Myślenicki wrzesień 1939 r.

Historia 4 września 2018 Wydanie 31/2018
Myślenicki wrzesień 1939 r.
Z archiwum kolekcjonerskiego Józefa Stanisława Błachuta

Kończył się słoneczny sierpień, większość gospodarzy z Myślenic zakończyła żniwa i sianokosy. Wykonywano podorywki pod zboża ozime i przygotowywano się do wykopków ziemniaków. Letnicy odpoczywający na Zarabiu opuszczali miasto, a myślenicka młodzież przygotowywała się do rozpoczęcia nowego roku szkolnego. W tym względzie rok ten był wyjątkowy, ponieważ po raz pierwszy uczniowie mieli udać się do nowo wybudowanego, nowoczesnego budynku gimnazjum

Wczesnym rankiem 1 września 1939 r. armia niemiecka zaatakowała Polskę, przekraczając jej granice. W tym czasie Myślenice spokojnie spały, mieszkańcy mieli dowiedzieć się o wojnie za kilka godzin. Wiadomości o jej wybuchu pochodziły z kilku źródeł. Pierwszym zwiastunem była aktywność lotnictwa operującego w rejonie Myślenic. Informację o wybuchu wojny nadano w porannej audycji radiowej. Jednym z jej słuchaczy był Józef Dziekan - właściciel sklepu techniczno-rowerowego. Wyniósł on głośniki na Rynek i połączył je przewodami z radioodbiornikiem w swoim domu.

Stąd zapewne wzięły się przekazy o wiadomościach nadanych przez megafony czy radiowęzeł myślenicki. Wokół głośników szybko zebrał się tłum ludzi, słuchano orędzia prezydenta Ignacego Mościckiego, ludzie płakali. Informację o wybuchu wojny przekazywali również księża podczas porannych mszy. W małym miasteczku smutna wieść rozniosła się szybko. W Myślenicach zawyły syreny strażackie, na wszystkich wieżach kościelnych w mieście i w całej okolicy na trwogę zaczęły bić dzwony. Ich głos pamiętają zwłaszcza mieszkańcy pobliskich wiosek. Wywarło to na nich szczególne wrażenie, gdyż w ten sposób dotarła do nich wieść o wybuchu wojny. Pomimo tak wyraźnych oznak, wielu ludzi nie chciało wierzyć w złe wieści.

Mieszkańcy pobliskiej Stróży obserwowali atak dwóch polskich myśliwców na lecący samotnie w kierunku północnym bombowiec. Niemieccy lotnicy wyrzucili bomby, a odciążony samolot zdołał ujść pogoni. Mieszkańcy wzięli tę sytuację za zbieg okoliczności. O wojennych okolicznościach wydarzenia przekonała ich dopiero audycja nadana w godzinach południowych, wysłuchana z jedynego radioodbiornika we wsi, znajdującego się w sklepie spożywczym Reginy Fleischer. Wcześniej, w godzinach rannych, z kierunku południowego nadleciał inny samotny bombowiec. Nieniepokojony przeleciał nad Myślenicami, gdzie mieszkańcy - sądząc, że to samolot francuski - machali do pilotów, pozdrawiając ich.

Choć odczuwalne było ogólne podekscytowanie, ludzie jak co dzień poszli do pracy. Przerwano ją dopiero w południe. Ze sklepów wykupiona została żywność, myślenickie piekarnie sprzedały dzienny zapas chleba w godzinę, w związku z czym zostały zamknięte. Kupowano też leki i środki opatrunkowe, przygotowywano domy i schrony, w obawie przed pożarem do ogrodów wynoszono meble i dobytek. Z Krakowa i okolicznych wiosek przybywali ludzie chcący zakupić żywność, zwykle wracali z niczym. Zadziwiał ich spokój panujący w mieście, opowiadali o trwających od godzin rannych bombardowaniach Krakowa i pobliskich miejscowości. Przed południem na myślenicki Rynek wjechały trzy ciężarówki, którymi do Krakowa i Wadowic odwożono zmobilizowanych mężczyzn.

Z tłumu wyczytywano ich z imiennej listy, towarzyszyły temu wstrząsające sceny pożegnań. W trakcie załadunku o godzinie 10.30 nad Rynek od strony Dolnego Przedmieścia nadleciał kolejny niemiecki samolot. Został on ostrzelany z broni maszynowej przez żołnierzy polskich stacjonujących na terenie plant, położonych obok budynku „Sokoła”. Pilot zawrócił, odlatując w stronę Dobczyc. W późniejszym czasie nad Myślenicami zrzucone zostały niemieckie ulotki propagandowe. Jedne nawoływały żołnierzy polskich do poddania się, inne zachęcały ludność do dalszej pracy na roli i spokojnego oczekiwania na nadchodzącą armię niemiecką.

