Na sklepowych półkach były tylko musztarda i ocet

Na sklepowych półkach były tylko musztarda i ocet
Elżbieta Bicz, Andrzej Bicz, Aleksandra Święch Fot. has-myslenice.pl

Wyobraźcie sobie taką sytuację… macie pieniądze, ale nie możecie nic kupić, bo w sklepach brakuje towarów. Nawet wspominać tego nie chce, to był szalenie ciężki okres. Nie można było dostać mięsa, masła, ani jajek. Kawa, papier toaletowy… ciężko to nawet wymieniać, tak fatalne czasy. Na półkach były tylko musztarda i ocet.

Ludzie dowiadywali się pocztą pantoflową, że trzeba podejść, bo akurat przywieźli do sklepu papier toaletowy, albo inny produkt. Do tego stopnia nas to ogłupiało, że staliśmy w kolejce nie wiedząc za czym

 - o pracy, zarobkach, zakupach na kartki, sklepach i sztuce radzenia sobie w czasach PRL-u opowiadają Elżbieta i Andrzej Bicz oraz Aleksandra Święch

 

Czy kojarzy Pani miejsce z tego zdjęcia?

Elżbieta Bicz: To Państwowy Ośrodek Sportu, Turystyki i Wypoczynku – POSTiW obok którego znajdował się hotel w którym pracowałam. Przed nim stała bardzo duża scena, gdzie co niedzielę odbywały się koncerty. 

Jakie wspomnienia wywołują u Pani te fotografie?

Elżbieta Bicz: Miłe i przede wszystkim przypominają dzieciństwo – to był czas w którym człowiek czuł się dobrze w Myślenicach. To miasto ma korzystne położenie, atmosferę, ludzie są dobrzy, nie pamiętam ostrych sytuacji czy antagonizmów między sąsiadami. Wręcz przeciwnie - jeden na drugiego zawsze mógł liczyć i ludzie sobie pomagali. Wcześniej nie było tutaj tylu mieszkańców co teraz, a zaledwie 6 tysięcy. Myślenice zawsze miały swój urok, była to miejscowość do której przyjeżdżało wielu krakowian nawet na miesięczny odpoczynek. Zarabie było miejscem rekreacyjnym, gdzie dużo się działo; były dancingi, były atrakcje sportowe i bardzo dobrze prosperujący klub Dalin. 

Na Zarabie przyciągał wspomniany przez Panią amfiteatr? 

Elżbieta Bicz:  Tak to jest właśnie ten wspomniany amfiteatr, który stał przed POSTiW-em. W latach 60., kiedy jeszcze byłam panną funkcjonowało tam podium, tzw. „koło”, które doskonale się sprawdzało. Bez przerwy w tym miejscu coś się działo, przyjeżdżali krakowscy aktorzy, piosenkarze, artyści z okolicznych wsi, uczniowie, mini cyrk, a nawet akrobaci i wszyscy chodziliśmy ich oglądać – można powiedzieć, że całe miasto.

Aleksandra Święch: A tutaj mamy [pokazuje jedno ze zdjęć] budynek Galalitu, gdzie przed wojną znajdowała się fabryka obuwia Państwa Wójcików. W późniejszych latach przesunięto produkcję na galanterię odzieżową i powstałą nazwa Galalit pochodząca od surowca, który był podstawowym składnikiem do produkcji guzików i innych klamerek.

Andrzej Bicz: Pracowało tam około 500 osób i to przeważnie kobiety na obrabiarkach ręcznych i tokarkach. Wszystko było obrabiane metodą ręczną w systemie dwuzmianowym, a jak było zapotrzebowanie to nawet na trzy. To było miejsce w którym zatrudnienie znalazła duża część mieszkańców Myślenic. 

Można powiedzieć, że Galalit był zdominowany przez kobiety? 

Andrzej Bicz: Pracownikami takich zakładów jak Galalit rzeczywiście w głównej mierze były kobiety. Wiele kobiet nie miało pracy i często zajmowały się domem, dziećmi i przygotowywały posiłki dla całej rodziny. Natomiast te z wykształceniem przeważnie wykonywały prace biurowe.

A mężczyźni?

