Moje wspomnienia z lat 1939-1945 cz.1

Moje wspomnienia z lat 1939-1945 cz.1

Bratu Kazimierzowi oraz kolegom z Gimnazjum Myślenickiego, którzy w latach 1939-1945 walczyli i zginęli dla Polski w dowód pamięci wspomnienia te poświęca autor. Myślenice, listopad 1982r.

Wstęp

Pragnę na początku zaznaczyć, że uczestnicy kampanii wrześniowej, którym przyszło spełnić swój żołnierki obowiązek, nie byli przygotowani na pewne fakty i zdarzenia, z którymi się zetknęli w toku walk. Myślę tu przede wszystkim o ogromnej przewadze wojsk niemieckich nad naszymi oddziałami w uzbrojeniu i sile ognia.

Druga sprawa to stosunek ludności ukraińskiej do Polaków, który był w wielu wypadkach wrogi. Dotyczyło to zwłaszcza województw południowo-wschodnich, gdzie działały już we wrześniu 1939 r. dobrze uzbrojone bojówki, atakujące polskie oddziały.

Wreszcie sprawa trzecia - wkroczenie na tereny wschodnie ziem polskich wojsk radzieckich. Miało to miejsce 17 września 1939r. Dla żołnierzy polskich, których losy wojny rzuciły na wschód, względnie którzy tam mieli punkty mobilizacyjne, fakt ten był zupełnym zaskoczeniem. Dla ogromnej większości internowanych, rozpoczął się trudny okres, który miał trwać ponad dwa lata, nim nastąpiło polityczne uregulowanie statusu wywiezionych Polaków do Związku Radzieckiego.

Mnie udało się w wyniku szczęśliwego przypadku zbiec i uniknąć niewoli.

Wrzesień 1939r.

Jako absolwent Wydziału Farmacji UJ w Krakowie, powołany zostałem w 1935 r. do odbycia czynnej służby wojskowej w Centrum Wyszkolenia Sanitarnego w Warszawie. Nasza podchorążówka była przedmiotem zazdrości kolegów odbywających służbę w innych szkołach. Wysoka lokata dała mi szansę szybkiego awansu i tak po ćwiczeniach w Szpitalu Mokotowskim w Warszawie w 1937 r. otrzymałem stopień podporucznika ze starszeństwem od 1 stycznia 1938 r.

Drugie ćwiczenia miałem odbyć w Przemyślu we wrześniu 1939 r., a na październik byłem zaproszony na polowanie do Broszniowa (zachodnie Gorgany w Karpatach lesistych).

Los spłatał mi nie lada figla, zmieniając scenariusz i moją w niw rolę, ale o tym później.

Pamiętnego dnia 1 - września o świcie obudził mnie szum samolotów i odgłosy bitwy powietrznej, a więc zaczęło się… Tego samego dnia znalazłem się w Krakowie, a w sobotę 2 września wsiadłem do pociągu relacji Kraków - Lwów, by dostać się na trzeci dzień mobilizacji do Przemyśla. Aż 36 godzin trwała podróż; zbombardowane tory, uszkodzone mosty, bezpośrednie naloty na pociąg, były przyczyną takiego opóźnienia. Wieczorem w niedzielę dostałem przydział do szpitala polowego, 62. dywizji piechoty.

Dywizyjny szpital polowy była to ówcześnie jednostka licząca około 110 ludzi, w tym 5. oficerów + podchorąży, student medycyny. Szpital mógł przeprowadzać najniezbędniejsze operacje, posiadał własną aptekę. Transport był konny; około 30 wozów + kuchnia polowa + powóz dowódcy. Była to więc jednostka mało ruchliwa, a wozy dostarczone w ramach świadczeń mobilizacyjnych byłe stare i na dobrą sprawę nie nadawały się do użytku.