Budynkiem przewidzianym w przypadku wybuchu wojny na szpital polowy był nowo wybudowany gmach gimnazjum, w którym obecnie mieści się Liceum Ogólnokształcące. Ostatecznie jednak punkt sanitarny zorganizowany został w budynku myślenickiego „Sokoła”. Służbę medyczną pełnili w nim lekarze Władysław Szumski i Aleksander Boryczko. O godzinie 1 po południu do pomocy wezwane zostały pielęgniarki, które przeszły kurs organizowany przez Czerwony Krzyż. Wśród nich znalazła się m.in. Henryka Gawron, nauczycielka gimnazjum w Myślenicach. W pracy pomagały również harcerki, siostry Antonina i Zofia Gorączkówny. Pierwsi ranni zostali przywiezieni do szpitala już 1 września. Wśród nich znaleźli się również myśleniczanie, w tym Aleksander Bisztyga, żołnierz 1. pułku Korpusu Ochrony Pogranicza, który został postrzelony podczas porannego patrolu na terenach przygranicznych. Do szpitala trafiali nie tylko ranni żołnierze, ale również cywile, w tym głównie ofiary ataków lotnictwa niemieckiego.

Skala terroru, jaki siało ono na terenie całej Polski, była zjawiskiem bez precedensu. Nic nie tłumaczy zachowania niemieckich pilotów, atakujących kolumny bezbronnych uchodźców cywilnych. W roku 1939 polskie drogi stały się areną wielkich tragedii, poza tym lotnicy niemieccy ostrzeliwali ludzi pracujących w polu i bombardowali osiedla cywilne. 3 września ranni ze szpitala w „Sokole” zostali ewakuowani do Krakowa. Już pierwszego dnia wojny w Myślenicach działać zaczęła Komisja Poborowa nr 93 (Okręg korpusu nr V), której przewodniczącym był por. W. Cieślewicz. Zajmowała się ona konfiskatą oraz wyceną wozów konnych i innych pojazdów zabieranych na potrzeby wojska. Ich właściciele otrzymywali kwity upoważniające do podjęcia pieniędzy w kasie Urzędu Skarbowego w Myślenicach. Rekwizycje rowerów, wozów i samochodów również zdarzały się na drogach ucieczki, tu wystawienie kwitu należało do rzadkości.

W Myślenicach zarekwirowano co najmniej 202 konie pociągowe, 177 uprzęży i 87 wozów. Wartość konia z uprzężą określano na 420 zł. Myślenicka poczta działała do godziny 9 wieczór pierwszego dnia wojny. Jej ewakuację zarządzono na godziny ranne 2 września. Każdy z pracowników mógł zabrać ze sobą trzech członków rodziny. Z Krakowa do jej zabezpieczenia przysłani zostali żołnierze. Jednym z nich był Mikołaj Bednarczyk z Jawornika, służący w kompanii łączności, który po wykonaniu zadania dołączył do swojej jednostki w Krakowie. Budynek poczty przejęło wojsko, organizując w nim punkt łączności, tak samo stało się w Pcimiu i Lubniu.

W tym samym czasie ewakuowano działającą w Myślenicach Rejonową Komisję Wojskową. Zabezpieczano dokumenty instytucji państwowych, na strychu plebanii kościelnej Henryk Dutkiewicz ukrył księgi wieczyste z Sądu Grodzkiego, dzięki czemu przetrwały one zawieruchę wojenną. Pracownicy magistratu i starostwa otrzymali rozkaz ewakuowania swoich biur i dokumentów oraz udania się na wschód wraz z rodzinami. W tym celu wyznaczeni zostali również mieszkańcy, którym nakazano stawić się wraz z podwodami umożliwiającymi ewakuację. Furmanki wiozące myślenickich urzędników rozproszyły się w drodze, co zróżnicowało losy ich pasażerów. Część dostała się do tymczasowych niemieckich obozów jenieckich, część trafiła do strefy zajętej przez Sowietów.

W ciągu pięciu dni oczekiwania na nadejście Niemców Myślenice miały dwóch komendantów miasta, wyznaczonych przez burmistrza Myślenic, Jana Dunina-Brzezińskiego. Pierwszym z nich został oficer rezerwy Stefan Bałuk, który za zgodą burmistrza po jednym dniu pełnienia tej funkcji zastąpiony został przez ppor. Kazimierza Harcułę. Nowy komendant zorganizował straż obywatelską, uzbrajając ją w stare karabiny francuskie. Broń zabrano z magazynu Przysposobienia Wojskowego znajdującego się w magistracie.

Karabiny służące do szkolenia gimnazjalistów były niekompletne i niezdatne do użytku, ponadto nie posiadano do nich amunicji. Pomimo to uzbrojeni w nie myśleniczanie obstawili wszystkie strategiczne punkty. Po zajęciu miasta przez Niemców karabiny oddano do magistratu. Sam burmistrz ppłk Jan Dunin-Brzeziński, który ze względu na wiek nie otrzymał karty mobilizacyjnej, na własną rękę uzbroił się i wyekwipował, postanawiając wyruszyć na wojnę. Wcześniej konno wjechał na myślenicki Rynek i przekazał klucze - symbol władzy nad miastem - radnemu Władysławowi Chęcińskiemu.

Paweł Lemaniak
„Myślenice - monografia miasta”