Nasze cmentarze

Felieton 29 października 2019 Wydanie 40/2019
Nasze cmentarze

Z mgły, która coraz szczelniej przesłania dzieciństwo, zapamiętałam zapach myślenickich cmentarzy, choiny i palących się świec. Chodziło się na nie w Dzień Zaduszny, bo we Wszystkich Świętych jechaliśmy na jedyny rodzinny grób „po tej stronie granicy” – jak mówiła Babunia, mogiłkę jej brata, zmarłego w klasie maturalnej na gruźlicę w zakopiańskim sanatorium.

Można powiedzieć, że na początku lat sześćdziesiątych oba nasze cmentarze prezentowały się bardzo ekologicznie. Na górnym, zarządzanym przez parafię, stanowczo przeważały ziemne groby, jeśli nie posiadały metalowego kutego lub betonowego obramowania, robiono je z gałązek świerkowych, sadzono barwinek, bukszpan, pnące czy rabatowe róże, a na wiosnę bratki.

Krzyże były przeważnie metalowe, rzadziej drewniane, czasem jednak trafił się nawet brzozowy. Wieszano na nich wieńce z choiny ozdabiane nieśmiertelnikami, jarzębiną, głogiem, szyszkami, wplatano wstążki. Mniejsze krzyżyki i groby dzieci ozdabiano wianuszkami z samych nieśmiertelników. Dominowały bardzo kolorowe, drobne lecz odporne na przymrozki chryzantemy z domowych ogródków, sadzone przed 1 listopada. Z drzewek, krzewów i dostojnej lipy na górnym, a na dolnym zwłaszcza wspaniałych kasztanów spływały, barwne liście odwieczny atrybut przemijania, tworząc niepowtarzalny nastrój. Poczerniałe, omszałe grobowce rodzinne i ciemne płyty rozjaśniało złoto liści, budząc nadzieję. Wiosną, zwłaszcza rano, nasze cmentarze śpiewały na wiele ptasich głosów, drzewa bowiem stanowiły sypialnie licznych gatunków. Na dolnym pomieszkiwały nawet wiewiórki.

Atmosferę tę można jeszcze znaleźć na cmentarzach zamkniętych czy też objętych opieką konserwatorów.

Antonina Sebesta