O książce Emila Bieli pt. Przekażcie mu znak pokoju

9 grudnia 2010 Wydanie 47/2010
O książce Emila Bieli pt. Przekażcie mu znak pokoju
O książce Emila Bieli pt. Przekażcie mu znak pokoju

Z książkami Pana Emila Bieli mam zawsze kłopot… Książki czytać trzeba (chyba) w stosownym oderwaniu od Autora i otaczającego Go świata; tak czytać się powinno, by warstwa anegdotyczna nie „przeszkadzała” w odczytywaniu istoty. Tego się też boję dla jego książek, gdy idzie o czytelników z tak przecież rozpoznawalnego miejsca, ba, nawet środowiska. Mnie samej - „stamtąd”, nie zawsze łatwo jest widzieć tylko oczami narratora to miasteczko, rzeczkę czy rzekę, Rynek, św. Floriana, a i ludzi także. To szczególne ćwiczenie dla wyobraźni, która podsuwa konkretne osoby, podczas gdy myśl przecież wie, że to nieważne, że to nie oni…

Bo nie jest istotne, z jakich „kawałków”, z jakiej materii lepi się świat przedstawiony. Czy koniecznie osoby dramatu muszą być stworzone - jak jakiś żartowniś powiedział, z niczego, czyli z głowy…? Wiele razy zastanawiałam się nad tym… właściwie przy każdej, zwłaszcza nie-wierszowej książce (zaraz wyjaśnię to pojęcie). Ktoś może zarzuciłby pisarzowi niedostatek wyobraźni. Jeśli już, to proszę nie mylić wyobraźni z fantazją! To fantazja tworzy światy „inne”, które bawią i pochłaniają, bo odrywają od rzeczywistości, ale właśnie dlatego, że nie mają nic wspólnego z rzeczywistością, tą, której czasem (lub jakże często) nie widzimy, a która może być i jest niemniej fascynująca. Nie trzeba szukać daleko, nie trzeba nawet wyjeżdżać, choć - pewne jest i to, że z daleka czasem lepiej widać miejsce, w którym nas przez czas jakiś nie ma. Toteż nawet ksiądz powinien niekiedy opuścić swoją parafię.

Poeta, jakim jest zawsze Emil Biela, dostrzega ważność świata w drobnych, nawet najmniej efektownych jego przejawach. Cóż dopiero, gdy tuż obok żyją ludzie, których los uprzędziony jest tak przedziwnie, że nic już nie trzeba „wymyślać”. Mieszkamy wśród nich, ale właściwie tylko mijamy, nazbyt sobą zajęci. Nie są obiektem zainteresowania, bo żyją bezgłośnie, niosą w sobie ból, czasem wielkie a ciche dramaty. Póki nie zdarzy się coś „spektakularnego”, czym można swoje własne, głodne niezwykłości życie pożywić w przelotnej rozmowie… a słyszała pani, że on… że ona - przecież nie widzimy innych, obcych nam w końcu ludzi. A Emil Biela, obdarzony jest przez Stwórcę niezwykłą wrażliwością, bez czego niemożliwa jest żadna twórczość, ale, co w życiu pisarza niezbędne, skierowana jest ona nie tylko do wewnątrz, na własne przeżycia. Szczególną cechą takiej wrażliwości jest to, że ma wyostrzony wzrok, jeśli tak można powiedzieć. Widzi okiem ptaka: ujmuje rozległą przestrzeń, a równocześnie umie się skupić na drobiazgu tak, by widzieć go dokładnie. Kubistycznie wręcz - we wszystkich wymiarach, więc także w głąb. Potocznie, ale zbyt banalnie mówi się, że to zmysł obserwacji.