Szpital organizował się w małej wiosce koło Przemyśla. Po 4 dniach otrzymaliśmy rozkaz wymarszu w kierunku Lwowa jako samodzielna jednostka marszowa, gdyż nasza dywizja nie zorganizowała się. Pierwszy biwak dzienny spędzamy zbyt blisko głównej szosy, lasy są bombardowane przez lotnictwo nieprzyjaciela i ostrzeliwane z karabinów maszynowych. Zgłaszają się ranni z sąsiednich jednostek. Wieczorem pojawia się „niewidzialny” przez cały dzień komendant szpitala, major Dąbrowski, figura dość nieciekawa i odczytuje przed frontem oddziału rozkaz: „Szpital ma posuwać się marszami nocnymi w kierunku wschodnim, zapaść w lasach pod Lwowem i nawiązać z nim łączność. On sam udaje się do Lwowa, aby nawiązać zerwaną łączność z dowództwem frontu południowego.” Jakie były motywy wydania takiego rozkazu i pozostawienia swojej jednostki bez dowództwa? Major Dąbrowski dowiedział się już w Przemyślu, że szybkie, pancerne dywizje niemieckie przełamały opór naszych wojsk na przełęczach karpackich, i że nasza jednostka ma małe szanse na dotarcie do Lwowa. Jednostka posuwa się jeszcze przez dwie noce, odbijając się bardziej na południe od głównej szosy. Od prawej strony widać łuny palącego się naftowego zagłębia drohobyckiego. Brak map utrudnia bardzo obliczenia marszów nocnych, a świt nie może zastać kolumny na otwartych szosach.

10 września zapadliśmy w lasach około 25 km od Lwowa, opodal szosy gródeckiej. W naszym odczuciu Niemcy mogli być od nas oddaleni najmniej niż 100 km. W tym dniu dla nas fatalnym nie miałem służby, ułożyłem się więc względnie wygodnie na noszach i smacznie zasnąłem. Obudzenie było szokujące, gdyż w bliskiej odległości od naszego biwaku toczyła się potyczka. Niemcy rozbili kompanię naszej piechoty w leżącej w pobliżu wsi i znaleźli się przed nami. Drogę do Lwowa mieliśmy odciętą. Przez las wycofywali się żołnierze rozbitej kompanii, a my spodziewaliśmy się w każdej chwili pojawienia się niemieckich oddziałów. Sytuacja nasza stała się bardzo trudna. Oficer, który pełnił obowiązki komendanta szpitala, podporucznik J.Barlik wydał rozkaz, aby żołnierze pod dowództwem następnego z kolei starszeństwa oficera zaprzęgali szybko konie do wozów, które można było natychmiast wyprowadzić z zagrożonego terenu. Jednostka miała się przebijać w kierunku północno-wschodnim. Podporucznik Barlik pozostał na miejscu, wyznaczył mnie i 10 żołnierzy, którzy zgłosili się na ochotnika. Naszym zadaniem miało być ratowanie najbardziej cennego wyposażenia. Udało się nam wyprowadzić 5 wozów i ruszyliśmy odbijając na wschód w kierunku szosy stryjskiej. Nie posiadaliśmy żadnych map, tak że kierunek marszu wyznaczało zachodzące słońce i odgłosy bitwy toczącej się gdzieś z lewej strony. Jechaliśmy różnie - polnymi i leśnymi ścieżkami, lub zgoła na przełaj. Przy przejeździe przez jedną z wiosek, zostaliśmy ostrzelani z broni maszynowej przez bojówkę ukraińską i straciliśmy jeszcze sześciu żołnierzy i trzy wozy.

Nasza mała grupa dotarła wreszcie późną nocą do Lwowa i zgłosiła się w wyznaczonym punkcie zbornym w Winnikach na przedmieściu Lwowa. Zasadnicza grupa, która miała nad nami przewagę pół godziny czasu nie doszła. Kilka miesięcy później spotkałem we Lwowie jednego żołnierza tego oddziału, żydka, fryzjera szpitalnego. Kupowałem drobiazg w pasażu Mikolasza, gdzie można było sprzedać i kupić wszystko, gdy poczułem, że ktoś mi się bacznie przygląda i po chwili pyta z typowym żydowskim akcentem - „to pan porucznik jeszcze żyje?” Wtedy dowiedziałem się o losach szpitala. Otóż oficer prowadzący oddział wykazał zdumiewający brak wyobraźni i wyprowadził żołnierzy na szosę gródecką, którą przed chwilą przeszła czołówka pancerna niemiecka. Drugi rzut czołgów rozbił naszą jednostkę, a straty w ludziach wyniosły ponad połowę stanu. Rozbity szpital wycofał się na wschód, potem na południe, by około 18 września ulec rozwiązaniu.

