Każdy z nas ma wspaniałe, indywidualne wspomnienia

Każdy z nas ma wspaniałe, indywidualne wspomnienia
Józef Stanisław Błachut: rodowity myśleniczanin urodzony w 1955 roku. Do dzisiaj w mieście działa społecznie, natomiast zawodowo od 28 lat pracuje w Sieprawiu, pełniąc funkcję prezesa Zarządu Gminnej Spółdzielni. Na co dzień kolekcjoner m.in. pocztówek i zdjęć Myślenic, fotograf - dokumentalista, pasjonat historii miasta i losów ludzi z nim związanych.

Każdy z nas ma wspaniałe, indywidualne wspomnienia związane z Myślenicami. One są naszą tożsamością. Bez nich człowiek nic by nie znaczył.

Na przestrzeni lat miasto zmieniało się dynamicznie, czego nie dostrzegamy na co dzień. W przeprowadzaniu tych wszystkich zmian bardzo ważne jest, aby zachować i uszanować tradycję oraz historię Myślenic i naszych rodzin, a także pamięć o ludziach, miejscach i zwyczajach. Dlatego warto zatrzymywać czas na fotografiach

Słyszałyśmy, że interesuje się Pan historią Myślenic i dysponuje jedną z największych kolekcji zdjęć dokumentalnych przedstawiających dzieje naszego miasta…

Od wielu lat kolekcjonuję archiwalne fotografie. Skupiam się głównie na Myślenicach, ale posiadam też zdjęcia okolic, sam też wykonywałem wiele z nich. Niektóre przekazałem Muzeum Niepodległości, chciałbym je zachować dla potomnych, jednocześnie będzie to pamiątka, jaką kiedyś zostawię po sobie.

Od kiedy gromadzi Pan te zbiory?

Będzie już… kilkadziesiąt lat. Zaczęło się na początku lat siedemdziesiątych od fotografowania otoczenia. Podwaliny obróbki filmów i wywoływania zdjęć uzyskałem w ciemni fotograficznej przy ZSTE im. M. Reja prowadzonej przez prof. Tadeusza Bilika. Dokumentowałem wszystko co obserwowałem wokół. Mieszkałem wtedy w bloku, zdjęcia robiło się - nie jak dzisiaj aparatami cyfrowymi, ale analogowymi - a łazienkę zamieniałem w laboratorium fotograficzne. Początkowo filmy wywoływałem w rękach. Potem nastąpiła era koreksów fotograficznych. Pierwsze lekcje obróbki błon kolorowych i przenoszenia zdjęć na papier pobierałem prywatnie w jednym z zakładów fotograficznych w Andrychowie. Jako młody chłopak po materiały fotograficzne jeździłem do Gliwic, gdzie kupowałem negatywy orwowskie (niemieckiej firmy ORWO) i wywoływacze do nich. Zakupy zajmowały połowę plecaka, natomiast pozostałe miejsce wypełniałem kiełbasą pakowaną próżniowo. Wracałem wtedy szczęśliwy, że mam materiały dzięki którym mogę robić zdjęcia no i trochę lepszej żywności, którą górnicy zawsze mieli w swych sklepach pod dostatkiem. Później można je było już kupić bliżej np. w Krakowie czy Myślenicach, ale zawsze z trudnościami.

Czym jeszcze różniła się tamta fotografia od dzisiejszej?

Negatyw liczył 36 klatek, czyli można było zrobić właśnie tyle zdjęć, parametry aparatu ustawiało się indywidualnie i nie można było podejrzeć efektu finalnego. Dopiero po wywołaniu filmu było widać, czy zdjęcie wyszło dobrze - czy też nie. Bez doświadczenia była to wielka loteria, a fotografowanych zdarzeń już nie można było powtórzyć.

Zdarza się Panu jeszcze sięgać po aparat fotograficzny?