To już druga książka, nic, że wcześniej napisana - gdyby nie czas, w jakim zdarzenia się toczą, także rozpoznawalny (choć już nie dla młodszych pokoleń) - mogłaby być i drugą, po „Czarnych drzwiach”, której nie tyle bohaterem, co poniekąd wcieleniem Autora-Poety (a przynajmniej jego przemyśleń) jest ksiądz. Przepraszam Autora, że tak to ujmuję. Był taki poeta, pamiętamy go wszyscy, który zbyt wiele na siebie chciał przyjąć: ból, zło i niesprawiedliwość całego świata. Zbyt wiele też chciał światu dać. Z niebosiężnych wyżyn, gdzie chciał szybować, upadł w ziemski proch. Nic z jego ofiary, bo nie z miłości i nie w pokorze chciał ją spełnić. Raczej - w buncie i nienawiści, a już na pewno w pysze. Mądrzy, może najmędrsi w dziejach, starożytni Grecy za największy występek przeciw bogom i ludziom, rzecz najbardziej człowieka niegodną, więc i za przyczynę zła w ludzkim świecie, uważali hibris. Po naszemu to właśnie pycha. Wiemy też, że nie ów wielki Poeta, lecz szary ksiądz Piotr miał tę siłę, której zabrakło Konradowi. Ludzkość? Świat? A gdzież zwyczajny, pojedynczy człowiek? Ten jeden, każdy jeden…

Nie szukajmy więc innych przyczyn tego, że ksiądz znów pojawia się w powieści Emila Bieli, niż ta, najprostsza: ksiądz, jeśli nie z przypadku, bo w każdym stanie czy zawodzie są ludzie, których tam być nie powinno, to ktoś taki, który chcąc tego, bo przecież takie jego powołanie, dźwiga w sobie ciężar właśnie każdego pojedynczego człowieka. Włóczęgi, bezdomnego, zrozpaczonej matki, zdradzonej żony, utrudzonego życiem starca, alkoholika i samobójcy. Zbłąkanych, szukających drogi, nawet bluźniących. Przeciw Bogu i ludziom. Nawet wstydzących się wiary pacjentów socjalizmu i - o zgrozo! - ateistów. Niestety, bursztyny ludzkiego szczęścia trafiają mu się znacznie rzadziej.

Ale - czy można, czy jest możliwe być wszystkim dla wszystkich, jak chciał ksiądz Daniel? Daniel, co po hebrajsku znaczy: moim sędzią jest Bóg. Pamiętamy lub nie, warto tu przypomnieć, że Daniel, to biblijny jasnowidzący, który znalazł się w jaski lwa. I to dwukrotnie. Raz w Babilonie, tej starożytnej stolicy zła i wszelkiego występku. Drugi - gdy za swoje modły i prośby kierowane do Jahwe w niezłomnej wierze został wtrącony między te groźne, panujące nad światem zwierzęcym stworzenia. Wśród nich było już łatwiej. Już choćby dlatego, że jaskinia wolna była od pokus…

Rząd dusz. Wielka pokusa księdza. Pragnienie, usilne, aż do bólu, by świat własnymi siłami przeobrazić, by ludzi odwracać twarzą ku Niebu, jak ku słońcu zwraca się słonecznik. Jakże pięknie to zobaczone przez pisarza: Don Kichot ogrodu. Ciemną twarzą szukał słońca. Słonecznik i człowiek. Myśli księdza, cierniowa korona myśli, to nie tylko ból, bo i może pokusa największa, by pojąć niepoznawalne. Dla księdza jest więc najgorszy ustawiczny pożar myśli, niewytłumaczalność wielu spraw, sens przypadkowości. W myślach jest groźna jak lew udręka wątpliwości, nawet zwątpienia. W sens własnych dróg i usiłowań. I rozpacz, która przecież także jest pokusą. Jakże prostym przy tym jest życie wikariusza; jemu wystarczy wypełniać zadania obranego „zawodu”. Nie odczuwa wagi, ani ciężaru samotności - ot, pójdzie, a raczej pojedzie własnym samochodem, a jakże, na partyjkę brydża, albo monotonię posługi, przerwie wakacjami w Wiedniu.