My tymczasem zgłaszamy na ręce majora Dąbrowskiego prośbę o skierowanie nas do obrony Lwowa, ale niestety dowódca realizował swój własny plan według dewizy „byle dalej od Niemców” i wystarał się dla wszystkich o rozkaz wymarszu do Złoczowa z przydziałem do szpitala ewakuacyjnego - EWA 202. Była to duża jednostka licząca około 700 ludzie. My stanowiliśmy rezerwę personalną i na razie nie mieliśmy nic do roboty, odpoczynek był nam zresztą bardzo potrzebny.

W trzecim dniu otrzymałem razem z kilkoma oficerami bardzo nieprzyjemne zadanie, a mianowicie konfiskaty cywilnych samochodów przejeżdżających przez Złoczów. Braliśmy wozy osobowe, ciężarówki i autobusy razem z kierowcami. Było przy tym dużo płaczu i lamentów. Jeszcze wtedy nikt z nas nie wiedział, że szpital na się ewakuować na południe, a samochody były potrzebne do tego celu.

Następnego dnia, 17 września około południa odczytano nam rozkaz dowództwa, że szpital ewakuuje się do Brzeżan, około 50 kilometrów na południowy zachód. Równocześnie powiadomiono nas, że wojska radzieckie przekroczyły granice Rzeczpospolitej; oddziały polskie i radzieckie mają się mijać, pozdrawiając się. Jakie to miały być pozdrowienia przekonaliśmy się już za dwa dni. Normalna ewakuacja szpitala wygląda tak, że ciężko ranni pozostają z częścią personelu medycznego, lekko ranni natomiast są ewakuowani. Nie widziałem, żeby jacykolwiek chorzy, czy ranni żołnierze znaleźli się w kolumnie przygotowującej się do wyjazdu, czy wymarszu. Major Dąbrowski wspaniałomyślnie odstąpił mnie i porucznikowi Barlikowi swój ekwipaż z żołnierzem powożącym. W jednym z samochodów spostrzegłem brata majora, cywila, ale w mundurze wojskowym. Pomyślałem wtedy, że jednak duch w narodzie jeszcze nie upadł, skoro w tak trudnych chwilach zgłaszają się do armii ochotnicy. Prawda wyglądała zgoła inaczej - major Dąbrowski przebrał brata, gdyż wiedział, że szpital, względnie jego część ewakuuje się na Węgry. Kolumna samochodowa ruszyła, a w chwilę później tabor konny szpitala i kompania sanitarna licząca około 300 ludzi. W budynku, w którym mieścił się szpital pozostali ranni i chorzy pod opieką cywilnego personelu medycznego.

Na trasie do Brzeżan już drugi raz w tej wojnie zetknąłem się z bojówkami ukraińskimi. Nasz oddział i inne raz po raz dostawały się pod ogień karabinowy, co bardzo opóźniało posuwanie się kolumn. Do Brzeżan dotarliśmy dopiero około 6 ran. Grupa samochodowa naszego szpitala przejechała przez miasto poprzedniego dnia w godzinach przedwieczornych w kierunku na Stanisławów, nie pozostawiając dla nas żadnych wytycznych. Porucznik, który prowadził kompanię sanitarną zarządził biwak. Przez ten dzień kompania się dozbroiła z magazynów miejscowych, tak żeby móc się skutecznie bronić przed bandami ukraińskimi, które zablokowały wyjście z miasta w kierunku południowym. Potyczki na przedmieściach Brzeżan trwały cały dzień, tak że dopiero ogień naszych moździerzy i ciężkich karabinów maszynowych oraz spalenie kilkunastu domów pozwoliło na kontynuowanie marszu.

Była już noc, co chwilę niepokoiły nas pojedyncze strzały, linia taborów odpowiadała ogniem, potem było znowu trochę spokoju. Ludzie byli znużeni i drzemali na wozach, była to przecież druga już noc marszu. Około drugiej w nocy obudziło mnie jasne światło padające od przodu taboru, zobaczyłem stające dęba konie drugiego wozu przed nami, potem coś przewaliło się przez konie i wóz, minęło nas, rozwaliło następny wóz za nami. To coś, to był czołg z wymazanymi znakami, którego zadaniem było opóźnianie posuwania się naszych wojsk. Był to czołg sowiecki, za chwilę pojawił się drugi. Porucznik dowodzący kompanią sanitarną był przekonany, że mamy do czynienia z czołgami niemieckimi, próbował zatrzymać i rozbroić jedną z maszyn, która zatrzymała się na barykadzie z rozbitych wozów i trupów końskich, jednak nasz oddział był bez szans w razie rozpoczęcia jakiejkolwiek akcji, która jak dotąd odbywała się bez wymiany ognia. Czołgi-widma, czołgi-kamikadze napotkały paręset metrów za taborem szpitala na oddział naszej arty1erii, który ogniem bezpośrednim rozbił i spalił obie maszyny razem z załogą.

