Życzenia Wielkanocne

Nie bierzemy jeńców! A następna płyta będzie po polsku

Nie bierzemy jeńców! A następna płyta będzie po polsku

Trzeba zaryzykować, dopilnować wielu spraw i wielu dziedzin, a i tak to może nie wypalić. Ale ryzykujemy. Ryzykujemy każdego dnia od ponad 10 lat. Zespoły się rozpadają, zmieniają, ludzie porzucają swoje marzenia, dopada ich codzienność, poddają się, a my gramy dalej. Mając rodziny, kredyty, zobowiązania i nieraz wielce absorbującą pracę.

Mamy dość wymówek typu „mało ludzi nas słucha, bo gramy w niszy”. Jeżeli mało ludzi Cię słucha to znaczy, że grasz słabo. Poprzeczka została powieszona bardzo wysoko. Nie bierzemy jeńców!

- mówi Jakub Węgrzyn i Sebastian Najder z obchodzącego dziesięciolecie zespołu HellHaven

 

Istnieją od 2008 roku. W tym czasie nagrali dwie regularne płyty „Beyond the Frontier”(2012) i „Anywhere Out of the World”(2017), jedną ep-kę „Art. Of Art’s Sake”(2010) i koncertowe DVD ”Beyond the Frontier Live”. HellHaven to grupa grająca progresywny rock, albo metal chociaż zaszufladkowanie do jednego gatunku tego myślenicko-krakowsko-częstochowskiego zespołu sprawia spory problem każdemu, kto opisuje ich muzykę.

Rok temu wydali płytę pt. „Anywhere Out of the World”, która podobnie jak debiut spotkała się z bardzo życzliwym przyjęciem ze strony krytyków i fanów. Powiedzieć, że mieli dobre recenzje to nic nie powiedzieć. W „Teraz Rock” napisano, że to „świetna ponadgatunkowa płyta” oraz, że każdy utwór ma w sobie przynajmniej jeden „efekt wow”, a w „Magazynie Gitarzysta” czytamy że „…w jednej piosence dzieje się więcej niż na niejednym regularnym krążku. W swojej prog metalowej estetyce kapela jest fantastyczna, a czerpie inspiracje z tylu źródeł, że wymienianie wszystkich mijałoby się z celem - tym bardziej, że sprowadziłoby się to do prostego faktu, że Hellhaven są jedyni w swoim rodzaju, bo nie ma na świecie kapeli, która potrafiłaby równie udanie przesadzać w tak doskonałym stylu.” A to tylko pierwsze z brzegu dwie recenzje.

Myśleniccy fani mogli oglądać i słuchać ostatnio podczas zakończenia lata na Rynku, gdzie HellHaven udowodnili, że są pierwszoligową progresywno-metalową ekipą. O ich muzyce, inspiracjach i o tym dlaczego nie mieszkają jeszcze w apartamentach na Manhattanie udało nam się niedawno porozmawiać z dwoma piątymi zespołu, czyli jednym z założycieli i liderów programowych grupy Kubą Węgrzynem oraz współkompozytorem i frontmanem o tysiącu twarzy i głosów Sebastianem Najderem.

 

Pierwsze pytanie jakie nasuwa się w związku z HellHaven to czy ta gra słów w nazwie zespołu to jakieś nawiązanie do słynnej płyty Black Sabbath „Heaven and hell”?

Jakub Węgrzyn: Nie, w tym przypadku nie chodziło o Sabbathów, ale o taką ciekawą zbitkę przeciwstawieństw - hell czyli piekło i haven czyli przystań. Co oczywiście nie zmienia faktu, że bardzo lubimy zespół Iommie’go. Nazwa jest jeszcze z czasów, gdy mocno inspirowaliśmy się klasykami heavy metalu. Nie jest idealna, ale przylgnęła do nas i jest już poniekąd rozpoznawalna. Dzisiaj trudno buduje się własną markę, nie chcemy palić za sobą mostów.

Gracie bardzo wyrafinowaną i czasem dosyć skomplikowaną muzykę. Jesteście muzycznymi samoukami jak przystało na rockendrollowców, czy też macie jakieś doświadczenia ze szkołą muzyczną?

Jakub Węgrzyn: O ile mi wiadomo Paweł - nasz perkusista przebrnął przez edukację w szkole muzycznej, ale poza tym jesteśmy samoukami. Ja też miałem jakiś krótki epizod w szkole muzycznej, ale nie na gitarze tylko na saksofonie.