Kilka lat temu wykonywany był remont sześćdziesięciometrowej wieży kościoła. Wyszedłem tam trzykrotnie z dobrym aparatem pożyczonym od przyjaciela Jacka, bo wiedziałem, że to będą trudne zdjęcia panoramy miasta wymagające użycia profesjonalnego sprzętu. Za trzecim razem byłem obecny przy montażu złotej kuli i krzyża.

Warto zwrócić na nią uwagę - znajduje się na samym wierzchołku wieży kościoła parafialnego w Myślenicach. Oprócz materiałów archiwalnych umieszczono tam dokumenty współczesne, a także aktualne wydanie Gazety Myślenickiej oraz banknoty i monety, informacje; kto na ten dzień sprawował funkcję m.in. proboszcza parafii, nazwiska aktualnie pracujących księży, burmistrza i starosty oraz kilkanaście zdjęć Myślenic wykonane w dniu poprzednim i moje własne. Udało nam się stworzyć swoistą kapsułę czasu, która zamknięta na szczycie wieży czeka na odkrycie przez przyszłe pokolenia. Po jej zamontowaniu zdjęto rusztowanie. Od tego czasu nikt nie ma do niej dostępu, a podobne remonty w kościele wykonuje się podobno średnio raz na sto lat.

W jaki sposób zdobywa Pan materiały do swojej kolekcji?

To głównie pocztówki lub stare zdjęcia, których zakupu dokonuję zarówno w Polsce jak i za granicą. Zbiory niekiedy udostępniam do publikacji; jak w przypadku monografii myślenickiej parafii, czy monografii miasta. Można je również oglądać w cotygodniowych wydaniach Gazety Myślenickiej. Moim marzeniem jest wydanie albumu będącego uzupełnieniem wspomnianych wydawnictw i składającego się z opisów zawierających kontekst historyczny oraz ilustracji stworzonych z zebranych przeze mnie zdjęć.

Jak według Pana przez te wszystkie lata zmieniały się Myślenice?

Na przestrzeni lat miasto zmieniało się dynamicznie, czego nie dostrzegamy na co dzień. Nie ze wszystkimi z tych zmian łatwo jest się nam pogodzić. Z biegiem lat zauważyłem, że historia pokazuje jak odmienne zdanie na temat rozwoju mają młodsze i starsze pokolenia. Jednak w przeprowadzaniu tych wszystkich zmian bardzo ważne jest, aby zachować i uszanować tradycję oraz historię Myślenic i naszych rodzin, a także pamięć o ludziach, miejscach i zwyczajach.

Utrzymuje Pan kontakt ze znajomymi z czasów młodości?

Spotykamy się, wspominamy nasze ówczesne beztroskie życie, ale każdy z nas ma wspaniałe, indywidualne wspomnienia. One są naszą tożsamością. Bez nich człowiek nic by nie znaczył. Każde z nich to sentymentalna podróż do wnętrza siebie, do rodziny, tego co posiadało się w domu, do chleba. Dla każdego z nas patrzącego w przeszłość to niesamowity okres dorastania w miłości do naszej małej ojczyzny i rodziny.

Jaki był najpopularniejszy zawód w okresie Pana młodości?

Przypuszczam, bo oczywiście takich badań nie przeprowadziłem, że był to sprzedawca. Sklepów było bardzo dużo, a za przysłowiową ladą najczęściej stawały kobiety. Natomiast dla mężczyzn były to zawody fachowców budowlanych, rzemieślników i tym podobne.

A który z nich był najbardziej opłacalny?

Zawsze byli to rzemieślnicy i praca w handlu, ale tym prywatnym.

Jakich zawodów teraz brakuje?

Brakuje ludzi wykształconych do pracy na stanowiska sprzedawców i piekarzy. To jest obecnie nasz olbrzymi narodowy dramat. W dodatku sieci handlowe, które wchodzą na nasz polski rynek, eliminują handel rodzimy.

Jak wyglądał przeciętny dzień pracy?