Incydent z czołgami przerwał jednak posuwanie się naszych oddziałów, należało opatrzyć rannych, usunąć pozabijane konie, przenieść wyposażenie i bagaż na nie uszkodzone wozy. Rano kolumny ruszyły na południe ku swojemu przeznaczeniu. Wiedzieliśmy już, że droga do Stanisławowa jest przecięta, a nasze wojsko rozbrajane. Dzień był piękny, słoneczny, minęliśmy dużą wieś, droga zaczęła się obniżać tworząc wgłębienie terenowe, a na przeciwstoku zobaczyliśmy wiele czołgów sowieckich ustawionych w szerokim półkolu, a nieco bliżej grupę żołnierzy i oficerów, którzy przeprowadzali rozbrajanie naszych oddziałów, Żołnierze nasi nie zdążyli zabrać z taboru osobistych rzeczy, żywności, płaszczy itp. Ja na szczęście miałem ze sobą płaszcz, chlebak, a w nim zapasową bieliznę, pantofle, podręczną apteczki.

Grupa jeniecka przygotowywana do wymarszu na wschód była bardzo duża i sądzę, że liczyła ponad 15.000 żołnierzy. Dnia poprzedniego mijała nas w Brzeżanach kolumna samochodowa z naszymi lotnikami, którzy jako jedni z pierwszych dostali się do niewoli na tym odcinku. Wśród nich zauważyłem mojego kolegę z gimnazjum - por. Kazia Bursztyna, pilota myśliwskiego.

Na twarzach naszych żołnierzy malowała się rozpacz i uczucie bezsilności. W dniach przed 17 września tu na południu Polski trwały dramatyczne próby zorganizowania, uporządkowanego odwrotu i uratowania znajdujących się tu wojsk od zagłady, bronił się Hel, Modlin, Lwów, Warszawa oraz szereg innych rejonów, grupa „Polesie” generała Kleeberga maszerowała na odsiecz Warszawy. Wkroczenie wojsk sowieckich przekreślało jakąkolwiek szansę na dalszą walkę…

W godzinach przedwieczornych popędzono nas bocznymi drogami na wschód, byliśmy „bez żywności i wody, zmęczeni do granic wytrzymałości. Na noc zatrzymano nas na rozległym ugorze, opodal zmotoryzowanego oddziału radzieckiego. Nad ranem, korzystając z mgły, udało się uciec kilkunastu naszym lotnikom. Eskorta otworzyła ogień z rkaemów, a oddział zmotoryzowany z cekaemów. Piekielny hałas nie zdołał mnie obudzić, śniłem tylko, że biorę udział w bitwie; co znaczy jednak zmęczenie i brak snu już ponad 60 godzin.

Na drugi dzień od świtu kolumna jeńców jest w dalszym marszu. Radzieccy oficerowie łącznikowi rozpowszechniają wiadomość, że kilkadziesiąt kilometrów dalej, prawdopodobnie w Monasterzyskach lub Buczaczu, wydawane będą przepustki, zaświadczające o zwolnieniu z obozu; bez tych przepustek nie będzie wolno poruszać się żołnierzom po terenach zajmowanych przez armię radziecką. Wiadomość ta trzyma jeńców w grupie, prawie nikt zresztą nie próbuje uciekać, gdyż teren nasycony jest bojówkami ukraińskimi, które wyłapują zbiegów.