Andrzej Bicz: Najczęściej pracowali w zakładach takich jak Temot, który zatrudniał ponad 700 ludzi, Vistula między 550 a 600 i Galalit ponad 500 osób. Do tego zakłady terenowe około 270 osób, Pionier robiący obuwie oraz pantofle i Spółdzielnia Inwalidów Raba. Oprócz tworzyw działała jeszcze garbarnia, transportowania, które zatrudniały mężczyzn np. w charakterze kierowców. Teraz to wszystko upadło, a zakładów pracy jest zaledwie parę, o wiele mniejszych i prywatnych. 

Pracował Pan w Galalicie, później w fabryce narzędzi „Kuźnia”. Jaką drogę musiał Pan przejść, aby zostać dyrektorem w Sułkowicach? Jak to się wszystko potoczyło?

Andrzej Bicz: Dużo zawdzięczam mojej żonie, która mnie dopingowała do nauki. Po szkole średniej pracowałem trochę w Galalicie, ale później poszedłem  na studia. Ukończyłem AGH – Wydział Organizacji Zarządzania i potem dostałem głównym specjalistą ds. handlu w Galalicie. Później przejąłem firmę zagraniczną w której pracowałem 3 lata. Po tym czasie przeszedłem do pracy w sułkowickiej „Kuźni”. Początki były trudne, bo firma była w złym stanie ekonomicznym, ale sukcesywnie poprawialiśmy jakość pracy. Nasze wyroby coraz bardziej cieszyły się zaufaniem, sprzedawaliśmy coraz więcej rodzajów narzędzi i fabryka stanęła na nogi. Dzisiaj ponad 70% wyrobów z Sułkowic wysyłanych jest za granicę, zwłaszcza na rynek niemiecki. Zawsze lubiłem pracować i zawodowo czuję się spełniony. Motywowała mnie do tego rodzina, której od zawsze chciałem zapewnić godziwy byt. Dzisiaj jestem dumny z tego, że moje dzieci i wnuki są blisko mnie i mogę się nimi cieszyć. 

Jakie były wówczas średnie zarobki, czy pracując na tzw. „etacie” wystarczało na utrzymanie rodziny bez konieczności dorabiania? 

Andrzej Bicz: Ciężkie były to czasy, większość myśleniczan miała małe gospodarstwa, czy ogródki przydomowe w których uprawiali dużo jarzyn. W tamtych czasach ludzie nie byli tak wymagający jak dzisiaj. Jak się kupowało palto dla mężczyzny, czy płaszczyk dla kobiety to one wystarczały na 5-6 lat. Podobnie było z wystrojem w domu, którego nie zmieniało się często. Ważne było, aby utrzymać w domu czystość, a pieniędzy nie wydawano na przepych, one głównie szły na bieżące utrzymanie.Aleksandra Święch: Zarówno ja jak i mój mąż zawsze byliśmy na stanowisku i była taka sytuacja, że w zasadzie po dokonaniu wszystkich płatności wychodziliśmy na styk. Mimo, że nie mieliśmy złych zarobków w stosunku do innych i nie prowadziliśmy nie wiadomo jak wystawnego życia, to starczało nam w sam raz. Nie mówię, że było nam źle, że było biednie, ale nie wystarczało na odkładanie. Towary były drogie i trudno było oszczędzać.

Dzisiaj mamy pełne sklepy, to prawda, że dawniej nie było w nich żywności?

Andrzej Bicz: Żywność to był spory problem. W latach 70., kiedy obowiązywał system kartkowy brakowało jej w całej Polsce. Nasz kraj produkował ją tylko w ramach sąsiedzkiej pomocy przez układ RWPG (Rada Wzajemnej Pomocy Gospodarczej). Wspomagaliśmy wszystkie kraje takie jak Bułgaria, Czechosłowacja, Rumunia, Węgry, ZSRR, a Polsce zostawały resztki.

Elżbieta Bicz:  Ja nawet wspominać tego nie chce, to był szalenie ciężki okres. Nie można było dostać mięsa, masła, ani jajek. Kawa, papier toaletowy… ciężko to nawet wymieniać, tak fatalne czasy. Brakowało podstawowych produktów. Aleksandra Święch: Na półkach były tylko musztarda i ocet.