Sztandarowa „dniówka” trwała osiem godzin i najczęściej rozpoczynała się o godz. 7-mej a kończyła o 15-tej. W soboty pracowaliśmy do godz. 13-tej. Kiedy wyjeżdżałem poza granice kraju do prac sezonowych, zawsze była tam godzinna przerwa obiadowa, natomiast w Polsce pracowało się przez cały czas z przerwą tylko na śniadanie.

Gdzie w Myślenicach znajdowały się największe zakłady pracy, fabryki, warsztaty?

Jednym z największych zakładów było Przedsiębiorstwo Produkcji i Montażu Urządzeń Odlewniczych „Pemod”. Miałem tam praktyki jako uczeń szkoły średniej. Równie dużym zakładem była Wytwórnia Galanterii „Galalit”, gdzie produkowano na dużą skalę guziki i klamerki odzieżowe. Nie bez znaczenia było funkcjonowanie cegielni wykorzystującej surówce ziemne pozyskiwane m.in. z gruntu tuż obok zakładu. Firmy te z biegiem lat zostały zamknięte.

Jaki był Pana pierwszy kontakt z pracą zarobkową?

Pracowałem prawie w każde wakacje przez okres całej szkoły średniej. Najpierw na prywatnej budowie, potem na poczcie rozwożąc telegramy i listy ekspresowe. Całe wakacje spędziłem na rowerze dostarczając te przesyłki. Później pracowałem w turystycznej poczcie, która swoją siedzibę miała w campingu w centrum Zarabia.

Przewijało się przez nią mnóstwo osób i to właśnie w tym miejscu uczyłem się nawiązywać pierwsze relacje z nowo poznawanymi ludźmi. Pokażę wam! Pisemne podziękowanie - dyplom z 1973 roku - od młodzieży z Krakowa z adnotacją: „Kochanemu Panu z poczty dyplom najwyższego uznania za wzorową pracę, uprzejmość i nieodłączny uśmiech – młodzież z willi Doria - Zarabie”. To pierwsze wyróżnienie jakie otrzymałem w życiu. Ten dyplom przechowuję w swych zbiorach do dnia dzisiejszego.

Pracował Pan, aby pomóc rodzicom, czy chciał Pan zdobyć pieniądze na własne potrzeby?

Po części jedno i drugie, bo potrzebowałem pieniędzy na podręczniki szkolne, a przez to wspierałem rodziców.

Skoro jesteśmy przy edukacji… jaką szkołę Pan ukończył?

W Myślenicach kończyłem 5-letnie Technikum Mechaniczne. Nasz rocznik był drugim w historii tej szkoły powstałej w roku 1969.

Jak wyglądała wtedy edukacja? Jakie były przedmioty i czego najbardziej nie lubił się Pan uczyć?

Na myśl przychodzi mi jeden przedmiot, którego później bardzo mi brakowało. Był to język niemiecki - przedmiot nadobowiązkowy i tak też widnieje na świadectwie, jednak kiedy 15 lat później znalazłem się w Niemczech i przyszło mi rozmawiać, to miałem z tym spore problemy. Zamiast „dzień dobry” mówiłem „do widzenia” i odwrotnie. Wtedy doświadczyłem, że czasem w emocjach, gdy znajdujesz się w zupełnie obcym świecie, można stracić głowę. Nadrabiałem wtedy szybko zaległości i zaniedbania ze szkolnych lat.

W jakim celu Pan wtedy wyjechał?

Zarobkowym. Dopiero teraz, na starość jeżdżę czasami za granicę w celach turystycznych. Ale wtedy, to było wyłącznie zarobkowo.

Jak spędzaliście czas po lekcjach?

