Nadal będę się starał, mój Doktorze

Nadal będę się starał, mój Doktorze
Fot. . R. Biela

Doktor Emil Biela to, jak wiemy, postać niebanalna, nietuzinkowa, postać, nie bójmy się tego słowa, literacka. Trudno ją zatem opisać w ramach kilkudziesięciu akapitów, wypadałoby odwołać się raczej do formy szerszej, w dodatku żeby „odpowiednie dać rzeczy słowo”, trzeba mieć talent na miarę Niziurskiego, Pilcha czy Schulza.

Jako postać jest doktor Emil Biela zrośnięty z Myślenicami niczym szybkonogość z Achillesem – jak się zdaje, w Dwójce, do której uczęszczałem, świat dzielił się na Niego i resztę „gogów”. Zważmy jak bardzo niziurskie słowo „gog” bliskie jest angielskiemu „God” – doktor Emil Biela już wizualnie kojarzył nam się z Bogiem – wyglądem, siłą głosu, nieubłaganiem – zwłaszcza, że gdy jakiś delikwent darł paszczę na korytarzu, zawsze mógł liczyć na to, że zza drzwi wyłoni się mocarna dłoń „Bieli”, która wciągnie go do środka i zmusi do odstania kwadransika pod portretami wieszczów. W dodatku owa niemal boska wszechobecność przejawiała się w nawyku przemierzania Myślenic na rowerze – doktor Biela lubił zjawiać się znikąd, opromieniony blaskiem brody i błyskiem okularów. Jego uczniowie świetnie pamiętają charakterystyczne, zabawne powiedzonka i zachowania. Z drugiej strony była w nim jakaś groza i nieprzewidywalność żywiołu.

Był nauczycielem totalnym, twórczym i – uwaga – niesprawiedliwym, ale i w tej niesprawiedliwości była metoda. Słusznie, choć wbrew kanonom pedagogiki, zakładał, że nie wszyscy będziemy zarabiali piórem, nie wymagał więc od każdego tyle samo, ale jeśli w kimś namierzył talent literacki, lubił go piłować na talentu tego miarę. Jak pamiętamy Jego specjalnością było słynne łypnięcie zza okularów, na którego ironię odporny mógł być tylko absolutny cymbał. Dodajmy odwołania do przeżyć okresu dojrzewania: „Ech, dziewczyny ci się już śniją, a takie głupoty robisz”, względnie ryknięcie, wzmocnione walnięciem w katedrę, a otrzymamy obraz nauczyciela, który średnio pasuje do naszych mdłych czasów. Z drugiej strony stosował doktor Biela, zda się, proste techniki nauczania – klarowne prowadzenie zeszytu (z zapisywaniem na marginesie wyrazów ze słownika Kopalińskiego), wieczne doskonalenie rozprawki, uczenie się wierszy na pamięć, dodawanie do nich rzeczy dość rewolucyjnej – próby pisania własnych rymowanek, układanie melodii do wierszy klasycznych, i pomysł fenomenalny – obowiązek obcowania z pismami literackimi („Życie Literackie”, „Tygodnik Kulturalny”), który sprawiał, że jeszcze w szkole podstawowej można było się dowiedzieć kim jest, powiedzmy, Wisława Szymborska. Równie skuteczna była zabawa z gramatyką – codziennie pod tablicą stawał jeden człowiek, który rozbierał na części jedno zdanie – niby proste, a wiedza sama wskakiwała do głowy.

Wiem, trochę tak się tu mądrzę jak biograf od siedmiu boleści, niemniej nieskromnie wyznam, że nie znam osobnika, którego życie byłoby splecione z doktorem Bielą ciaśniejszą siateczką powiązań. Spotkałem Go jesienią roku 1980, kiedy, jak się zdaje, świeżo uzyskał tytuł doktora nauk humanistycznych, ja zaś świeżo przybyłem z Wielkopolski i trafiłem do szkoły im. Bohaterów Westerplatte, i od razu wiedziałem, że nie będzie zwyczajnie – okazało się, że klasę 5d przejmie Emil Biela. Nie dość, że doktor, to jeszcze poeta, prozaik i krytyk literacki. Pominę fakt, że w latach 1980-1984 był Emil Biela moim wychowawcą. Pominę fakt, iż w latach 1980-1984 był moim nauczycielem języka polskiego. Pominę fakt, że w latach 1982-1984 był opiekunem szkolnego pisma „Alfabet”, w którym jak się zdaje, po raz pierwszy udało mi się opublikować krótki felieton. Ważniejsze jest, co zdarzyło się potem – pewnie ze względu na dawne zależności służbowe, spotkawszy mnie w okolicach ZSTE, do którego zacząłem uczęszczać, wydał mi swego czasu polecenie prowadzenia dziennika, w którym pisał będę, „co mi się tam dzieje w głowie”. A że Myślenice miastem są przytulnym, co jakiś czas słyszałem pytanie „co z pisaniem?”, a kiedy już napisałem coś, co moim zdaniem miało sens, zawsze mogłem liczyć na uwagi w rodzaju „nielogiczne”, „nieładne”, „a co to właściwie znaczy???”, które doktor Biela wypisywał na marginesach moich wypocin swym charakterystycznie pochylonym pismem. Zresztą – studia polonistyczne również wybrałem dzięki Niemu – interesowało mnie uczenie totalne, wszechstronne, uczenie „podszyte wychowawcą”, łączące literackie kompetencje z ojcowską wręcz troską, uczenie kojarzące się z postacią innego doktora – Janusza Korczaka: z uczeniem i wychowywaniem opartym na szacunku do ucznia, na kształtowaniu go, a nie ociosywaniu, na uczeniu przez aktywny udział, nie kolorowanie zeszycików. Jakiś czas później dostałem od Pana Bieli kilka tekstów, które miały stać się piosenkami – niestety muzykę napisałem tylko do jednego z nich – „Chwała miastu w dolinie” – opiewającego, jakżeby inaczej, Myślenice. O ile kojarzę, publicznie wykonałem ją tylko raz, podczas koncertu w MDK, tuż po wygraniu przeze mnie Studenckiego Festiwalu Piosenki – czyli „śpiewałem Bielę”.

Był zatem doktor Emil Biela moim wychowawcą, nauczycielem, wydawcą, poetą, do słów którego układałem melodie, recenzentem wieczoru poetyckiego, na którym w auli myślenickiego LO czytaliśmy swe wiersze z Marcinem Godawą, (obecnie księdzem, poetą, teologiem, profesorem Uniwersytetu Jana Pawła II), recenzentem „Piosenek i Nie”, mego poetyckiego debiutu, ba, sprostował kiedyś w „Przekroju” tytuł mojego tekstu, i pomyśleć, że wszystko zaczęło się od lekcji polskiego. Dlatego za każdym razem, gdy coś napisałem, nagrałem, wydałem – niosłem to Doktorowi Bieli, tak, żeby słowa wracały do swego źródła.

Bo, jakkolwiek poważnie to brzmi – bycie uczonym przez pedagoga, pisarza, poetę, było to chyba najpiękniejszym wychowywaniem, jakie otrzymałem – mówiono do mnie świetną, soczystą polszczyzną, pokazywano, że język ten ma służyć mi na co dzień, że nie ma nic cenniejszego niż komunikowanie się i wieczne uczenie od innych.

Sto lat – Panie Emilu! I, że sparafrazuję Poetę: „nadal będę się starał, mój Doktorze!”.

Robert Kasprzycki