Myślenicki Cichociemny „Kryształ”

Myślenicki Cichociemny „Kryształ”

Po raz kolejny odkrywamy myślenickie karty historii osoby, której życie zapisała się na kartach naszej narodowej walki o wolność. Postać jednego z „Cichociemnych” przybliży nam Małgorzata Polończyk – córka Bolesława Polończyka o pseudonimie „Kryształ”, który po powrocie do kraju mieszkał w Myślenicach, aż do swojej śmierci w 1996 r.

Bolesław Polończyk urodził się 8 września 1906 w Dobczycach. Ukończył tam szkołę powszechną, a później myślenickie gimnazjum i studia na AGH w Krakowie, które ukończył 3 lutego 1930 roku uzyskując dyplom magistra inżyniera górnika.

Tuż przed II wojną światową Bolesław dostaje przydział do 5 pułku strzelców konnych w Dębicy i wraz z rozpoczęciem wojny służy potem w zwiadzie 10 Brygady Kawalerii Pancernej. Wkrótce do Polski wkraczają Sowieci, co skutkuje dostaniem się do niewoli w miejscowości Rohatyna. „Kryształ” dwukrotnie podejmuje skuteczną ucieczkę i tak 10 grudnia 1939 dostaje się do Francji, gdzie szkolą się nowe oddziały Wojska Polskiego. Dokładnie cztery dni po kapitulacji Francji otrzymuje rozkaz delegacji do Polskich Sił Zbrojnych na zachodzie i to właśnie tutaj zaczyna się opowieść o postaci, dla której hasło „Bóg, Honor, Ojczyzna” nie było zwykłym sloganem:

„Tata od początku wojny miał ze sobą swój różaniec, który jak twierdził niejeden raz uratował mu życie – w tym czasie do Anglii próbował dostać się drogą morską. Niemieckie lotnictwo za wszelką cenę doganiało alianckie statki - straty były ogromne, również na tym, na którym znajdował się tata. To właśnie wtedy, gdy jednostka ostatecznie dotarła do portu swój los zawierzył Matce Bożej.”

Czas pobytu w Anglii rozpoczyna się od podpisania tzw. ochotniczej deklaracji do „pracy w kraju”, którą przedstawiano żołnierzom o szczególnych zdolnościach i cechach osobowości, wcześniej weryfikowanych opinią służbową. Wybierano oczywiście najlepszych, jeszcze niczego nieświadomych ochotników i tylko ci byli w stanie ukończyć kurs podstawowy. Szkolenie wdrażano w zależności od grupy

przeznaczenia, w której znajdował się żołnierz. W etapach wyróżniano: szkolenie spadochronowe, techniki walki wręcz, pracę w konspiracji z użyciem dokumentów, czy kurs przetrwania. Kandydat mógł zrezygnować w dowolnym momencie, nie niosło to za sobą żadnych konsekwencji.

„Od początku byłam przekonana, że ojciec był regularnym żołnierzem AK, z czasem okazało się zupełnie inaczej i choć nigdy nie mówił o przemocy, walce, to opowieści jednak przybywało.

Jeśli chodzi o kwestie szkolenia, z sentymentem wspominał skoki ze spadochronem – było to coś, z czym zwykły śmiertelnik nie miał do czynienia. Miał bardzo pokojową naturę, uciekanie się do przemocy było koniecznością czasu wojny, w dodatku w nielicznych przypadkach. Toteż zwykle w opowiadaniach skupiał się na przekazywaniu wartości moralnych, zamiast technicznych szczegółów choćby brutalnego szkolenia. Patriotyzm był dla niego motywem przewodnim i skrupulatnie wdrażał go w etapy naszego wychowania”.

Wkrótce po ukończeniu szkolenia przychodzi nagły rozkaz wylotu do kraju. Warto zaznaczyć, że wszystkie przedmioty osobiste i pochodzenia brytyjskiego deponowano, celem uniknięcia dekonspiracji w razie schwytania po zeskoku. „Kryształ” pozostawia depozyt człowiekowi o polskim pochodzeniu, tylko z prośbą odnośne jednego przedmiotu zwraca się do przełożonych.

