograf. Lubi dobrze opowiedziane historie i ludzi z pasją, którzy potrafią się nimi dzielić. Od 2014 roku pełni funkcję redaktora naczelnego. (REPORTAŻ, WYWIAD, WYDARZENIA, LUDZIE, SAMORZĄD)