W ciągu dnia pogoda się psuje, pada deszcz, jest zimno, ludzie nadal bez żywności i wody tracą siły, po krótkich przerwach w marszu wielu nie może o własnych siłach się podnieść. Ja idę z trudnością z pomocą kolegi Józka Barlika w jednym bucie i pantoflu, gdyż noga otarta do ran. Mijamy miasteczko Podhajce (wojował tu zwycięsko w 1667 r. hetman Jan Sobieski z kozakami i wojskami tatarskimi). Kilka kilometrów za miejscowością zatrzymują nas na drugi biwak nocny. O świcie pojawiła się na terenie obozu grupa ukraińskich milicjantów z Podhajec i zainicjowała pewną akcję skierowaną przeciw polskim oficerom. W czasie przeprowadzania akcji, nadjechali oficerowie łącznikowi, poderwali obóz do szybkiego wymarszu, a w wyniku pośpiechu i zamieszania, grupa około 80. naszych oficerów pozostała na miejscu, poza oddalającą się kolumną jeniecką. Sprawdziło się powiedzenie, że „nie ma złego, co by na dobre nie wyszło”. Już jako „wolni jeńcy” maszerujemy dalej, mając w polu widzenia eskortowanych kolegów, bo mają gdzieś tam dawać zaświadczenia. Wiara jednak w te przepustki musiała być niezbyt mocna, gdyż w krótkim czasie nasza grupka gwałtownie topnieje, a na drodze pozostało nas tylko czterech - ja, kol. por. Barlik i dwóch szeregowych żołnierzy z obcych jednostek. Demobilizujemy się powoli, wymieniając z pasterzami czapki i bluzy polowe na kaszkiety i dziadowskie kurtki. Niedaleko przed Monasterzyskami, mijamy dużą wieś, kupujemy trochę żywności, ale po trzech dniach głodówki żołądki buntują się już po łyku mleka i kęsie chleba.

Wyglądaliśmy trochę jak przebierańcy, żołnierze o których wspominałem pozostali w swoich polowych mundurach, jeden był piechociarzem, drugi artylerzystą z PAN, por. Józek Barlik lekarz chirurg miał na sobie jakąś zbójecką kurtę i kaszkiet, dołem saperki i spodnie wojskowe, ja byłem ubrany podobnie z tą różnicą, że miałem na nogach, a raczej na nodze oficerki, ponadto obaj mieliśmy chlebaki i płaszcze polowe. Przy ostatnich zabudowaniach mijanej wsi wyszło zza stodoły dwóch mężczyzn ubranych po cywilnemu i zapytali czy w naszej czwórce są jacyś oficerowie, równocześnie oświadczyli, że sami są polskimi oficerami, poprzedniego dnia uciekli z Monasterzysk, a teraz próbują ratować takich maruderów jak my, żadne przepustki nie są wydawane, a od wczoraj transporty polskich jeńców odjeżdżają do Rosji. Radzą również przebrać się zupełnie, gdyż zdradzają nas spodnie i buty. Być może, że ci anonimowi oficerowie uratowali nam życie, a w każdym razie wolność. Słuchamy ich rad, odpoczywamy godzinę i postanawiamy wracać jeszcze tego samego dnia do Podhajec, gdyż miasto wydaje się być bezpieczniejsze dla Polaków.

W Podhajcach dołączył do nas jeszcze jeden uciekinier z kolumny jenieckiej, mgr farmacji, podchorąży Lolek Morawski, z którym się później bardzo zaprzyjaźniłem. Przed wojną był zatrudniony w fabryce farmaceutycznej „Geo” z Warszawy, jako przedstawiciel naukowy tej firmy na teren województw południowych. Z jego pomocą, a znał wszystkich lekarzy i farmaceutów na trasie, po paru dniach dotarliśmy do Lwowa i tu nasza mała grupka rozwiązała się. Było to około 25 września.

We Lwowie spotkałem wielu kolegów z Krakowa i Myślenic, wszyscy prawie byli dobrej myśli, chcieli wracać do domów, a wojnę traktowali jako niekończące się wakacje. Ja osobiście postanowiłem, nie wracać do Myślenic i szukać kontaktów i możliwości przerzutu na Węgry, a potem do Francji. Okazja nadarzyła się dość szybko. Kuzyn mój, mieszkający we Lwowie, były dyplomata, aktualnie jeden z dyrektorów ogromnej firmy wyrębowej w Broszniowie (Zachodnie Gorgany) zaproponował mi wspólną wyprawę do Budapesztu, a potem do Francji, względnie na Bliski Wschód. Z Broszniowa do granicy węgierskiej miał nas poprowadzić - zaufany przewodnik, leśnik, doskonale znający teren. Była to rzadka okazja, z której trudno było nie skorzystać. Zdarzenia, które nastąpiły w związku z tą planowaną wyprawą opisuję w części drugiej moich wspomnień.