„Tata zwrócił się z prośbą do swojego dowódcy o pozostawienie w zasobniku różańca. Wyjątkowo udało mu się otrzymać zgodę. Kilkanaście godzin później witał się już z zapachem polskiego powietrza. Warto wspomnieć, że skok wykonał wraz z jedyną kobietą wśród Cichociemnych – Elżbietą Zawacką ps. „Zo”.

 

W kraju działa głównie na Lubelszczyźnie. Celem uniknięcia dekonspiracji otrzymuje przydział w Polskim Monopolu Tytoniowym, gdzie jest w stanie kontrolować tajne magazyny broni Armii Krajowej. Dowodzi również komórką odbioru zrzutów nadsyłanych z zachodu.

Tereny wschodnie oznaczały problemy ze strony Armii Czerwonej już w pod koniec wojny. Tak też w zasadzce znalazło się domostwo, w którym funkcjonował punkt kontaktowy „Kryształa”:

„W domu mieszkała także rodzina z dziećmi. W momencie, gdy do domu wtargnęło NKWD tata miał przy sobie dokumenty, które w razie przejęcia bezwzględnie oznaczały śmierć wszystkich postronnych. Sprytnie udało mu się je zniszczyć, w trakcie gdy Rosjanie zaczęli przeszukiwać dom. Mimo braku dowodów, wszystkich aresztowano, a tatę czekała długa „podróż” do łagru Jogła Nr 270”.

Pobyt Bolesława w łagrze to jedna z tragicznych historii polskich zesłańców na Sybir. Praca ponad siły przy wyrębie lasu, dramatyczne warunki bytowe czy szczątkowe racje żywnościowe to jedne z wielu czynników, które zdziesiątkowały tamtejszych więźniów. Nieugięta postawa nie pozwala jednak porzucić nadziei na wolność:

„Doskonale znamy warunki panujące na terenach sowieckich obozów pracy. Tata również i w tym miejscu nadal posiadał przy sobie wspomniany różaniec, nie przestawał też myśleć o kraju. Dwukrotnie podjął próbę ucieczki – schwytany już poza obozem podniósł ręce do góry, a spod rękawa wyłonił się zegarek, który zabrali żołnierze sowieccy sprowadzając więźnia z powrotem do obozu. Druga próba ucieczki skończyła się jeszcze na terenie obozu, jednak tym razem schwytanemu groziła już śmierć. Nakazano opróżnić kieszenie, toteż tata wyjął z niej ów różaniec. Strażnik chwycił go rzucając nim prosto w twarz, po czym rozkazał oddalić się. Ojciec doskonale pamiętał ciągnące się niczym lata sekundy, w których oczekiwał momentu strzału w plecy. Tak się nie stało. Ku mojemu zdziwieniu całą sytuację skomentował słowami – widzisz moja droga, nawet w tak strasznym miejscu, też można znaleźć prawdziwego człowieka”.

Opatrzność czuwająca nad Bolesławem poskutkowała zwolnieniem z obozu pracy 6 lutego 1946. Warunki bytowe odcisnęły szczególne piętno, toteż rodzina, która zamieszkiwała budynek szkoły na obecnej ulicy Kazimierza Wielkiego, już dawno porzuciła nadzieję i początkowo nie rozpoznała powracającego z łagru. Z racji posiadanego wykształcenia górniczego, niedługo później wyjeżdża na Śląsk, gdzie rozpoczyna pracę jako naczelny inżynier górnictwa. Powojenne lata nadal nie są jednak przychylne byłym żołnierzom Polskich Sił Zbrojnych.

