Oczami duszy. Lokalna moc talentów

Wywiady 30 czerwca 2020 Wydanie 24/2020
Oczami duszy. Lokalna moc talentów

Kiedy zaczęła się Pani pasja tak obszernej twórczości artystycznej?

Pierwsze prace powstawały już w szkole podstawowej w rodzinnym Zakliczynie. Budynek znajdował się jeszcze w miejscu, gdzie dzisiaj widzimy Zalew Dobczycki. Muszę przyznać, że pasję pomogła mi rozwinąć moja wychowawczyni, od której dostałam prawdziwe szydełko. Pani zauważyła, że szydełkowanie idzie mi całkiem nieźle, chociaż na początku korzystałam ze zwykłego cyrkla. Później zostałam pomocnikiem pani nauczyciel i często pomagałam rówieśnikom w ćwiczeniach w szydełkowaniu. Z biegiem czasu pojawiły się konkursy, w których zdobywaliśmy liczne nagrody.

To znaczy, że szkoła umożliwiała rozwinięcie takiego talentu?

Zdecydowanie! Dawne szkoły kładły przede wszystkim nacisk na praktyki przydatne w domowym zaciszu. Na ten przykład takie zajęcia nieco różniły się w grupie chłopców i dziewczynek, ale trzeba przyznać, że każde dziecko w szkole stawało się bardzo zaradne. Jeśli chęci i talent pozwalały, można było dodatkowo rozwinąć się w formie uczestnictwa w konkursach. Jeśli o mnie chodzi, malowałam też w domu, bo bardzo to lubiłam. Wiąże się z tym dość zabawna historia. Na zadanie domowe dostaliśmy do namalowania obraz, który zabrałam ze sobą do oceny. Niestety otrzymałam od pani wychowawczyni ostrą reprymendę z pytaniem „Nie kłam i mów, kto Ci to namalował?”.Nauczycielka nie uwierzyła mi na słowo, więc musiałam zostać sama po lekcjach i namalować podobny obraz jeszcze raz. Tym razem nagany nie było.

Skoro malowała Pani też w domu, to czy jakaś część tych prac pozostała tam choćby jako wystrój?

W domu było mnóstwo prac, które ozdabiały ściany czy pokoje. W pewnym momencie doszło nawet do tego, że zaczęły pojawiać się

zamówienia od konkretnych osób, w tym księży. Niestety pogrzeby towarzyszą ludziom od zawsze, wśród zamówień były różnego rodzaju wieńce pogrzebowe. Pamiętam, że robiliśmy je często całą noc. Kwiaty wykonywaliśmy z tego, co było dostępne, głównie z bibuły. Na liście pojawiły się także serwetki koronkowe, na których układaliśmy bochenki mszalne. Ponadto takie serwetki czy obrusy były stałym elementem pokojów gościnnych. Ludzie chętnie je zamawiali, a my w ten sposób zarabialiśmy na chleb dla całej rodziny. Pomysłów artystycznych nigdy nam nie brakowało. W tamtych czasach każdy sposób na pomoc w utrzymaniu domu był na wagę złota. Można rzec: przyjemne z pożytecznym.

Wiemy, że takie wytwory to często dobry pomysł na prezent. Z pewnością pod względem estetyki i różnorodności takiej domowej manufaktury nigdy nie zastąpi fabryka i internet. Co jeszcze można było znaleźć w Pani pracowni?

To racja, takie przedmioty były często wykorzystywane jako prezenty. Tak też w tych latach bardzo popularne były malowane przeze mnie na zamówienie płótna, które widywało się niemal w każdej sypialni. Gospodynie większość czasu spędzały w kuchni, więc i tam znajdywały miejsca na wystrój, żeby uprzyjemnić codzienne prace np. w postaci szerokich kolorowych haftów czy mniejszych obrazków na ścianach. Podobne przedmioty trafiały do pokojów gościnnych. Jeśli chodzi o garderobę, to z czasem zaczęłam szyć też gorsety i stroje regionalne, które cieszyły dużym powodzeniem wśród miłośników folkloru. Nabierając coraz to większego doświadczenia w rękodziele podejmowałam się również odnowy figurek sakralnych i nie ukrywam, że z jedną z nich wiąże się szczególna dla mnie historia

Chętnie posłuchamy....

Zgłosiło się do mnie pewne małżeństwo ze Śląska oddając mi do renowacji całkowicie zniszczoną figurkę Pana Jezusa. Po pierwszych oględzinach stwierdziłam, że łatwiej byłoby już na tym etapie po prostu kupić nową, gdyż z tej naprawdę niewiele zostało. Mąż nieznajomej mi pani mimo wszystko nalegał i ostatecznie zgodziłam się na renowację. W kwestii manufaktury tematyki sakralnej nigdy nie chciałam żadnych pieniędzy, zamiast tego zawsze prosiłam o modlitwę za mnie, o czym poinformowałam małżeństwo.