Trudna granica

Po wojnie wydanych zostało wiele książek, traktujących o drogach kurierów tatrzańskich, o szlakach żołnierzy polskich wiodących przez Tatry, Słowację na Węgry, nie czytałem jednak żadnego opisu o granicy węgierskiej na południe od Lwowa. Chciałbym, aby te moje wspomnienia uzupełniły trochę tą lukę i rzuciły pewne światło na losy wielu polskich żołnierzy, którzy próbowali przedzierać się na Węgry na odcinku gór Gorganów.

Przez kilka tygodni w październiku i listopadzie 1939 r. przebywałem w tamtejszym terenie i miałem sposobność poznać warunki lokalne i skalę trudności, które należało pokonać, by znaleźć się na Węgrzech.

Przez Gorgany prowadziły jeszcze we wrześniu liczne szlaki odwrotowe naszych wojsk, tędy wycofywała się przez Przełęcz Tatarską 10. zmotoryzowana brygada kawalerii pułkownika Maczka, późniejszego generała i dowódcę I dywizji pancernej, wsławionej walkami pod Falaise we Francji, a potem w Belgii, Holandii i w Niemczech.

Granicę węgierską w zachodnich Gorganach przekraczał już w październiku w dramatycznych okolicznościach generał Kazimierz Sosnkowski, dowódca frontu południowego Kampanii Wrześniowej, a od 1943 r. Naczelny Wódz Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Pewne znane mi szczegóły, dotyczące tych okoliczności opiszę w dalszej części wspomnień.

Gorgany to bardzo piękne i dzikie góry położone w południowo-wschodniej części Beskidów Wschodnich między rzeką Świcą (prawobrzeżny dopływ Dniestru) i Prutem; zbudowane z piaskowców, które wietrzejąc utworzyły w partiach szczytowych rumowiska głazów tzw. gorgany. Pojedyncze szczyty i liczne równoległe grzbiety górskie wysokie do 1883 m rozciągają się na przestrzeni około 90 km. Granica węgierska przebiegała w znacznej odległości od punktów wyjściowych. Jedyna droga kołowa i kolejowa prowadziła doliną Prutu, a potem przez Przełęcz Tatarską.

Granica i cały teren przyległy został już od końca września bardzo szczelnie obsadzony przez wojsko sowieckie, straż graniczną i milicję ukraińską. Wykorzystane zostały do tego celu dawne placówki straży granicznej, leśniczówki, schroniska, smolarnie itp. Legitymowano młodych ludzi już w znacznych odległościach od granicy, a na pobyt w regonach przygranicznych należało mieć zezwolenie władz wojskowych.

Mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że bardzo nieznaczny odsetek polskich żołnierzy wybierających ten szlak przekraczało granicę. Nie było lepiej na wschód od Gorganów w Czarnochorze, jak również na zachód w rejonie Przełęczy Użockiej. W lasach przygranicznych grasowały bandy ukraińskie, które polowały na zwierzynę i ludzi. Zamordowany został koło Tatarowa mój znajomy, adwokat lwowski p. Łobaczewski, zginał pod Kutami powieściopisarz Tadeusz Dołęga-Mostowicz i bardzo wielu innych.

Ludność miejscowa nie była przychylna Polakom, tworzyły się organizacje pseudo-przerzutowe, które współpracowały z wojskiem sowieckim i milicją ukraińską. Zdobycie znającego teren, zaufanego przewodnika było sprawą bardzo trudną.

W pierwszej dekadzie października spadły duże śniegi, które nie stopniały już w wyższych partiach gór przed zimą. Rozległe pola śnieżne należało omijać, gdyż w przeciwnym wypadku pozostawione ślady mogły wskazać patrolom kierunek marszu grup przerzutowych. Skalę trudności zwiększał brak map sztabowych i wyposażenia biwakowego, a należało się liczyć z kilkudobowym pobytem w górach w warunkach prawie zimowych. Wspominam tu o okresie od drugiej dekady października do ostatnich dni listopada 1939 r.

Pomimo wszystkich przeciwności, żołnierze polscy z podziwu godną determinacją przedzierali się na południe „na żywioł i przypadek” niejednokrotnie błądzili i wracali z odmrożonymi nogami, zapaleniami płuc, jednak niektórzy, nieliczni przechodzili.

cdn.

Tadeusz Skowroński