Najczęściej wspólnie ze znajomymi, a wiecie dlaczego? Ponieważ telewizja w latach siedemdziesiątych do południa nadawała na kanale 1-szym wyłącznie programy szkolne, później do godz. 16.00 była przerwa w transmisji i około 22.00 program się kończył. To sprzyjało życiu towarzyskiemu. Myśleniczanie mieli więcej czasu na rozmowy, interakcję i na życie wśród sąsiadów – nie przed ekranem telewizora.

Pewnie częściej chodziliście do kina?

Wtedy funkcjonowało Kino „Wisła”, w miejscu gdzie obecnie znajduje się Dom Parafialny. Wyjście do tego miejsca miało wielorakie znaczenie. Najistotniejszy był oczywiście sam film, ale na pół godziny przed seansem zbierało się tam mnóstwo ludzi, którzy mieli okazję porozmawiać, spotkać się. Przed kinem toczyło się również życie towarzyskie.

A Dom Kultury?

Z mojego życia pamiętam dwa. Stary, który mieści się przy ulicy Reja i ten nowy, wybudowany przy ulicy Piłsudskiego - wcześniej noszącej nazwę Świerczewskiego. Budynek przy ulicy Świerczewskiego powstawał w wielkich bólach, a budowa trwała naprawdę długo. Jako chłopiec w latach siedemdziesiątych nie mogłem pogodzić się z tym, że w niedziele organizowano partyjne czyny społeczne na tej budowie, a całe tygodnie szalał tam jedynie wiatr.

Pewnego razu przeskoczyłem przez płot i zrobiłem wiele zdjęć tego niszczejącego budynku (z niedokończonymi murami, a już zainstalowanymi grzejnikami c.o.) a następnie wysłałem je do Gazety Krakowskiej. Dobrze, że nie podpisałem listu i zdjęć swoim imieniem i nazwiskiem, bo później, wiem że szukano po istniejących myślenickich ciemniach fotograficznych osoby, która je wykonała.

Jakie mogły być tego konsekwencje?

Miałbym olbrzymie nieprzyjemności w szkole, ale również był to też początek okresu podejmowania przeze mnie pracy zawodowej i to najprawdopodobniej skutkowałoby problemami w jej znalezieniu.

Pokazywał nam Pan zdjęcie z autobusami. Od kiedy Myślenice miały połączenie z innymi miastami?

Dworzec autobusowy na Rynku funkcjonował już w latach pięćdziesiątych i był w tym miejscu do początku lat osiemdziesiątych. Kiedyś przez Rynek przechodziła droga prowadząca w jedną stronę w kierunku Krakowa, a w przeciwną w kierunku Zakopanego.

Z podróżami autobusami w połowie lat siedemdziesiątych związana jest masa przygód. W tym czasie chwilowo pracowałem w PKS Myślenice. Każdego dnia do obsługi tras lokalnych (na tzw. linię) wyjeżdżało 15 autobusów. Pierwszy był o godz. 3.55, a ostatni odchodził o 21.00 z Myślenic do Krakowa. Natomiast na trasach Sułkowice, Dobczyce, Poręba kursowały autobusy z przyczepami. Kierowca lub konduktor stawał w drzwiach i krzyczał: „Miesięczne do przyczepy!”. Każdy kto miał taki bilet biegł do tyłu i siadał w przyczepie, a na jednym z przystanków konduktorzy sprawdzali ważność posiadanych przez podróżujących biletów. We wschodniej części Rynku wyznaczono stanowiska dla autobusów (tzw. przelotowych – przejeżdżających przez nasze miasto) przewożących pasażerów z Krakowa do innych miast w górach i z powrotem.

Dużo osób korzystało z tej formy podróżowania?

Bardzo dużo. Jeździli nimi wszyscy uczniowie z okolicznych miejscowości, mieszkańcy wsi i pracownicy. Każdego dnia zajezdnię opuszczało około 60 autobusów tylko po to, aby przewieźć pracowników do krakowskich zakładów. Później, kiedy rozpocząłem pracę w Krakowie, sam zacząłem z nich korzystać. Zimą, najtrudniejszym do pokonania był odcinek w Mogilanach od strony południowej. Kiedy autobus zbliżał się do wzniesienia, wśród pasażerów zapadała cisza i wszyscy w napięciu czekali na to co nastąpi.

