Nie wolno wypuszczać kur

Nie wolno wypuszczać kur
Krysztof Giza podczas spotkania z mieszkańcami Głogoczowa Fot. Piotr Jagniewski

Wciąż trwa walka z wirusem. Ptasia grypa to nie tylko problem Krzywaczki i naszego powiatu. Dotyczy całej Polski oraz 22 krajów w Europie.  Absolutnie nie wolno wypuszczać drobiu poza pomieszczenia kurników. Tak będzie do momentu, kiedy ostatnie ognisko ptasiej grypy w Polsce nie zostanie zlikwidowane

- w rozmowie z nami mówi Krzysztof Giza, Powiatowy Lekarz Weterynarii w Myślenicach

 

Na terenie powiatu myślenickiego zakończył się etap gazowania drobiu. Wciąż jednak obowiązują zasady bioasekuracji. Mieszkańcy coraz częściej się niecierpliwią i pytają… dlaczego?

Walka z wirusem cały czas trwa. Gdyby ludzie podporządkowali się do obowiązujących zasad bioasekuracji, to najprawdopodobniej nie doszłoby do kolejnego ogniska grypy. Tym razem zostało zlokalizowane w Libertowie. Od tego miejsca, podobnie jak to było w przypadku Krzywaczki w promieniu trzech kilometrów zostanie wyznaczona strefa zapowietrzona w której zostanie zabity drób, natomiast Siepraw i północna część Głogoczowa znajdą się w strefie zagrożenia. W tym miejscu prowadzona będzie kampania informacyjna i obowiązywać będą zasady bioasekuracji. W Libertowie ktoś prawdopodobnie wniósł sobie wirusa do kurnika poprzez złą bioasekurację, albo ktoś wypuścił kury, które miały kontakt z zarazkami.

Proszę powiedzieć jak długo jeszcze? Kiedy będzie można wypuścić kury na zewnątrz lub kupić nowe ptaki?

Będzie to trwało do momentu, kiedy Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi uchyli rozporządzenie wydane 20 grudnia 2016 roku w związku z pojawieniem sie ognisk ptasiej grypy na terenie naszego kraju. W chwili, kiedy ostatnie ognisko w Polsce zostanie zlikwidowane i nie powstaną nowe, wówczas minister uchyli to rozporządzenie i będzie można wypuszczać kury. W tej chwili absolutnie nie wolno tego robić.

W momencie, kiedy powstaje nowe ognisko ptasiej grypy, jak teraz w Libertowie, to na wniosek miejscowego powiatowego lekarza weterynarii wojewoda wydaje rozporządzenie o powstaniu terenów zapowietrzonych i zagrożonych. Jeśli wojewoda uchyli to rozporządzenie - tak było 20 lutego, co spowodowało zlikwidowanie tablic informacyjnych, mat dezynfekcyjnych, a ludzie mogli przewozić kury. Natomiast rozporządzenie Ministra Rolnictwa o bioasekuracji nadal obowiązuje. Teraz w Sieprawiu i części Głogoczowa mamy teren zagrożony i mieszkańcy tych miejscowości będą musieli przestrzegać odpowiednich zasad (patrz ramka obok - przyp. red.).

Może to potrwać nawet kilka miesięcy?

Tak, jak najbardziej. To w głównej mierze będzie zależeć od ludzi. Jeśli będą dbali o bioasekurację i zrobią wszystko, żeby nie dopuścić zarazków do swojego kurnika, to nie będzie kolejnych ognisk, ale jeśli nie będą się stosować – wtedy możemy liczyć na powtórkę z rozrywki jak w Libertowie. To dowód na to, jak wybitnie zjadliwy jest wirus ptasiej grypy. Całe szczęście, że na terenie naszego powiatu nie mamy terenu zapowietrzonego.

Wojewoda lubuski twierdzi, że epidemii ptasiej grypy u drobiu w takiej skali nie było w powojennej historii Polski. U nas to zjawisko jest podobnie odczuwalne?

