O księdze pamiątkowej przewodników - jubilatów

O księdze pamiątkowej przewodników - jubilatów

„Tyś czuł, że każda z okolic mieć musi swój wdzięk właściwy i wyraz odrębny” - napisał Adam Asnyk w wierszu Maciejowi Sieczce przewodnikowi w Zakopanem. Prezentacja tego „wdzięku właściwego” i „wyrazu odrębnego” o której pisze poeta - jeden z ideologów Towarzystwa Tatrzańskiego (upamiętniony tablicą na murze schroniska „Murowaniec”) stanowi istotę przewodnictwa

Koło Przewodników Beskidzkich i Terenowych PTTK im. dr Tadeusza Prus-Wiśniowskiego, od pół wieku realizuje to zadanie i chwała mu za to. Dla godnego uczczenia jubileuszu siedem osób: Jan Batko, Dariusz Dyląg, Dorota Kamińska, Leszek Maślanka, Mateusz Murzyn, Kazimierz Pardyak, Ludwik Starzak stworzyło zespół redakcyjny, który opracował księgę pamiątkową. Pozycja jest bogato ilustrowana fotografiami i ozdobiona uroczymi rysunkami Władysława Piwowarczyka, trochę jednak dziwi brak dokumentów, zwłaszcza, że pozycję wydało Muzeum Niepodległości.

Przewodnicy związani z Myślenicami wierni byli swoim krajoznawczym fascynacjom, kontynuowali dzieło patrona, osoby naprawdę nieprzeciętnej. Realizowali ambicje (zwłaszcza tę najważniejszą i najtrudniejszą dotyczącą budowy własnego schroniska, czy wpisania na trwale do kalendarza Zlotu Szlakami Walk Partyzanckich na Suchej Polanie), mieli też swój długoletni udział w staraniach o odbudowę obserwatorium na Lubomirze. Przede wszystkim jednak wykazali zdolności adaptacyjne do nowych warunków po transformacji ustrojowej, co bynajmniej nie wszystkim kołom się udało z uwagi na spadek zapotrzebowania na usługi przewodnickie.

Księga utrwala przewodnickie dokonania i oddaje cześć tym, którzy odeszli, czyniąc to z należnym szacunkiem, ba wręcz miłością. To główny powód, dla którego czytałam ją z prawdziwym wzruszeniem, choć przyznam, że pewne stwierdzenia jak to dotyczące niedostępności PTT dla zwykłego śmiertelnika (s. 127) odebrałam jako powielanie zarzutów z okresu stalinowskiego. Drodzy jubilaci wybaczcie mi ale jakoś nie potrafię się cieszyć, iż moi bliscy „zwykłymi śmiertelnikami nie byli”.