Niektóre z samochodów w okresach zimowych nie były w stanie pokonać tych wzniesień. Bardzo często pasażerowie pomagali kierowcy pchając autobus pod górę. Wśród pasażerów powtarzano wówczas popularne w tamtym czasie powiedzenie „pasażerowie pierwszej klasy (mający miejsca siedzące) siedzą, a pasażerowie drugiej klasy (odbywający podróż w postawie stojącej) pchają”.

Warto tu wspomnieć o pobożności mężczyzn udających się autobusami robotniczymi do pracy w Krakowie. Zawsze gdy autobusy zbliżały się do wzniesienia w Mogilanach, modlili się wspólnie śpiewając kilka zwrotek pieśni „Kiedy ranne wstają zorze ….”.

To prawda, że autobusy dowoziły turystów z Krakowa na Zarabie?

Funkcjonowały tak zwane „zielone linie” autobusów MPK, wahadłowo co pół godziny przywoziły mieszkańców Krakowa do Myślenic. Przyjeżdżało nimi bardzo dużo osób, które odpoczywały na Zarabiu. Ale to nie tylko domena tutaj przybywających turystów. Nad Rabą rodzinnie odpoczywali wszyscy mieszkańcy Myślenic spędzając tam swój wolny czas nierzadko do późnych godzin popołudniowych. Często wysyłało się znad Raby jednego z domowników, aby zagotował ziemniaki lub makaron na obiad i siedziało się jeszcze godzinkę dłużej.

Przy głównym skrzyżowaniu na Zarabiu znajdowało się również tak zwane „koło”, betonowe miejsce widowiskowe, gdzie występowali różni artyści i zespoły. Później dobudowano wokół niego miejsca siedzące dla widzów. Pamiętam, że występował tam nawet Mieczysław Fogg. Czasami tylko te występy potrafiła uprzykrzyć pogoda. A w momencie kiedy padał duży deszcz przerywano koncert, zwijano cały sprzęt i wszyscy szliśmy do sąsiedniej strażnicy na Zarabiu gdzie odbywał się ciąg dalszy.

Czy rozpoznaje Pan miejsca znajdujące się na zdjęciach?

Tutaj jest nasza Tereska, na którą niektórzy ludzie mówią fontanna, ale ja upieram się, że to jest studnia, bo była to studnia i nigdy nie była fontanną. Wodę do niej doprowadzano drewnianymi rurami ze źródła zwanego Studzienką na Stradomiu. Pojono tu konie, bądź wodę wykorzystano do użytku gospodarczego.

To natomiast jest budynek Sokoła, koło plant. Zwróćcie uwagę na pomnik Niepodległości, który w tym czasie stał obok. Obecnie znajduje się on na Rynku w Myślenicach.

Tutaj współczesny budynek Starostwa, który jeszcze w latach siedemdziesiątych był miejscem siedziby partii PZPR. Z tym budynkiem łączy się wiele ciekawych, bądź zatrważających zdarzeń. Pamiętam, że w okresie stanu wojennego jeden z myśleniczan na chodniku przed tym budynkiem zapalił świecę. Szybko ją ugaszano, ale był to symbol końca tej instytucji.

Rozmawiały: Aleksandra Bajer i Wiktoria Gubała

Redakcja: Piotr Jagniewski

Piotr Jagniewski Piotr Jagniewski Autor artykułu

Dziennikarz, redaktor, fotoreporter. Lubi dobrze opowiedziane historie i ludzi z pasją, którzy potrafią się nimi dzielić. Od 2014 roku pełni funkcję redaktora naczelnego. (REPORTAŻ, WYWIAD, WYDARZENIA, LUDZIE, SAMORZĄD)