Przypisuje się was do nurtu rocka progresywnego. Pierwsze skojarzenie jakie ma ktoś z tym hasłem to…

Jakub Węgrzyn: No tak, Pink Floyd, Yes, Genesis albo ELP. Od razu muszę przestrzec, że gramy trochę inaczej od wymienionych zespołów. W ogóle samo określenie progresywny oznacza, że trzeba trochę wyprzedzać trendy, albo i samemu je tworzyć, bo gdybyśmy grali tak jak zespoły sprzed czterdziestu kilku lat to w żadnym razie nie mamy prawa nazywać się postępowymi. Progress oznacza ciągłe parcie do przodu w pomysłach, koncepcjach. Gdy słyszę zespół, który w dzisiejszych czasach gra jak Pink Floyd, czy stare Genesis, trudno jest mi nazwać go progresywnym.

Sebastian Najder: Chociaż takie tworzenie nowych trendów w muzyce też bywa niebezpieczne, co widać na przykładzie zespołu Tool. Kiedy zrobili międzynarodową karierę to zespołów świadomie i nieświadomie ich kopiujących pojawiło się na świecie tyle, że czasami trudno je odróżnić od tego prawdziwego Tool’a. Chociaż samo granie w takiej stylistyce i tak wymaga dużych umiejętności.

Mam ambicje, aby człowiek, który nigdy nie gustował w takiej muzyce, czy to przedstawiciel klasy wyższej, czy miły pan spod przysłowiowej budki z piwem po przesłuchaniu naszego materiału powiedział „ok, to jest dobre”.

W recenzjach waszych płyt, a szczególnie tej ostatniej, bardzo często zwracano uwagę na ciekawą współpracę gitarową między bardzo różniącymi się stylistycznie instrumentalistami, czyli Kubą i Hubertem Kalinowskim.

Sebastian Najder: Hubert jest naszym bardzo cennym transferem. Przyszedł trzy lata temu i wprowadził sporo muzycznego fermentu. Każdy musi przyznać, że to po prostu znakomity warsztatowo gitarzysta a technika nie jest dla niego celem, ale środkiem do niego no i jego wkład kompozytorski jest nie do przecenienia.

Jakub Węgrzyn: I przy tym cały czas się rozwija, chociaż ciągle twierdzi, że nie umie grać. On do naszego zespołu wprowadza trochę klimatów Dream Theater, ja natomiast wywodzę się z takiej raczej Gilmour’owskiej tradycji grania, czyli stawiam na mniej techniczne, a bardziej emocjonalne granie. Takie połączenie mojej gitary Fendera i Ibaneza na którym gra Hubert to jeden ze znaków rozpoznawczych naszego zespołu. Hubert jest specjalistą od świetnej, technicznej gitary. Ja jestem pospolitym, ale sumiennym pracownikiem w segmencie wsparcia wokalu i tła gitarowego.

Kto w waszym zespole najczęściej pisze utwory?

Sebastian Najder: To się rozkłada mniej więcej po równo na nas trzech - mnie, Kubę i Huberta. Ale zawsze jest tak, że jakiś pomysł jednego z nas musi zostać zaakceptowany przez całą piątkę. Stąd ta świetna, świeża i już rozpoznawalna różnorodność. Czekam aż zaczniemy rapować albo podążać w stronę jazzu. Sky is the limit, jak to się mówi na wsi.

Podpisaliście kontrakt z firmą płytową. Jak wiele dzieli was od tego aby stać się w pełni zawodowymi muzykami i utrzymywać się z grania?

Jakub Węgrzyn: To jest jeden szczebel, ale ten najważniejszy. Musielibyśmy po prostu postawić wszystko na jedną kartę, czyli porzucić nasze obowiązki zawodowe i sporo naprawdę sporo w to zainwestować. Finansowo, ale nie tylko. Takie przedsięwzięcie w zasadzie nie różni się wiele od prowadzenia firmy. Trzeba zaryzykować, dopilnować wielu spraw i wielu dziedzin, a i tak to może nie wypalić. Ale ryzykujemy. Ryzykujemy każdego dnia od ponad 10 lat. Zespoły się rozpadają, zmieniają, ludzie porzucają swoje marzenia, dopada ich szara codzienność, poddają się, a my gramy dalej. Mając rodziny, kredyty, zobowiązania i nieraz wielce absorbującą pracę. Gramy dalej i z coraz większym sukcesem.

Sebastian Najder: Chociaż z drugiej strony jak się przyjrzeć biografiom największych artystów to oni właśnie w pewnym momencie życia tak robili. Po prostu duży sukces zawsze jakoś wiąże się z dużym ryzykiem.