Samotność księdza wśród ludzi jest czasem równie wielka, jak samotność poety. Ale samotna jest i pani Helena, i nieszczęsny muzyk, błądzący po śladach dawnej świetności, i dziecko alkoholika, i jakże samotna jest młoda samobójczyni, która coś pokochała ponad miarą czy coś znienawidziła ponad ludzką siłą. Stary Poeta prosi żonę, by nie odchodziła od niego w sen, nie zostawiała go samego... Jedni mają dzieci, inni rodziców, rodziny, ale nawet mając tę jedną, jedyną ukochaną osobę, nadal są sami wobec swoich myśli i nieprzekraczalności bariery: myśli drugiego. Prawdziwych, tych, których jak snu, nie da się w lustrze słów odbić, by je pokazać. Każdy dźwiga swoją samotność sam.

Samotność? „Cóż po ludziach?” Otóż nie, nawet gdyby samotność mogła być, jak zastanawia się ksiądz Daniel, nie przekleństwem, lecz przyszłością człowieka, to będzie zawsze bolesna, będzie gryzła jak włosienica. Ludzie są potrzebni i ksiądz spieszy do nich, nawet do stojących w kolejkach po chleb. Ludzka wspólnota - w kościele, ale i pracy, tej ośmieszanej, społecznej, gromadnie wykonywanej. Ale przede wszystkim i ponad wszystko potrzebny jest człowiek. Ten jeden. Skołatany pasterz schował głową w ciepłych i przyjaznych muszlach dłoni. Ale dlaczego nie były to palce innego człowieka, tylko swoje własne?…

Tak, samotność to jedno ze najczęściej w tej powieści powracające słowo, jak fala nadpływa wciąż od nowa, niby ta sama, a za każdym razem inna, bo każdy odczuwa ją inaczej, a nawet ten sam człowiek - w różnych chwilach raz odczuwa jej chłód, a raz kojącą łagodność…

Jest w książkach Emila Bieli wiele wspólnych właściwości. Jedną z nich, też niezwyczajną, jest to, iż w tak niewielkich formach (bo nie mają więcej niż sto kilkadziesiąt stron) pisarz umie pomieścić tak wiele. Ludzkich losów, czasem „typowych” - złe słowo, czasem bardzo indywidualnych, tyle ludzkich radości i tragedii, tak wiele spraw, nawet problemów, miejsc i chwil, wreszcie myśli i przesłań. Przy każdej nowej książce, także tej z samą poezją, zastanawiam się i wciąż jeszcze nie umiem „odkryć” skąd to pochodzi, na czym polega ta sztuka… Mam jednak nadzieję, że może zbliżam się wreszcie do tajemnicy twórczości.

Otóż: użyłam określenia książki nie-wierszowe. Rzecz w tym, że proza Emila Bieli to także poezja. Pisząc powieść, czy opowiadania, nie przestaje być poetą. W widzeniu, odczuwaniu i zapisywaniu świata. To, co „zwyczajny” prozaik musiałby w szeregu zdaniach tłumaczyć, nie zawsze skutecznie, on ujmuje jednym obrazem, poetyckim właśnie, metaforą, która ma tę wielką przewagę, że jest w stanie „wyrazić niewyrażalne”. A sprawy ludzkie takie właśnie są. Tym bardziej Boskie. Przygwożdżenie ich ciężkimi słowami języka potocznego, to zabijanie tajemnicy, a próby wyjaśniania, rzecz tylko zaciemniają. Nie bez przyczyny Grecy, od Homera począwszy, używali tak często określenia „słowo skrzydlate”.

Takimi właśnie słowami Emil Biela do nas przemawia. O najtrudniejszych, a zarazem najbardziej podstawowych sprawach, najprościej. Życie, ból i radość życia, miłość, śmierć… Człowiek i Bóg. I samotność… na różnych drogach życia, także tej, którą lubił chodzić ksiądz Daniel, a którą tak nazwał poeta: najstarsza droga świata - cmentarz.

Maria Miłek

___________________

Emil Biela

„Przekażcie mu znak pokoju”

Oficyna Wydawnicza Ston2

Kielce 2010

ss. 136