Najlepsze do dzisiaj są przepisy przekazywane z pokolenia na pokolenie

Najlepsze do dzisiaj są przepisy przekazywane z pokolenia na pokolenie

Takie były czasy; chleb się piekło, świnie się biło, a z tych świń się robiło smalec, słoninkę taką że palce lizać, kiełbaski i wiele innych. Na stole mogliście znaleźć wiejską kiełbasę pokrojoną w plasterki, salceson… pasztetowa, czy wędzona szynka, to już był rarytas. Jak się biło te świnie to były wędliny i jedliśmy wędliny, a kiedy się kończyły - jedliśmy chleb ze smalcem, najczęściej trzymany w glinianym garnku

Najlepsze do dzisiaj są przepisy od babć, przekazywane z pokolenia na pokolenie. Kiedyś były jeszcze bardziej strzeżone, a gospodynie niechętnie się nimi dzieliły często traktując je jak największy sekret

- mówi Kazimiera Majda, rodowita myśleniczanka mieszkająca tutaj od 1946 roku

 

Na początek chcemy zapytać o serce miasta jakim jest myślenicki Rynek… jak bardzo zmieniał się na przestrzeni lat i która wersja się Pani bardziej podoba - dzisiejsza, czy może ta z przeszłości?

Kamienice niewiele się zmieniły, ale sam Rynek przeszedł ich sporo. Według mnie dzisiaj jest na nim zbyt mało drzew, które kiedyś tworzyły szpaler ciągnący się przez środek. Drzewa dawały cień i urozmaicały widok, natomiast dzisiaj można odnieść wrażenie, że w lecie jest na nim gorąco jak na patelni.

Kiedyś podobno odbywał się też na nim targ.

Tego już nie pamiętam, bo to było zaraz po wojnie, a ja urodziłam się w 1946 roku, więc byłam zbyt mała. Jak to się mówi „za moich czasów” targ odbywał się na Końskim Rynku. Natomiast na Dolnym Przedmieściu lub jak niektórzy nadal mówią na „Dolnej Wsi” - przy dzisiejszej ul. Kazimierza Wielkiego organizowano targ bydlęcy. Gospodarze sprzedawali tam krowy, kozy, świnie. Zresztą ta tradycja przetrwała do dzisiaj, bo w tym miejscu nadal można kupić zwierzęta takie jak kury, czy kaczki.

Czym zajmowała się Pani po szkole?

Przyjęłam się do pracy w biurze w Galalicie. Zajmowałam się sprzedażą guzików, fakturowaniem i dystrybucją, bo zamówienia szły z całej Polski, a najwięcej z Łodzi. Tam funkcjonowało mnóstwo zakładów odzieżowych, dziewiarskich i spółdzielni. Myślenice wytwarzały dla nich guziki, które trafiały do płaszczy, sukienek, swetrów i koszul.

Jak wyglądała produkcja takiego guzika?

Było to bardzo pracochłonne, ale najgorszą pracę wypełniały panie w cegielni, gdzie szlifowały te guziki nadając im połysk. Pracowały w miejscu, gdzie potwornie się kurzyło i wychodziły całe upudrowane tą cegłą. Tak mi ich zawsze było żal. Z czasem inżynierowie opracowali inne sposoby na szlifowanie, a w pomieszczeniach pojawiła się wentylacja i poprawiano warunki pracy, unowocześniając produkcję.

Dużo osób tam pracowało?

Bardzo dużo, a praca szła na trzy zmiany. Pracowały całe rodziny; mężowie i żony zmieniali się w domu wychowując w ten sposób dzieci. Kiedy kobieta przychodziła po nocce, musiała się nimi jeszcze zająć, później kładła się spać, natomiast kiedy wracał mąż… ona wychodziła. Te zmiany były ruchome i raz pracowało się na rano, w innym tygodniu na popołudnie, a w kolejnym na noc. Ja miałam szczęście, bo do biura przychodziłam zawsze o tej samej porze w godzinach od 7 do 15.

Skoro już rozmawiamy o pracy; czy oprócz Galalitu można było liczyć na zatrudnienie w innym dużym zakładzie?