Elżbieta Bicz: Moje dzieci kiedy były małe jak widziały, albo dowiadywały się, że do któregoś ze sklepów rzucili papier toaletowy to stawały w kolejkach. Ja wychodziłam z pracy i dopiero ich zmieniałam i stawałam za nich. To były strasznie ciężkie czasy…

Co to znaczy, że dowiadywały się, że rzucili papier toaletowy? Andrzej Bicz: Ludzie dowiadywali się pocztą pantoflową – od kolegi, że trzeba podejść, bo akurat przywieźli do sklepu papier toaletowy, albo inny produkt.

Elżbieta Bicz:  Albo, że w tym sklepie coś będzie, to się stawało. Do tego stopnia nas to ogłupiało, że staliśmy w kolejce nie wiedząc za czym, nie wiedzieliśmy, czy tam będzie papier czy coś. Profilaktycznie stawaliśmy. 

Aleksandra Święch: Wyobraźcie sobie taką sytuację… macie pieniądze, ale nie możecie nic kupić, bo w sklepach brakuje towarów. Elżbieta Biela: Za meblami, za telewizorami stało się nawet całą noc. 

Aleksandra Święch: Rosyjskie to była inna kolejka, a do polskich inna. Jeżeli człowiek mieścił się w pułapie to się dostało, a jak nie - to miałeś straconą noc.

A słynne dolary?

Elżbieta Bicz:  Dolary to był taki temat o którym nie można było mówić, wszyscy mieli coś tam pod poduszką, ale to nie był oficjalny rynek. Istniały co prawda Pewexy, ale na nie też trzeba było uważać. W nich było wszystko i papierosy, alkohol, materiały, ubrania co byś nie chciała, ale tylko za dolary. Tylko, że one zawsze były bardzo drogie w stosunku do tego co zarabialiśmy.

Andrzej Bicz: W przeliczeniu to myśmy zarabiali 10 dolarów na miesiąc.

Aleksandra Święch: Ja na prezent ślubny dostałam na przykład 5 dolarów, czyli przykładowe pół pensji. 

A same sklepy… jakie były w Myślenicach? 

Andrzej Bicz: Przeważnie spożywcze, odzieżowe i… prywatne.

Elżbieta Bicz: Jak je sobie przypominam to nasuwa mi się tylko jedna myśl… zero estetyki. Sklepy warzywne, czy masarnie były ciemne, brudne i brzydkie.

Andrzej Bicz: Nie przestrzegano tak bardzo higieny. Niby funkcjonował Sanepid, ale to wszystko było na zasadzie „ręka rękę myje”. Różne rodzaje kumoterstwa, kto był bliżej sklepu, to kierowniczki zaopatrywały swoją rodzinę i znajomych, a ten kto nie miał dojścia musiał zdobywać na własną rękę. Przeważnie było biednie.

Elżbieta Bicz:  Jednak z sentymentem się wszystko wspomina, wszystko ma swoje dobre i złe strony.

Andrzej Bicz: To nauczyło gospodynie domowe gospodarności, bo każda musiała dobrze przeliczać każdy grosz i wiedzieć na co wydawać, żeby wystarczało z miesiąca na miesiąc. Bo w bankach się nie pożyczało, nie brało się kredytu, bo zawsze istniało ryzyko, czy uda się go spłacić, a nie było czym zabezpieczać.

A sklepy stacjonarne np. w kamienicach w Rynku?

Andrzej Bicz: W kamienicach przeważnie były sklepy, w jednej z nich znajdowało się coś na wzór centrum handlowego w którym można było znaleźć sklepy odzieżowe, pasmanterie, księgarnię, zegarmistrza, aptekę i restaurację. Większość pomieszczeń wokół Rynku miało handlowy charakter. 

A czy pamiętają państwo masowe zwolnienia w Myślenicach?