W lubuskim było 15 przypadków ognisk ptasiej grypy. W Małopolsce takie ogniska wykryto m.in. Miechowie, Dąbrowie Tarnowskiej, Chrzanowie, Krakowie, Krzywaczce i teraz w Libertowie. Dodatkowo warto zwrócić uwagę na to, że w lubuskim we wsiach mamy do czynienia z dużymi fermami i to one były likwidowane – stąd skala zjawiska. To inny wymiar finansowy. U nas przeciętne gospodarstwo to kilka-, kilkanaście- lub kilkadziesiąt kur.

Duża ferma znajdowała się w pobliżu ogniska wirusa w Krzywaczce, jednak w tym miejscu nie zdecydowaliście się na zabicie ptaków. Czym różniła się od przeciętnego przydomowego kurnika?

W 165 gospodarstwach zabiliśmy 2053 sztuki drobiu. We wspomnianej fermie znajduje się prawie 35 000 kur. Koszt utylizacji ptaków w tym miejscu wyniósłby ok. 1,2 mln zł. Objęliśmy je specjalnym nadzorem. Ferma została zamknięta dla osób postronnych, uszczelniona, zwiększono zasady bioasekuracji, dodatkowo w tym gospodarstwie dwukrotnie badaliśmy kury w kierunku wirusa HAPAI i wyniki były ujemne. Z tego względu zdecydowałem się na to, aby tego kurnika nie likwidować. Jeśliby jakikolwiek wynik wyszedł dodatni, to gwarantuję, że cała ferma zostałaby zlikwidowana.

Ile w sumie kosztowała walka z wirusem ptasiej grypy na terenie naszego powiatu?

Wstępnie oszacowana kwota oscyluje wokół 200 tys. zł z czego ok. 60 tys. pochłoną odszkodowania. Warto jednak zaznaczyć, że to wstępna kwota i może ulec zmianie.

Kiedy zostaną wypłacone pierwsze odszkodowania?

Do zdecydowanej większości gospodarstw dotarły wszczęcia postępowań informujące o tym, że będzie wydana decyzja administracyjna o odszkodowaniu. Następnie wysłana zostanie decyzja w której będzie zaznaczona dokładna kwota należna za zabity drób z rozbiciem na poszczególne gatunki. Pieniądze będziemy przesyłać na numery kont, które mieszkańcy podawali w trakcie perlustracji. Pierwsze wypłaty odszkodowań ruszą w marcu.

Jak Pan wspomniał na terenie Krzywaczki, Głogoczowa i Bęczarki zagazowanych zostało ponad 2000 sztuk drobiu. Jak mieszkańcy reagowali na waszą obecność?

Część rozsądnych ludzi zdawała sobie sprawę, że musimy to zrobić i trzeba się podporządkować, ale w wielu przypadkach zdarzały się osoby, które płakały lub nas wyzywały. Zdarzało się, że wchodziliśmy do niektórych gospodarstw w asyście policji. Chylę czoło przed moimi inspektorami. Bardzo często byli narażani na nieprzyjemne zachowania mieszkańców, ale dzielnie to znosili.

Pracowaliśmy przez siedem dni w tygodniu. Każdego dnia mogliśmy zutylizować drób w 20-25 gospodarstwach. Na miejsce przyjeżdżali moi inspektorzy, rzeczoznawcy z gminy, funkcjonariusze policji, ekipa ratownictwa chemicznego, która gazowała kury dwutlenkiem węgla, kolejna ekipa odbierająca zwłoki do utylizacji (SARIA), a po nich wchodziła ekipa dezynfekcyjna. Kury były zabierane z gospodarstwa, a cały kurnik dezynfekowany.

Chyli Pan czoła przed swoimi inspektorami, ale podczas spotkań z mieszkańcami wykazał się Pan stalowymi nerwami, mimo że wiele osób wypowiadało się o Panu w negatywny sposób.

Tak. Pojawiały się głosy, że jestem mordercą. Pisano skargi, listy, ale to rzecz normalna wpisana w ten zawód. Ktoś to musiał zrobić. Myślę, że z podobnymi reakcjami spotykał się każdy powiatowy lekarz weterynarii w kraju i za granicą, który musiał podejmować podobne trudne i niepopularne decyzje.