Oprócz Galalitu największymi pracodawcami była Vistula, Prodlew i Tartak. Takie zakłady sprawiały, że do Myślenic za pracą przyjeżdżali ludzie z wiosek, a pod Plebańską Górą zaczęto budować bloki.

A mleczarnia? Dzisiaj ten budynek stoi pusty i straszy…

Robili w niej sery… Pamiętam, jeden miał szczególny smak i nazywał się „myślenicki”. To były pyszne wyroby. Robili tam też żółty ser, a pamiętam to dobrze, bo jeszcze będąc w technikum byliśmy tam na wycieczce i oglądaliśmy jak powstają te produkty. Gospodarze przywozili do Myślenic na furmankach mleko z okolicznych wiosek i w mleczarni oceniali jego jakość, następnie kupowali i przerabiali na różne produkty.

A jaki wtedy był najbardziej dochodowy zawód?

Najwięcej jak zwykle zarabiali dyrektorzy. Poza tym nie było aż tak zróżnicowanych płac. Nie było też widać tak dużej różnicy pomiędzy bogatymi a biednymi, jak dzisiaj. Ludzie żyli w blokach i mieli podobne mieszkania. Każdy pracując w biurze, czy na produkcji otrzymywał jakieś dodatki za nocki, czy rodzinne za liczbę dzieci.

Za to po wojnie jednym z bardziej dochodowych zawodów był kuśnierz. Mój tata trudnił się tym zajęciem i wyprawiał ubrania ze skór. W tamtych latach panowały długie i mroźne zimy. Kiedy ktoś miał kożuch z baraniej skóry, czy futro z królików, to był zamożnym człowiekiem.

Później rząd zakazywał wyprawiania ubrań ze zwierzęcych skór, a tata za te kożuchy trafił nawet do więzienia. A zapotrzebowanie było. Ludzie nie mieli w czym chodzić, to chętnie kupowali czapki, kubraczki, wszystko… i tak przychodzili po prośbie, żeby uszyć jednemu a to czapkę, a to rękawiczki, bo tego nie było w sklepach. Podobnie było z wyprawianiem skóry na buty, tego też zakazali...

Był widoczny podział na zawody dla mężczyzn i kobiet?

Nie wszystkie kobiety pracowały. W większości zajmowały się domem, a oprócz tego jeszcze każdy miał jakieś gospodarstwo, a to też wymagało obowiązków i opieki. U nas w domu oprócz tego, że tata pracował nad skórami, zajmował się też gospodarką, a w lecie dodatkowym zajęciem była praca w polu.

Znajdowaliście czas na rozrywkę?

Tak, chodziło się do kina, w „Sokole” odbywały się zabawy sylwestrowe lub bale organizowane przez zakłady pracy. Do tego dancingi! Z kolei na nie chodziło się na Zarabie w miejsce, gdzie dzisiaj znajduje się kościół. Z koleżanką często podglądałyśmy jak bawią się tam ludzie. Pewnego razu moje koleżanki z technikum odważyły się wejść i wypatrzył je tam profesor Wójcik. Znany był z tego, że chodził w takie miejsca sprawdzać, czy nie ma tam młodych ludzi. Na drugi dzień w szkole zorganizował apel i mówi tak: „No to teraz pokażemy, które panie się bawiły na dancingu”, wywołał je na środek i zrobił im taką burę, że od razu wiedzieliśmy, żeby tam nie chodzić. Kiedyś taka reprymenda wystarczyła, a dzisiaj młodzi wcale się tym nie przejmują i bawią się jak chcą.

Po wizytach w kinie, szczególnie zapadł Pani w pamięci jakiś film?

„Rzymskie wakacje”, bo byłam na nim nielegalnie. Był od 16 lat, a ja poszłam na niego razem z koleżanką o wiele lat wcześniej i bileterka nie chciała nas wpuścić.

Które miejsca w mieście wspomina Pani ze szczególnym sentymentem?

