Nie mieliśmy lekko, ale nie było tyle pokus co teraz

Nie mieliśmy lekko, ale nie było tyle pokus co teraz
Fot. fot. has-myslenice.pl

Czy dzisiaj w Myślenicach żyje się łatwiej? Trudno powiedzieć… nie było lekko, ale nie było tyle pokus co teraz. Dzisiaj młodzi chcą mieć wszystko od razu, a my musieliśmy się dorabiać od łyżki, do wszystkiego po kolei

O zawodzie nauczyciela, szkolnictwie i nielegalnym harcerstwie, trudach życia w latach powojennych i o codzienności podczas okupacji opowiada Pani Aleksandra Mikołajczyk

 

Dzień dobry, a właściwie powinniśmy powiedzieć „Czuwaj!”, bo z tego co wiem, kiedyś była Pani harcerką…

Od samego początku byłam członkinią drużyny harcerskiej „Tatry” działającej przy gimnazjum w Myślenicach. Pięknie wspominam ten okres. To było zaraz po wojnie, więc mieliśmy wszyscy zajęcia w harcerstwie porządkując po okresie okupacji obejście wokół gimnazjum w miejscu, gdzie dzisiaj jest internat. Wtedy hufcową była nauczycielka Pani Helena Gawronowa. Oczywiście pracowaliśmy w zastępach, a każdy miał swoją nazwę i harcerskie życie toczyło się bardzo ciekawie; wieczorne spotkania, gawędy przy ognisku, przy kominku, spacery po Uklejnie, chodziliśmy na Dalin, albo na Chełm. Harcerstwo szło za mną przez całe życie. Kiedy podjęłam pracę nauczyciela w Głogoczowie, założyłam drużynę. Później, gdy wróciłam do pracy w Szkole Podstawowej nr 1 w Myślenicach zostałam szczepową.

Często Pani wraca do wspomnień z tamtych czasów?

Stale wracam. Pamiętam też okres w którym harcerstwo było niedozwolone, a moja koleżanka Anna Kruszewska razem z innymi została aresztowana w 1949 roku za udział w nielegalnej grupie harcerskiej. Przeżyliśmy to okropnie, bo wypuszczono ich chyba po dwóch tygodniach i w auli gimnazjum odbyło się coś na wzór rozprawy sądowej.

Wprowadzili ich w kajdankach. Na widok ich zmordowanych więzieniem twarzy rodzice mdleli, a trzeba przypomnieć, że w piwnicy na Reja był Urząd Bezpieczeństwa i właśnie tam trafili harcerze. W 1980 roku została wydana książka „Wierni Polsce Niepodległej” w której opisano dzieje harcerzy należących do tego nielegalnego związku. Znalazła się tam również historia Anny. Ponieważ była bardzo rezolutną osobą, młodzież do niej lgnęła i oskarżono ją o to, że ma zły wpływ na młodzież. W konsekwencji była wyrzucana z każdej szkoły do której zawozili ją rodzice, ponieważ wydano na nią list gończy. W efekcie dopiero po trzech latach zdała eksternistycznie maturę i nie mogła iść na państwową uczelnię, tylko wybrała Katolicki Uniwersytet Lubelski. Skończyła tam studia, zrobiła doktorat w Katowicach, teraz jest profesorem i utrzymujemy kontakt do dzisiaj.

A jak wyglądała edukacja? Jakich przedmiotów lubiła się Pani uczyć?

Właściwie to trudno opowiedzieć… wszystkiego. To też zależało od nauczycieli, bo mieliśmy różnych. Po wojnie niektórzy nauczyciele pomijali wszelkiego rodzaju zakazy i nie utajniali pewnych faktów politycznych za co byli degradowani. Mieliśmy takich nauczycieli, między innymi historii, języka polskiego, którzy zostali karnie przeniesieni do gimnazjum za swoje swobodne wykłady. I właśnie ci nauczyciele potrafili nas zafascynować. Na przykład profesor Dręgiewicz od historii, który przeszedł całą Kampanię Wrześniową i opowiadał nam przeróżne rzeczy, a my słuchaliśmy z otwartymi ustami.

Raz doszło do takiej sytuacji, że dyrektor przysłał woźnego z informacją, że sześć kolejnych osób z mojej klasy ma pójść na badanie. Wtedy jeden z tych kolegów wstał i powiedział: „Proszę powiedzieć panu dyrektorowi, że teraz nie możemy i przyjdziemy na następnej lekcji”. To było w trakcie zajęć z profesorem Dręgiewiczem i wszyscy chcieli do końca wysłuchać jego wykładu. Efekt był taki, że dyrektor wpadł i… wyrzucił nas ze szkoły. No ale ponieważ w tym moim zespole było kilku uczniów, których bardzo potrzebował, a jednym z nich był Janek Żak prowadzący całą kancelarię podczas urlopów dyrektora, to po dodatkowej interwencji rodziców przywrócono nas z powrotem do szkoły.

Czy dzisiaj w Myślenicach żyje się łatwiej niż w tamtym okresie?

Trudno powiedzieć, bo jako młoda osoba miałam trudne warunki. Kiedy później wyszłam za mąż, to człowiek musiał gospodarzyć tym co miał. Nie było lekko, ale nie było tyle pokus co teraz. Dzisiaj młodzi chcą mieć wszystko od razu, a my musieliśmy się dorabiać od łyżki do wszystkiego po kolei.

Jaki był wtedy najpopularniejszy zawód?

