Korespondent – (nie) przypadkowy

Korespondent – (nie) przypadkowy

Myślenicki Ośrodek Kultury i Sportu realizuje od jakiegoś czasu cykl #Za Burtą Pytań, którego autorem jest Adrian Burtan. Zaczęło się jeszcze, gdy o pandemii nikt nie słyszał, więc pierwsze dwa spotkania w ramach tego cyklu odbyły się z publicznością.

nline, ale to nie oznacza, że przestało być ciekawie. W programie Adriana Burtana poruszano już tematy miłości w dobie tindera oraz tego, jak radzić sobie psychicznie z ograniczeniami związanymi z koronawirusem. Tym razem gościem programu był Paweł Pieniążek. Urodzony w 1989 roku, dziennikarz i reporter, który relacjonował ukraińską rewolucję, wojnę na Donbasie, kryzys uchodźczy i walkę irackich Kurdów z tzw. Państwem Islamskim. Stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”, autor książek „Pozdrowienia z Noworosji” (2015), „Wojna, która nas zmieniła” (2017) i „Po kalifacie. Nowa wojna w Syrii” (2019). Dwukrotnie nominowany do nagrody MediaTory, a także do Nagrody im. Beaty Pawlak i Nagrody „Ambasador Nowej Europy”. Stypendysta Poynter Fellowship in Journalism na Yale University.

To spora lista zasług, jak na człowieka zaledwie trzydziestoletniego, który na dodatek korespondentem wojennym stał się, jak sam podkreśla, trochę przez przypadek, bo nie miał w sobie nigdy militarystycznych zamiłowań, chociaż trenował kiedyś boks. Na Ukrainę, a ściślej mówiąc: do Donbasu trafił po raz pierwszy w wieku 24 lat i wspominając ten czas, Paweł Pieniążek mówi, że do tej pory nie potrafi uchwycić tego momentu „zero”, gdy konflikt, który zapowiadał się początkowo na swoisty anty-majdan,

czyli falę protestów, przerodził się w działania wojenne. W powszechnym wyobrażeniu korespondent wojenny jest skrzyżowaniem Sylwestra Stallone z Leonardo di Caprio. On już nie chodzi jak zwykli śmiertelnicy, ale dociera i nie dowiaduje się czegoś tak po prostu tylko z narażeniem życia(copyright by Wojciech Jagielski). Paweł Pieniążek nie przepada za taką heroizacją swojej profesji, a nawet trochę go ona śmieszy.

- Wiatr we włosach i ostrzał artyleryjski to bardzo pretensjonalny, prawdziwy obraz korespondenta wojennego. Bardzo polecam książek Michaela Herra „Depeszę”, która demitologizuje taki obraz wojennego dziennikarstwa. Dziennikarz nigdy nie powinien być najważniejszą osobą w narracji, a jedynie przekaźnikiem. Poza tym ta praca często polega na czytaniu dokumentów, próbach docierania do ludzi, rozmowach z dowódcami, a często jest to po prostu czekanie. W telewizji widać często tylko te najlepiej się sprzedające 10 procent prawdziwego obrazu wojny.

Paweł Pieniążek nie należy do tych, którzy na wojnie szukają adrenaliny i nie jest jak ci himalaiści, o których mówimy, że wracając z jednego szczytu myślą już o następnym, a całe życie pomiędzy to tylko przygotowania do kolejnych wypraw. Potrafi przysiąść kilka miesięcy na napisanie książki, ale nigdzie jeszcze nie mieszkał dłużej niż 9 miesięcy. Zawód, który uprawia jednak nie pozwala mu na taki bezruch. Korespondent to funkcja, która w tradycyjnej formie dziennikarza zatrudnionego na etacie w jakimś kraju jest już w zaniku. Redakcje nie mają, czy też nie chcą mieć pieniędzy na kogoś takiego, więc ci, których tytułują korespondentami, to najczęściej freelancerzy - sami inwestują swoje środki w nadziei na sprzedanie materiałów telewizji, radiu czy gazetom, a jeśli ich praca zaczyna być doceniana przez czytelników, mają szanse również napisać reporterskie książki tak jak Paweł Pieniążek. Paweł nie ukrywa, że to nie jest pomysł na życie dla kogoś, kto ma zobowiązania rodzinne i zawodowe, bo dziennikarz do swoich podróży czy raczej pobytów za granicą gruntownie się przygotowuje czytając o miejscach, które ma zamiar zobaczyć, ale wiele uwagi poświęca również logistyce, bo materiały, które przygotowuje z frontu to nie tylko artykuł i zdjęcie, ale często również wideo. Wymaga to zatem sprawnego i gotowego do użycia aparatu, niezliczonej ilości kabli i taśm.