Na pewno amfiteatr na Zarabiu, albo pobliską restaurację gdzie chodziliśmy często z mężem na kawę. Wtedy kawa była trudno dostępna w sklepach, dlatego idąc do teściowej w odwiedzimy często wstępowaliśmy do tego miejsca, a dzieciom kupowaliśmy sok. Z przyjemnością piłam tę kawę, a jej smak i zapach pamiętam doskonale do dzisiaj. Bo wiecie, dzisiaj nie ma już takiej kawy jak wtedy…

Na kawę chodziliście do restauracji, na filmy do kina, potańczyć na dancingi, a jak i gdzie organizowane były wesela?

W domach. Moje też odbyło się w domu. W tym pokoju! Wynosiliśmy z pomieszczeń wszystkie meble, pokoje zostawały puste, naokoło układane były stoły i siadaliśmy jeden przy drugim. Najwygodniej było położyć ławki, bo wtedy przy nich mieściło się więcej osób, a krzesła zabierały zbyt dużo miejsca.

To na ile gości było takie wesele?

Ile tu mogło się tu zmieścić? Może 40 osób… Kiedyś nie było domów weselnych jak dzisiaj, a wesela w strażnicach zaczęto organizować, dopiero kiedy te powstawały w różnych regionach.

A jakie w tamtych czasach były przekąski?

Na stole mogliście znaleźć wiejską kiełbasę pokrojoną w plasterki, salceson… pasztetowa to już był rarytas, a szynka uwędzona w domu to była dopiero przekąska. Jeśli chodzi o słodycze to mieliśmy je w formie ciast. Na przykład drożdżowe, albo jakieś pierniczki. Spotkania towarzyskie służyły wymianom przepisów na takie rarytasy i tak się pomału wprowadzało urozmaicenia do domowego menu. Najlepsze do dzisiaj są przepisy od babć, przekazywane z pokolenia na pokolenie. Kiedyś były jeszcze bardziej strzeżone, nie każdy chętnie się nimi dzielił i nie było tak łatwo od kogoś wyrwać przepis.

I właśnie chodząc po tych weselach o których rozmawiamy, panie starały się zdobyć kolejny. Zdarzało się, że pracując jako pomoc na takim przyjęciu kucharki nie chciały zdradzać pracownikom proporcji. Dobry przepis był jak sekret.

Te potrawy powstawały z tego co mieliście akurat pod ręką?

Takie były czasy; chleb się piekło, świnie się biło, a z tych świń się robiło smalec, słoninkę taką że palce lizać, kiełbaski i tak dalej. Jak się biło te świnie to były wędliny i jedliśmy wędliny, kiedy się kończyły jedliśmy chleb ze smalcem, najczęściej trzymany w glinianym garnku. Oprócz tego się waliło króliki, kury, kurczęta… Jadło się to co było. Poza tym mieliśmy jeszcze dużo jabłek, gruszek, śliwek, wszystko to było do zjedzenia.

Jedzenie na mieście nie było tak popularne jak dzisiaj?

Należało do rzadkości. Częściej wychodziliśmy na kawę, a mężczyźni też na piwo. W Rynku był taki lokal prowadzony przez Powszechną Spółdzielnię Spożywców „Społem” i popularnie nazywaliśmy go „mordownią”. Chodzili tam przeważnie chłopi, oczywiście na piwo, bo ono się tam lało strumieniami. Nie wchodziłam tam, ale widać było dobrze przez szybę jak się mordowali nad tymi kuflami, stąd nazwa - „mordownia”. Na stojąco, na siedząco - byle wypić to piwo. Nie liczyły się zakąski, czy biesiada przy stole - tam chodziło o to, aby się napić. Taka była ta knajpa.

Mamy tu kilka zdjęć, rozpoznaje Pani co się na nich znajduje?

O tak! To apteka Pana Skowrońskiego. To był bardzo, ale to bardzo przyjemny Pan. Jak ktoś chorował w domu, to inny z domowników szedł do tej apteki, Pan Skowroński wychodził na bok i słuchał. Wtedy się mówiło co komuś dolega, a on słuchał, kiwał głową i później przynosił lekarstwo, a jak nie przyniósł, to mówił proszę jutro przyjść. I było!