Myślenice były miastem kuśnierzy i szewców. Ciężko powiedzieć czy było to takie opłacalne, po prostu tak z dziada pradziada ludzie podejmowali najczęściej zawód pielęgnowany w ich domu rodzinnym. Tak się składa, że zwykle młodzi albo kontynuują pracę rodziców, albo idą za kolegą, czy koleżanką. Wtedy dostęp do nauki nie był tak powszechny jak dzisiaj, nie mieliśmy takiego wyboru.

Jak wyglądał typowy dzień pracy w tamtych czasach?

To było 8 godzin pracy w tak zwanym systemie „od - do”, czyli od godziny siódmej do piętnastej. To była praca regularna, przewidywalna, może mało płatna, ale stała.

Zarabie było wtedy często odwiedzane?

Zarabie huczało życiem. Właściwie przy obecnym boisku był pawilon, już go dzisiaj nie ma, nawet nie wiem czy na tym miejscu coś teraz stoi, ale był tam amfiteatr na którym w każdą sobotę i niedzielę przyjeżdżały z Krakowa różnego rodzaju zespoły. Chodziłam tam bardzo często, bo były bardzo ciekawe występy, dzięki którym mieliśmy kontakt z innymi ludźmi i kulturą.

Jakie jeszcze rozrywki cieszyły się wówczas popularnością?

Zimą sanki, narty, a w lecie spacery na Zarabie, na Jaz - z tym, że ten był wtedy bardzo niebezpieczny, bo po wojnie na dnie Raby znajdowały się przęsła mostu. Było kilka wypadków śmiertelnych, bo chłopcy skakali do wody. Zdarzało się, że te wyczyny były tragiczne w skutkach. Mimo to Jaz na Zarabiu był najczęściej odwiedzanym miejscem w ciągu lata. Aby tam dotrzeć trzeba było pokonać stary, drewniany, trzęsący się most, który często się walił. To była makabra, bo często nie dało się przejść na drugą stronę Raby.

Jak wyglądała dzielnica żydowska przed wojną?

Kochanie, przed wojną dzielnica żydowska to była ulica Niepodległości ciągnąca się od Rynku pod kościółek. Po obu jej stronach były domy i sklepy należące do Żydów. Oni wychodzili na ulicę i oferowali swoje towary. Nas jako dzieci straszono, żeby się nie wdawać się z nimi w dyskusje, bo porywają dzieci i pobierają krew na mace.

Co robią?!

Bo Żydzi robili takie ciasto, a nam w dzieciństwie mówiono, że z ludzkiej krwi. Tak nas straszono, żebyśmy się z nimi nie zadawali. A tu obok, na końcu ulicy na Słowackiego była Burznica, czyli żydowska świątynia.

A jak wyglądało życie myślenickich Żydów w czasie wojny?

W czasie wojny byli prześladowani i nękani. Pamiętam kiedy mieszkałam z rodzicami w domu na Dolnym Przedmieściu, to na dole mieszkała rodzina żydowska. Musieli się pakować w pośpiechu; wszystko wrzucali do worków, chowali i uciekli. Część z nich zabierano do getta, ale w Myślenicach takiego nie było. Natomiast kiedy przez jakiś czas mieszkaliśmy w Nowym Sączu, tam było zamknięte, odizolowane od miasta getto. Tylko raz na jakiś czas było otwierane.

Jak myśleniczanie odczuli wybuch drugiej wojny światowej?

Nie było mnie w tym czasie w Myślenicach, ponieważ mieszkałam w Nowym Sączu na ulicy Kolejowej, bardzo blisko lotniska. Miałam wtedy siedem lat, nie zdawałam sobie sprawy z tego kim jest wróg i co ze sobą niesie wojna. Blisko tego lotniska kopano rowy, a za domem w polu znajdował się okop w ziemi, gdzie chowaliśmy przed nalotami. Do Myślenic wróciliśmy dopiero w 1941 roku.

Jak sobie radziliście w tamtym czasie?

Mój ojciec miał auto i w czasie okupacji jeździł po wsiach i zawsze coś stamtąd przywoził; a to worek mąki, a to ziemniaki. Nie pamiętam, żebyśmy odczuwały głód, a mama często piekła placki na blasze, bo nie było tłuszczu. Skromnie, ale sobie radziliśmy.

Jak wyglądał zatem dostęp do leków?

W Myślenicach była jedna apteka w Rynku prowadzona przez pana Skowrońskiego i ona wystarczała na cały powiat. Poza tym każdy sobie radził domowymi sposobami. Ludzie korzystali z ziół, stosowali wygrzewanie, okłady, bańki i inne sposoby leczenia. Nie znaliśmy antybiotyków.

 

Aleksandra Mikołajczyk z domu Sośnicka z zawodu nauczycielka, którą jak podkreśla została przez zbieg okoliczności. Kiedy miała osiemnaście lat w tragicznym wypadku podczas pracy w myślenickim PKS-ie zginął jej ojciec. Jako najstarsza z rodzeństwa stwierdziła, że jest potrzebna rodzinie i będzie musiała sprawować opiekę nad mamą i trzema siostrami. Wtedy Towarzystwo Przyjaciół Dzieci skierowało ją do pracy w przedszkolu na Górnym Przedmieściu. Po pewnym czasie dyrektor tej placówki Helena Kłos przekonała jej mamę, że Pani Aleksandra powinna skończyć liceum pedagogiczne. Po nim ukończyła jeszcze Wyższy Kurs Nauczycielski w Nowym Sączu.

Rozmawiali: Justyna Podmokły, Olaf Mikołajczyk

Redakcja: Piotr Jagniewski