Jak ocenia Pan przygotowanie nas - jako społeczeństwa do sytuacji kryzysowych? Jako mieszkańcy powiatu myślenickiego zdaliśmy ten test?

Nie jest to koniec walki z ptasią grypą i trudno mi w tym momencie wydać ocenę. Jeśli chodzi o współdziałanie na najwyższym poziomie; czyli na linii starostwo - sztab kryzysowy - policja - straż pożarna - urzędy miast i gmin oraz naszej instytucji; mogę śmiało powiedzieć - tak zdaliśmy egzamin. Wspólnymi siłami daliśmy sobie radę. Z tego testu wyniesiemy wiedzę dzięki której w przyszłości w podobnych przypadkach będziemy postępować sprawniej. Jeśli zaś chodzi o ludzi… w zdecydowanej większości mieszkańcy sprawę traktowali poważnie, ale jak mówiłem w niektórych przypadkach było inaczej.

Czym różniłaby się wasza praca, gdyby okazało się że to szkodliwa dla człowieka odmiana wirusa?

To byłaby zupełnie inna historia. Musielibyśmy sami również posiadać środki ochrony osobistej i jestem przekonany, że wówczas ludzie o wiele chętniej pozbywaliby się drobiu. Na pewno nie dochodziłoby do sytuacji w których niektórzy chcieli ukryć przed nami drób, a my próbowaliśmy go wyłuskać. W takim przypadku zaangażowany byłby sanepid i inne służby, a samo działanie wiązałoby się ze zdecydowanie zwiększonym ryzykiem, zwłaszcza dla inspektorów mających stały kontakt z wirusem.

Pamięta Pan moment kiedy zrozumiał Pan, że to wirus ptasiej grypy?

Tak. Ptasią grypę widziałem pierwszy raz w życiu. Widziałem kury i indyki, które już były klinicznie chore, stały osowiałe, niektóre z nich padły. To był bardzo przykry widok. Stojąc tam byłem w stu procentach przekonany, że mam do czynienia z wirusem ptasiej grypy. Zabraliśmy zwłoki ptaków i przesłaliśmy je do Zakładu Higieny Weterynaryjnej do Krakowa, a stamtąd po sekcji zwłok pojechały do Puław, gdzie ostatecznie potwierdzono moje przypuszczenia.

Miał Pan obawę, że może to być szkodliwa odmiana dla ludzi?

Nie, ponieważ wszystkie ogniska odkryte wcześniej na terenie kraju były z wirusem H5N8 i wiedziałem, że ten wirus jest niepatogenny dla człowieka. Ale zawsze jest taka możliwość - wirusy mają to do siebie, że wymieniają segmenty genomu i mogą się pasażować. Wówczas może dojść do sytuacji, kiedy niezjadliwy wirus nagle staje się groźny dla ludzi.

We Francji na wiosnę 2016 roku było ponad 120 ognisk wirusa H5N2 i zwalczyli go, a w jesieni wrócił w postaci wirusa H5N8. Walkę z wirusem toczy się obecnie w 22 krajach w Europie, gdzie jest ponad 500 ognisk choroby. Najtrudniejsza sytuacja jest na Węgrzech (ponad 220 ognisk) w Rumunii, Bułgarii i krajach skandynawskich. Warto pamiętać, że to nie jest tylko tak, że wirus znajduje sie w Polsce i w Krzywaczce i tu zabija się ptaki. Tak dzieje się prawie we wszystkich krajach europejskich.

Piotr Jagniewski Piotr Jagniewski Autor artykułu

Reporter, redaktor, fotograf. Lubi dobrze opowiedziane historie i ludzi z pasją, którzy potrafią się nimi dzielić. Od 2014 roku pełni funkcję redaktora naczelnego. (REPORTAŻ, WYWIAD, WYDARZENIA, LUDZIE, SAMORZĄD)