W tej aptece pracował jeszcze Stasiu Pucz. Na co dzień mieszkał w Krakowie. Do niego z kolei szło się, kiedy ktoś potrzebował lekarstwa, które trzeba było sprowadzić. Mówiło się „Panie Stasiu proszę takie, a takie lekarstwo”. Pan Stasiu na to „Proszę przyjść wtedy i wtedy”. Potem przywoził, każdy był zadowolony i to było wspaniałe. Chodziło się tam ze wszystkim z każdą poradą, a jeżeli już nie mógł pomóc, to szło się do lekarza.

Cieszył się chyba większym szacunkiem niż lekarz.

Aptekarz cieszył się dużym szacunkiem. Oczywiście nie był lekarzem, ale miał dostęp do leków, a w tamtym okresie ludzie częściej leczyli się domowymi sposobami, kiedy one nie pomagały szli do apteki, a dopiero gdy aptekarz nie mógł pomóc - decydowali się na wizytę u lekarza.

Rozpoczęliśmy od pytania o myślenicki Rynek, a co w samej kwestii miasta – gdyby miała Pani dokonać wyboru, to jaki on by był: Myślenice kiedyś, czy Myślenice dzisiaj?

Miasto dzisiaj podoba mi się bardzo, bo dużo się zmieniło na korzyść. Jednak przykro mi się robi, kiedy patrzę jak w niektórych miejscach niszczeje. Ważne jest, aby pielęgnować dawne budynki, dbać o zabytki, bo to one są historią i świadectwem o danym mieście i naszej przeszłości. To urokliwe miasteczko i dobrze byłoby gdyby takim zostało. Zawsze kiedy wracaliśmy z wycieczki, to śpiewaliśmy „Piękna jest Warszawa, piękniejszy jest Kraków, ale najpiękniejsze Myślenice przecie”. Tęskno mi za Plebańską Górą pełną pól z łanami zbóż, kopami siana. Dzisiaj widać tam głównie bloki i domy. Jednak jeśli ktoś się urodził w tym mieście i spędził tu całe życie tak jak ja, to chciałby aby zawsze było tu ładnie. Myślenice zawsze mi się podobały i to wspaniałe miejsce do życia - nie mogłabym mieszkać gdzie indziej, jak tylko w Myślenicach.

Rozmawiali: Kazimiera Majda i Szymon Jasek

Redakcja: Piotr Jagniewski

 

Wygraj jedną z książek "Myślenice we wspomnieniach mieszkańców"

W ramach Harcerskiego Archiwum Społecznego młodzi ludzie szukali myśleniczan chętnych do podzielenia się swoimi życiowymi doświadczeniami. Rozmowy toczyły się wokół zdjęć udostępnionych przez Muzeum Niepodległości, a rozmówcy opowiadali o tym, co znajduje się na fotografiach i wspomnieniach, jakie budzą w nich przedstawione miejsca, obiekty i wydarzenia.

Efektem jest ponad dwustustronicowa książka w której zebrany materiał został podzielony na fragmenty ułożone tematycznie. Znalazły się w niej urywki rozmów, a na naszych łamach prezentujemy ich obszerne fragmenty. Mamy nadzieję, że starszym czytelnikom pozwolą na moment przenieść się do czasów ich młodości, natomiast młodszym poznać Myślenice, w jakich na co dzień żyli ich rodzice i dziadkowie.

Książka „Myślenice we wspomnieniach mieszkańców” nie trafi do sprzedaży, jednak dla naszych czytelników udało nam się zdobyć kilka egzemplarzy. Aby mieć szansę otrzymania jednego z nich wystarczy dostarczyć do siedziby redakcji kupon konkursowy, który drukujemy w papierowym wydaniu Gazety Myślenickiej.

 

Piotr Jagniewski Piotr Jagniewski Autor artykułu

Reporter, redaktor, fotograf. Lubi dobrze opowiedziane historie i ludzi z pasją, którzy potrafią się nimi dzielić. Od 2014 roku pełni funkcję redaktora naczelnego. (REPORTAŻ, WYWIAD, WYDARZENIA, LUDZIE, SAMORZĄD)