Elżbieta Bicz: To były lata 80. kiedy padły wszystkie zakłady.Andrzej Bicz: Nie było wtedy pracy, firmy nie miały odbiorców, bo cała dystrybucja handlowa była prowadzone przez zakłady państwowe, a te zajmujące się sprzedażą padły i rozdzielnia centralna została przerwana. Wyglądało to tak, że produkcja szła, a nie było miejsca żeby ten towar ulokować, a jeżeli chodzi o handel zagraniczny; Związek Radziecki już nie przyjmował tyle towaru. Pojawił się problem ze zbytem, firmy nie miały swoich działów handlowych, które byłbyby w stanie dystrybuować go za granicę. Dopiero tworzyły się komórki, które pomagały rozwiązać ten problem, ale na małą skalę. W tamtych czasach dominował rynek producenta - czyli dużo się produkowało, a nie było komu tego towaru sprzedać.  W konsekwencji nie można było zatrudniać pracowników i coraz więcej zakładów zostało zlikwidowanych przez to, że nie mogło sobie poradzić z odbiorem towaru.

Jednak lata o których rozmawiamy przyniosły też nowe rozwiązania technologiczne jak telefon. Trudno się było do niego przyzwyczaić? 

Andrzej Bicz: Telefon początkowo był na korbkę, potem na tarczę numeryczną. Po podniesieniu słuchawki oddzywała się pani z centrali, a ta nowość często odstraszała ludzi. Pamiętam, że jak dzwonił telefon, babcie zrywały się na równe nogi, podnosiły słuchawkę w której słyszały kogoś, ale nie widziały rozmówcy na co przeważnie reagowały podniesionym głosem. Ale wszystko co nowe szybko się przyjmuje i zawsze ludzie do dobrego się przyzwyczają.

Elżbieta Bicz: Ale to też było bardzo uciążliwe, bo pamiętam kiedy mieliśmy na ulicy telefon jako pierwsi, to w domu było prawdziwe urwanie głowy. Wszyscy przychodzili dzwonić do nas. Dosłownie pół ulicy, bo każdy miał jakiś interes. Nieraz była poważna sprawa, ale często chodziło o błahostki.

Aleksandra Święch: Ja za to pamiętam jak były w domach takie kołchoźniki przypominające radio. Audycje w nich prowadził Pan Szancer, który podawał aktualności dotyczące Myślenic, albo puszczał muzykę i wiem, że u mojej mamusi był taki głośnik powieszony.Andrzej Bicz: I to obowiązkowo! Każdy w domu miał mieć  takie urządzenie, bo przez ten radiowęzeł była nadawana propaganda. Każde miasto kształtowało społeczeństwo według wytycznych partii. 

 

Elżbieta Bicz: Z domu Tomaszewska, to rodowita myśleniczanka z dziada pradziada. Zarówno rodzice jej mamy jak i taty pochodzili z tego miasta. Ukończyła Technikum Ekonomiczne, długie lata pracowała w biurze turystycznym Wawel Tourist, które siedzibę miało w Myślenicach. Obecnie jest na emeryturze i jak mówi służy swoją wiedzą najlepiej jak tylko potrafi.

Andrzej Bicz: Urodzony w Myślenicach – mieście z którym jego rodzina związana była od zawsze. Z wykształcenia inżynier. Długie lata pracował w „Galalicie” zajmującym się produkcją galanterii odzieżowej. Następnie podjął pracę w fabryce narzędzi „Kuźnia” w Sułkowicach w których odpowiadał za działy handlowe i organizacyjne. Po przejściu na emeryturę cieszy się wolnym czasem, dziećmi oraz wnukami z których nie kryje dumy.

Aleksandra Święch: Podobnie rodowita myśleniczanka z domu Bicz. Skończyła Liceum Ogólnokształcące, a następnie Szkołę Laborantów na wydziale radiologii. Po dwuletniej szkole pracowała w myślenickim szpitalu do 55 roku życia. Obecnie jest na emeryturze i jak mówi odpoczywa.

Rozmawiali: Kinga Bicz,Bartłomiej Bierówka

Redakcja: Piotr Jagniewski

Piotr Jagniewski Piotr Jagniewski Autor artykułu

Dziennikarz, redaktor, fotoreporter. Lubi dobrze opowiedziane historie i ludzi z pasją, którzy potrafią się nimi dzielić. Od 2014 roku pełni funkcję redaktora naczelnego. (REPORTAŻ, WYWIAD, WYDARZENIA, LUDZIE, SAMORZĄD)