Niemcy wpadali do domu i wynosili co wpadło im w ręce

Historia 3 września 2015 Wydanie 33/2015
Niemcy wpadali do domu i wynosili co wpadło im w ręce
Ludwik Domanus w czasach dzieciństwa

Wojna to czas, który zdecydowanie wolałbym zapomnieć. Urodziłem się w marcu 1936 roku, będąc małym chłopcem doświadczyłem gorzkiego smaku okupacji - Czas wojny w Myślenicach wspomina Ludwik Domanus

Dzieciństwo pamiętam jak przez mgłę. Narzekania moich rodziców na kontyngent i tak zawsze kończyły się posłusznym oddaniem żywności. Nikt nie chciał ponosić okrutnej kary, jaką był obóz w Oświęcimiu. Jedyna ucieczka stamtąd prowadziła przez komin. Większość myśleniczan ukrywało pożywienie w najdziwniejszych miejscach, ponieważ oprócz obowiązkowych dostaw, Niemcy niejednokrotnie, jak gdyby nigdy nic, wpadali do domu i wynosili co wpadło im w ręce. Najczęściej było to jedzenie. Całą, wielodzietną rodzinę zostawiano na pastwę losu.

Normalną rzeczą było posiadanie schronu, w którym, w razie potrzeby, można by się ukryć. Gdy zbliżał się rok 1945, mój ojciec ulepszył naszą kryjówkę, powiększając i tworząc korytarze na kształt litery Z. Następnie przykrył ją gałęziami z suchymi liśćmi i ziemią. Gdy nadszedł styczeń 1945 nasz schron ponownie przeszedł renowację. Przysypaliśmy go śniegiem i zalaliśmy strop wodą, aby w nocy lód usztywnił konstrukcję. Zaczęły docierać do nas informacje, że Kraków został wyzwolony. Najważniejsze budynki, np. Uniwersytet Jagielloński były zaminowane przez Niemców. Iwan Koniew, ówczesny Marszałek Związku Radzieckiego, w jednej ze swoich akcji, odciął kable ładunków wybuchowych, ratując przy tym Kraków.

Od kilku dni Rosjanie prowadzili zwiady na terenach Myślenic. Wysyłano uzbrojonych cywilów, mówiących po polsku, którzy mieli sprawdzać sytuację w okolicach. Zawitali także do naszego domu. Mojego ojca, rąbiącego drzewo, zagadnęło trzech mężczyzn z karabinami maszynowymi i zapytali łamaną polszczyzną o ogień do zapalenia papierosów. Następnie bezzwłocznie się oddalili…

Bomby w okolicach naszego domu spadły 18 stycznia, kiedy zrzucił je niemiecki samolot. Żadna z nich nie wybuchła. Jeden z pocisków uderzył w fundament domu sąsiada. Przerażony czekałem w schronie na ogromny hałas, który jednak nie nastąpił. Najcięższe noce z 18 na 19 i 19 na 20 stycznia spędziliśmy w ukryciu. Niemcy uciekali z Myślenic bocznymi uliczkami, lasami i niewielkimi rzekami. Czerwony, germański autobus, który stał na Rynku, szybko przemieszczał się drogami, umykając przed strzałami z radzieckiego samolotu. Do dziś nie wiem, dlaczego mój ojciec, widząc takie wydarzenia, kazał mi uciekać razem z nim w pola, przecież byliśmy bardzo widoczni. Po niedługim czasie zauważyli nas Rosjanie i ostrzegawczo ostrzelali. Wróciliśmy więc do schronu i przeczekaliśmy kolejną noc. 21 stycznia nastąpiło wyzwolenie naszego miasta.

Kilka dni później odwiedził nas człowiek z zabandażowaną nogą. Zapytał jak daleko stąd do Berlina. Odpowiedziałem mu zszokowaną miną. Mężczyzna pogrzebał w kieszeni i wyciągnął kartkę z rosyjskim zapisem. Mówił, że jeśli osoba posiadająca ten papier dotrze do Berlina, będzie mogła robić co zechce i zapomnieć o wszystkim co spotkała w Polsce. Wskazałem mu kierunek północno–zachodni i odszedłem do domu.

Ulica Kornela Ujejskiego, przy której mieszkaliśmy została przemianowana na 21 stycznia, upamiętniając wyzwolenie Myślenic, jednak w późniejszym czasie przywrócono jej pierwotną nazwę.

Ewelina Domanus na podstawie wspomnień Ludwika Domanusa