Zachęcona prośbą o wspomnienia (s. 91): dopisuję kilka zdań. Pamiętam jak wuj Władysław Midowicz mówiąc o Wincentym Cieślewiczu jako kierowniku schroniska na Chochołowskiej stwierdził: to jest właściwy człowiek na właściwym miejscu. Lepszej rekomendacji nie trzeba, padła przecież z ust tego, któremu jako trzydziestolatkowi powierzono najwyżej położony obiekt II Rzeczpospolitej, powód jej dumy - obserwatorium na Pop Iwanie w Czarnohorze czyli słynnego „Białego Słonia” i który wcześniej odremontował schronisko na Markowych Szczawinach. Widziałam pana Wincentego w akcji, w piątek po Bożym Ciele w 1993 roku współorganizował akcję ratunkową po porażonych na Kończystym Wierchu inaczej zwanym Kończysta nad Jarząbczą (b. ciężko porażony ojciec i znacznie lżej - kontuzja stopy, jego dziesięcioletni synek). Chłopca moi koledzy, postanowili znosić, działali w szoku, byli bardzo blisko poszkodowanych i sami mieli lekkie objawy porażenia. Ich spontaniczna decyzja na pewno nie ułatwiła akcji, gdyż z chwilą wejścia w las nie byli widoczni dla ratowników w helikopterze. Jeden z nich odbył maraton (800 m różnicy poziomów i ponad 7 km) przynosząc tę wiadomość na Chochołowską. Na schodach brakło mu sił, chrypiał tylko: porażeni na Kończystym. Z tymi jego słowami wpadłam jak bomba do dyżurki GOPR (jeszcze nie wrócono do nazwy TOPR). Był tam ratownik ze… Śląska o czym nie wiedziałam, nie mogliśmy się dogadać, i wtedy wszedł kierownik Wincenty Cieślewicz, który błyskawicznie opanował sytuację, wydobył istotne informacje od pół żywego kolegi. Trzeba dodać, że burza zastała mnie i córeczkę po zejściu z Rakonia na Wyżniej Chochołowskiej. Największe natężenie przesiedziałyśmy w kosodrzewinie izolując się od ziemi plecaczkiem, i jego zwartością oczywiście w odległości od siebie. Mokruteńkie ale całe dotarłyśmy do schroniska, przebrały, napiły gorącej herbaty, odniosły odzież do suszarni i stojąc na schodach z zapałem informowały turystów o takiej możliwości. Nie mogłam ochłonąć z emocji, cały czas myślałam o tych, którzy szli Liptowską granią, zdawałam sobie sprawę, że tam powyżej dwóch tysięcy metrów musiało być prawdziwe piekło. To był okropny dzień dla ratowników. Podczas tej samej burzy zginął pod Giewontem Anglik, idący z nim był w poważnym stanie, a kilka osób zszokowanych i z drobniejszymi obrażeniami. Helikopter krążył i krążył, dziecko zdaje się ostatecznie zwiózł już z okolic polany pojazd GOPR. Wincenty Cieślewicz wykazał nie tylko kompetencje ale i wysoką kulturę, jego opanowanie udzielało się otoczeniu. Wieczorem z radością przekazał nam, że małemu nic nie grozi, wspominał śmiertelne porażenie turystki w pobliżu schroniska, na małej polance przy czerwonym szlaku w Jarząbczą, nie pomogła szybka lekarska pomoc. Teren dokładnie przekopano szukając w ziemi metalu, który mógł być przyczyną tragedii, nic nie znaleziono. Być może do śmierci przyczyniło się tzw. napięcie krokowe, bo pani zrobiła krok nad kałużą, a może po prostu miała przy sobie zbyt dużo metalowych przedmiotów? Potem niejednokrotnie miałam przyjemność na konferencjach i roboczych naradach wysłuchiwać wyważonego głosu Pana Wincentego, ba czekałam na to co powie. Toteż nadanie mu honorowego członkostwa Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego odebrałam z wielka radością.

Pan Henryk Leśniak uczył mnie geografii w starszych klasach szkoły podstawowej, była to myślenicka dwójka, (szkoła ta nie została wymieniona w biogramie na s. 19!). Poziom lekcji był niezwykle wysoki, liczne czasochłonne zadania, masę pojęć geograficznych, mapki, wykresy, diagramy. Osłodę stanowiły zajęcia kółka geograficznego, w tym wycieczki no i legitymacja szkolnego koła PTTK.

Pan Alojzy Tylek przygotował mnie do pierwszego pobytu w Małej Fatrze pożyczając nie tylko (bardzo trudne wtedy do zdobycia) mapy, ale też udzielając cennych wskazówek: „To takie Bieszczady i Pieniny w jednym.” A przecież nie znał mnie, tylko mojego ojca, który już wtedy nie żył.

Pan Jerzy Kuczyński w pierwszej LO męczył się ze mną na lekcjach wychowania technicznego. Na koniec roku otrzymałam czwórkę „z łaski” - jak twierdziła klasa, ale chyba tak naprawdę za znajomość panoramy Tatr, którą wykazałam się na organizowanej przez niego wycieczce w Pieniny. Za góry było +5 za prace techniczne 3 i tak wyszła to 4. Znajomość panoram natomiast była owocem kontaktu z górami i publikacjami obecnego na kartach książki działacza KTG ZG PTTK pana Edwarda Moskały. Moją miłością były już bowiem wtedy Tatry i absolutnie wszystko co się z nimi łączyło. Zarówno prace jak i poczynania pana Edwarda miały zawsze duży walor edukacyjny, jego koncepcja budowy bacówek przeznaczonych przede wszystkim dla turysty indywidualnego zachwyciła mnie, tak samo zresztą jak ośrodki historii turystyki górskiej takie mini muzea, nie gdzieś tam w mieście ale przy szlaku. Osobiście go nie znałam, nogi jednak mi się ugięły, kiedy na Włosienicy zobaczyłam klepsydrę z jego nazwiskiem.

dr Antonina Sebesta (PTT)

autorka monografii Etyka i ethos „ludzi gór” wydanej przez Fundację im. Z i H. W. Paryskich oraz licznych górskich prac naukowych, popularnonaukowych i publicystycznych, wydanych m.in. przez UP, AWF- Kraków, TPN, COTG PTTK, PTT czy Oficynę Rewasz.