Między waszą drugą, a trzecią płytą minęło aż 5 lat. Na ile płyt obliguje was kontrakt z wytwórnią?

Jakub Węgrzyn: Nasza umowa jest na tyle elastyczna, że nie mamy jakiegoś ustalonego terminu do którego musimy nagrać materiał. Wiemy od paru innych kapel, które podpisywały takie kontrakty w których zobowiązywały się do nagrywania płyt na przykład co 2 lata, że potem okazywało się to niezwykle trudne do zrealizowania.

Sebastian Najder: Ludzie nie zawsze sobie zdają sprawę ile czasu poświęcamy na nagrywanie takiej płyty. Praca nad naszym ostatnim albumem trwała aż 4 lata.

Jakub Węgrzyn: A i tak sporo bym dzisiaj w tej płycie zmienił czy poprawił. Z mojego programu DAW wynika na przykład, że od 2014 roku spędziliśmy przy pracy nad tylko 3 projektami aż 700 godzin.

Czy za tymi bardzo dobrymi recenzjami idzie jakieś większe zainteresowanie ze strony fanów?

Sebastian Najder: Chyba tak. Widzę to jeżdżąc na festiwale np. „Woodstock”, gdzie często muzykuję w innych składach niż HellHaven i zawsze zabieram ze sobą krążki naszego zespołu celem ich wypromowania i często zdarza się, że mówię do słuchaczy - „ale słuchajcie, ta muzyka na płycie jest trochę inna od tej którą grałem przed chwilą na festiwalu”. A oni odpowiadają, że owszem wiedzą o tym i zaczynają cytować tytuły utworów z naszych płyt i dzielą się wrażeniami co im się podobało, a co nie. Takie spotkania właśnie przekonują mnie, że warto robić taką muzykę choć pewnie nie jest to w tej chwili najpopularniejszy nurt ani w rocku, ani w metalu, ani w ogóle w pop kulturze.

Jakub Węgrzyn: W ogóle chodzi nam o to żeby ta muzyka mimo swojego stopnia skomplikowania była jednak na tyle przyswajalna, żeby słuchacz chciał wracać do naszych płyt i nawet nucić motywy które na nich usłyszą. Mimo, że to gatunek trochę niszowy to jednak tworzymy te utwory dla ludzi.

Ile koncertów rocznie gra HellHaven?

Jakub Węgrzyn: Około 20 czyli niezbyt wiele, ale chodzi nam bardziej o jakość niż o ilość. To samo zresztą tyczy się wydawania płyt. Następny koncert zagramy gdzieś na początku października i mamy też plany żeby zaatakować Pomorze, bo tam nasza muzyka spotkała się ze szczególnie pozytywnym odzewem.

Co stoi na przeszkodzie żeby wasz zespół zagrał na Open’erze, Woodstocku albo Off Festivalu?

Jakub Węgrzyn: Z tego co mi wiadomo, żeby wystąpić na takim festiwalu to trzeba zainwestować trochę pieniędzy więc rozbija się to bardziej o kwestie biznesową niż upodobań muzycznych słuchaczy tego, czy innego festiwalu. Albo po prostu musimy się nauczyć jeszcze lepiej grać i trafić do odpowiedniego słuchacza. Ciągle więcej przed nami, niż za.

Od 2008 roku przez wasz zespół przewinęło się łącznie z obecny składem dwunastu muzyków.

Jakub Węgrzyn: Z pierwotnego składu zostaliśmy tylko ja i nasz basista Marcin Jaśkowiec czyli ta myślenicka część składu. Sebastian i Paweł trafili do nas z Krakowa, a Hubert to już przedstawiciel Częstochowy.

Sebastian Najder: Takimi pozycjami na których dochodziło u nas do najczęstszych roszad były druga gitara i podobnie jak bohaterom filmu „Oto Spinal Tap” towarzyszyła nam klątwa perkusisty z tą różnica, że ci nasi nie wybuchali.

Chcemy grać swoją wizję muzyki, ale dla ludzi. Słuchacze są nieodzownie najważniejszym elementem każdego zespołu. Mamy dość wymówek typu „mało ludzi nas słucha bo gramy w niszy”. Jeżeli mało ludzi Cię słucha to znaczy, że grasz po prostu słabo. Poprzeczka została powieszona bardzo wysoko. Nie bierzemy jeńców.