- To prawda, co mówią dziennikarze o plecaku, który cały czas jest do połowy spakowany – mówi Paweł Pieniążek. Kamizelka kuloodporna waży jakieś 13 kilo i zajmuje w niej mniej więcej tyle miejsca.

Stres, związany z tak niebezpiecznym zawodem, Paweł Pieniążek znosi dobrze, chociaż sytuacji dramatycznych w jego życiu nie brakowało.

– Raz tylko musiałem korzystać z pomocy psychologa po pobycie w Syrii. W czasie ostrzału artyleryjskiego zginął człowiek, który stał jakieś dwa metry ode mnie, a inny był ciężko ranny. Nie zdiagnozowano u mnie jednak żadnego stresu pourazowego.

Dziennikarz wojenny często musi rozmawiać z ludźmi dotkniętymi przez konflikt zbrojny i nie są to łatwe rozmowy, bo niechętnie rozmawia się o traumach. Paweł stara się rozmawiać z tymi ludźmi w taki sam sposób jak sam by chciał, aby z nim rozmawiano. Nie trzyma jednak tych historii w sobie, ale też i nie epatuje nimi na spotkaniach towarzyskich i stara się zachować dystans do tego, co dane mu było przeżyć. Co go najbardziej zaskoczyło w ciągu tych kilku lat jeżdżenia po świecie i obserwowaniu ekstremalnych sytuacji i ludzkich dramatów?

- Byłem zadziwiony tym, jak ludzie są w stanie przyzwyczaić się do wojny. Ile jest determinacji w człowieku, żeby żyć w sytuacji, gdy cały porządek jest wywrócony do góry nogami. Nie zapomnę takiej zabawnej sytuacji, jak zobaczyłem na Ukrainie człowieka, który chwilę po ostrzale artyleryjskim wyszedł ze schronu i pierwszą rzeczą, o jakiej marzył były papierosy.

Przebywanie w rejonie konfliktu zbrojnego uczy radzenia sobie w ekstremalnych sytuacjach, a Pawłowi udawało się już nawet spać przy ostrzale artyleryjskim. Naprawdę bał się kiedyś, gdy do północnej Syrii wkroczyły wojska tureckie i syryjskie bojówki, a miasto, w którym wtedy przebywał dosłownie wciągu jednej nocy przeszło pod panowanie najeźdźców. To nawet dla korespondenta mogło oznaczać poważne problemy z więzieniem włącznie.

Pisanie o wojnie nie wyczerpuje tematyki jego reportaży, a nawet można zaryzykować tezę, że nie jest to główny temat, bo nawet pisząc o Afganistanie większość tekstów poświęcał tematyce społecznej związanej z wojną. Afganistan to przecież nie tylko ludzie ginący na froncie, ale zmagający się z gigantycznym bezrobociem, żyjący w większości w biedzie, a ostatnio dotknięci również pandemią. Dla Pawła Pieniążka praca dziennikarza wojennego to nie tylko okazja do poznania innych ludzi i ich kultury, ale również nauczenia się języka. W czasie pobytu w Syrii poznał język kurdyjski, a pierwsza wizyta w Donbasie pozwoliła na podszlifowanie rosyjskiego i ukraińskiego. Wśród swoich reporterskich wzorców wymienia Milene Jesenską, autorkę kapitalnej książki „Ponad nasze siły” będącej zbiorem publicystyki na temat zajmowania Czechosłowacji przez Niemców pod koniec lat trzydziestych oraz Souad Mekhennet - autorkę „Powiedzieli żeby przyszła sama”, czyli książki, która otwiera oczy na Dżihad jak mało która. Wśród autorów, których wymienia Paweł są również Artur Domosławski i Wojciech Jagielski. Już pierwszy wyjazd do Donbasu nauczył go, że obraz medialny, a rzeczywistość to dwie różne rzeczy.

Korespondentem Paweł Pieniążek został przypadkiem, podobnie jak przypadkiem (też jego słowa) trafił na ukrainistykę ( studiował również historię i politologię), ale jak mawiał Albert Einstein- „przypadek to Bóg przechadzający się incognito”

 

Rafał Podmokły Rafał Podmokły Autor artykułu

Dziennikarz, meloman, biblioman, kolekcjoner, chodząca encyklopedia sportu. Podobnie jak dobrą książkę lub płytę, ceni sobie interesującą rozmowę (SPORT, KULTURA, WYWIAD, LUDZIE).