„Tata wyjechał na Śląsk, gdzie poznał też moją mamę. Wykształcenie, które posiadał okazało się dość kluczowe w tamtych latach, co umożliwiło mu stanowisko inżyniera górnictwa. Początkowo pracował w kopalni Wałbrzych, później wraz z mamą przeprowadzili się do Gliwic. Zależało mu na odbudowie kraju, nigdy jednak nie zapisał się do partii, w swoich poglądach pozostawał absolutnie bezwzględny, nie zważając na konsekwencje. Poskutkowało to między innymi brakiem możliwości awansu w zawodzie, choć mimo wszystko zjednał sobie wielu przyjaciół ”.

Piętnowane przez władzę w tych czasach święto 3 Maja, nie pozostawało obojętne Cichociemnemu. Choć flagi wywieszano w święto pracy (1 maj) Bolesław pozostawiał biało-czerwone płótno włącznie do rocznicy dnia uchwalenia konstytucji, tłumacząc to zawsze ironicznie gapiostwem konieczności jej zdjęcia. Święto pracy oznaczało też liczne pochody górników z przemówieniami sekretarzy. Będąc wśród tłumu na jednym ze zjazdów dygnitarzy, tuż przed przemówieniem wstał i oznajmił „...a teraz zwyczajem górników odmówmy wspólnie modlitwę”. Rządowi przybysze w osłupieniu wsłuchiwali się w słowa modlitwy wypowiadane przez zebranych.

„Te pochody miały szczególne znaczenie dla władz PRL. Chodziło o kształtowanie złudnej świadomości społecznej. Przeciwników, którzy mogliby się wtedy przeciwstawić było niewielu. Do tego grona zdecydowanie należał mój tata. Na jednym z takich zebrań wręczono mu portret Stalina, z którym docelowo miał przejść korowód. Nie trudno się domyślić, że portret zostawił pod jednym z budynków. Oczywiście po zakończeniu święta w gabinecie padło pytanie „Towarzyszu co wyście narobili?! - padła też odpowiedź „Zacznijmy od tego, że wam nie towarzyszę”.

Przyszedł też czas na przeprowadzkę do rodzimych Myślenic. Zaraz po powrocie Bolesław zamówił obraz Matki Bożej u malarza Oklei. Wierzył, że pomyślność, która towarzyszy mu przez tyle lat i w tak trudnych sprawach, nie jest przypadkowa. Fakt tego, że jego córka uczestniczyła w pochodzie koronacji obrazu Matki Boskiej Myślenickiej był dla niego czystą nobilitacją tej szczególnej opieki.

„Zapytałam niegdyś – Tato, ty tak ciągle ta wiara i Bóg, a my z mamą to co..? - „A wy jesteście moją największą nagrodą od Niego”. Pamiętam to zdanie po dziś dzień.”

Szacunek, (który jak twierdził Bolesław należy się każdej osobie) i bardzo dobre stosunki międzyludzkie poskutkowały licznymi propozycjami wyjazdu za granicę. O starym znajomym nie zapomniał również żołnierz, który zdeponował w Anglii jego rzeczy osobiste. „Kryształ” nigdy jednak nie zostawił ukochanej ojczyzny. W Myślenicach pozostał aż do swojej śmierci, pielęgnując przydomowy ogród. Zawsze powtarzał, że jest przeciwnikiem panującego systemu, nie ludzi.

„Moi rodzice byli książkowym przykładem dobrego małżeństwa. Czasem i w wychowaniu dało się odczuć żołnierskie cechy taty – z sentymentem wspominam moment, gdy otrzymałam reprymendę przy wspólnym ognisku z przyjaciółmi, gdy nie wróciliśmy do domu na ściśle umówioną godzinę. Tata przyszedł po mnie osobiście na górę Plebańską”.

Po wielu latach dokumenty Cichociemnych ujrzały światło dzienne. Doczekali się też należnych nobilitacji za swoją walkę. „Kryształ” uhonorowany został Krzyżem Virtuti Militari. Odznaczenie to złożył w podziękowaniu za opiekę w kaplicy Matki Boskiej Myślenickiej. Medal widnieje w sanktuarium po dziś dzień.

Szymon Dyczkowski