Na ostatniej płycie można usłyszeć cytaty m.in. z Wergiliusza, Baudelaire’a,, a nawet Einsteina. Sebastian, nie mogę nie zapytać jakie są twoje literackie fascynacje i kto jest dla ciebie drogowskazem jak chodzi o sztukę wokalną?

Sebastian Najder: Oczywiście mam swoich ulubieńców literackich jak choćby Mark Twain, Stanisław Lem, Edgar Alan Poe, H. P. Lovecraft, Fryderyk Nietzsche, Charles Baudelaire... Mogę wymieniać. Staram się nie zamykać i cały czas szukam nowych inspiracji. Często podchodzę do sprawy holistycznie, tzn. wpada mi coś w ręce przez kogoś lub przez zupełny przypadek i zabieram się za to. Mam też listę zaległości ale jest tego tyle, że nie starczy jednego żywota więc podchodzę do tego na luzie. Jeśli chodzi o śpiew, także nie mam jednej wytartej ścieżki. Staram się cały czas szukać i eksperymentować. Mam wielu artystów na mysli jeśli chodzi o moje inspiracje ale chyba nie ma sensu ich wymieniać. Raz, że jest ich także dość spora ilość, a dwa, że chyba fajniej jest samemu ich szukać w naszej twórczości

W notce biograficznej często wymienia się was jako przedstawicieli nurtu progresywnego oraz art-rocka. Art.-rock to jest jakaś bardziej wyrafinowana forma rocka progresywnego?

Jakub Węgrzyn: Art.-rock trudno jednoznacznie zdefiniować, ale w moim przekonaniu to jest ta prostsza forma muzyki progresywnej. Mniej eksperymentalna, bardziej tradycyjna. Zbliżona może do hard-rocka i typowych form muzyczno-piosenkowych, ale niebagatelizująca grania ambitnego i z pomysłem. I tutaj pojawiamy się my - bierzemy art rock, prog rock, prog metal, muzykę etniczną, pop i elektronikę i mieszamy... aż się zagotuje i wybuchnie w postaci płyty, o której wielu mówi „strzał w dziesiątkę”.

Jakie macie cele, ambicje czy też marzenia związane z następnymi latami funkcjonowania HellHaven odnośnie koncertów, płyt, nagrywania muzyki?

Jakub Węgrzyn: Mam ambicje, aby człowiek, który nigdy nie gustował w takiej muzyce, czy to przedstawiciel klasy wyższej, czy miły pan spod przysłowiowej budki z piwem po przesłuchaniu naszego materiału powiedział „ok, to jest dobre”. Chcemy grać swoją wizję muzyki, ale dla ludzi. Słuchacze są nieodzownie najważniejszym elementem każdego zespołu. Mamy dość wymówek typu „mało ludzi nas słucha bo gramy w niszy”. Jeżeli mało ludzi cię słucha to znaczy, że grasz po prostu słabo. Poprzeczka została powieszona bardzo wysoko. Nie bierzemy jeńców.

Ulubione płyty:

Jakub Węgrzyn: 1. Ghost - Meliora, 2. Daft Punk - Random Access Memories, 3. Iron Maiden - Seventh son of a seventh son, 4. Pink Floyd - Dark Side Of The Moon, 5. Haken - The Mountain

Sebastian Najder: 1. Tool - 10000 days, 2. Iron Maiden - brave New World, 3. Slayer - South of heaven, 4. Yes - 90125, 5. Scorpions - moment of glory

Paweł Czartoryski: 1. Devin Townsend - Project - Z2 - Sky Blue, 2. Symphony X - Paradise Lost, 3. Dream Theater - Systematic Chaos, 4. Judas Priest - Firepower, 5. Sons Of Apollo - Psychotic Symphony

Marcin Jaśkowiec: 1. Evergrey - The Inner Circle 2. Iron Maiden - Brave New World 3. Queen - Innuendo 4. Dimmu Borgir - Puritanical Euphoric Misanthropia 5. Black Sabbath - Tyr

Hubert Kalinowski: 1. Judas Priest - Sad Wings Of Destiny 2. Nevermore - This Godless Endeavor 3. Symphony X - Paradise Lost 4. Symphony X - V: Mythology Suite 5. Judas Priest - Defenders Of The Faith 

 

Rafał Podmokły Rafał Podmokły Autor artykułu

Dziennikarz, meloman, biblioman, kolekcjoner, chodząca encyklopedia sportu. Podobnie jak dobrą książkę lub płytę, ceni sobie interesującą rozmowę (SPORT, KULTURA, WYWIAD, LUDZIE).