Jak się okazało figurka została znaleziona na śmietniku i zabrana do domu. Jakiś czas później ojciec rodziny trafił do szpitala na oddział onkologiczny ze szczególnymi przerzutami nowotworowymi na żołądku. Lekarz oddziału stwierdził, że rodzina powinna pogodzić się z myślą, że operacja jest tylko wyrzuceniem pieniędzy w błoto. Ostatecznie doszła jednak do skutku. Obawy mimo wszystko nie ustawały. Wtedy w rodzinie pojawiła się myśl, żeby w tak tragicznej sytuacji wspólnie pomodlić się przed popękaną figurką, którą do mieszkania przyniósł właśnie ich tata. Niedługo później ten sam lekarz prowadzący, który nie dawał żadnej nadziei, rozkładał ręce z niedowierzaniem na pełny powrót do zdrowia jego, umierającego wtedy, pacjenta. W ramach dziękczynienia rodzina zdecydowała się na odnowienie owej figurki, a ja o całej historii dowiedziałam się dopiero w momencie odbioru zamówienia przez rodzinę ze Śląska.

A więc podpisy pod pani pracami są znane nie tylko okolicznym sąsiadom?

Oczywiście w małych miejscowościach najlepiej sprawdza się poczta pantoflowa. Polecenia po sąsiedzku nie są rzadkością. Tego typu wyroby artystyczne cieszą się dobrą opinią wśród lokalnych przedszkoli czy szkół i w tym przypadku są to Osieczany czy Brzezowa. Choć muszę przyznać, że bardzo cieszyłam się z faktu, że moje prace w formie obrazów trafiły nawet do Chicago. Po drodze znalazły się też Czechy, gdzie dzieci w ramach szkolnego przedstawienia wykorzystały jeden z koszy kwiatowych.

To prawda, tam gdzie kolory tam i gromada dzieci – czy miała Pani okazję prowadzenia warsztatów dla podopiecznych?

Tak, często otrzymuję zaproszenia do szkół i przedszkoli w ramach zajęć plastycznych nawet z tymi najmłodszymi dziećmi. Są także liczne przygotowania do konkursów i sam udział w nich. Oczywiście największą aktywność można zauważyć w bardzo pomyślnym dla sztuki czasie, czyli w Święta Wielkiej Nocy, czy Bożego Narodzenia. Tworzenie ozdób świątecznych z dzieciakami to świetna zabawa i rozwój zdolności manualnych. Mało tego, zauważyłam, że niesamowicie interesują się takimi rzeczami i wynika to z ich podświadomości. Nie jest więc prawdą, że do szczęścia dziecku niezbędny jest komputer. Absolutnie. W czasie pikniku organizowanego w Drogini bardzo dużym zainteresowaniem cieszyło się stoisko właśnie o tematyce artystycznej. Dzieci na kilka godzin zapomniały, że mają ze sobą telefony.

Myśli Pani, że takie zdolności można nabyć na zajęciach, czy jest to tylko i wyłącznie kwestia talentu?

Prace artystyczne, które wymieniłam tak naprawdę były w stanie wykonać wszystkie dziewczęta ze szkoły. Po prostu rzeczy praktyczne i bardzo przydatne były obowiązkowym elementem zajęć. Co ciekawe jedna z rówieśniczek miała za zadanie w ramach „pracy dyplomowej” uszycie konkretnego wzoru serwetki. Warto wspomnieć, że nie były to wzory przypadkowe – wszystkie ruchy szydełkiem zapisywane były za pomocą specjalnych znaków w zeszycie w linie, których również należało się nauczyć. Osoba nieznająca tego tematu mogłaby mieć wrażenie, że zeszyt zapisany jest za pomocą hieroglifów. Mając tylko chęci każdy jest w stanie nauczyć się w gorszym lub lepszym stopniu tego typu technik, by później móc samodzielne tworzyć rękodzieła. Po dziś dzień odwiedza mnie grono osób, które jest zainteresowane notatkami z szydełkowania i chętnie zasięgają porad. Do tej grupy zalicza się też mój wnuk, choć bardziej interesują go prace manualne.

We wszystkich dziełach widać Pani pełne zaangażowanie. Czy zdarzyło się coś przez to zaniedbać np. w szkole?

Porządek w domu i to niejeden raz! Mama często denerwowała się na moje wybryki z farbami i bibułą. Ostatecznie i tak kończyło się pochwałą, bo rysunków i serwetek przybywało. Nie da się ukryć, że bez względu na to w jakim byłam wieku, to wszystkie wytwory pochłaniały bardzo dużo czasu. W momencie, gdy zostaliśmy przesiedleni z terenu starej Drogini, zrobiłam prowizoryczny warsztat w przydomowym garażu, gdzie światło świeciło się często do późnych godzin nocnych. Były to początki nowych domostw na powstałym brzegu Zalewu Dobczyckiego, więc zwracały uwagę. Doszło do tego, że długo zaświeconym światłem zainteresowali się w końcu panowie policjanci, w świeżej zresztą w tym czasie formacji. Oczywiście nie obyło się bez pytań z ich strony.

A gdzie my możemy zobaczyć Pani dzieła?

Niestety poza domową, prowizoryczną pracownią nie miałam stałej ekspozycji. Moje prace można zobaczyć na tymczasowych wystawach w okolicznych szkołach, świetlicach czy strażnicy. Miłym akcentem było również udostępnienie moich obrazów na lokalnych dożynkach w Osieczanach. To dla mnie naprawdę najwyższa formy wdzięczności, gdy ktoś dostrzega, jak wiele czasu należy poświęcić, gdy powstaje coś od zera. Warto dodać, że w poprzednim roku, wraz ze Stowarzyszeniem Droginia dla Pokoleń, którego jestem członkiem, przedstawiliśmy na tematycznym pikniku, pierwszą część makiety starej Drogini. Choć zdrowie nie dopisywało mi w ostatnim czasie, to jednak udało mi się skończyć pomyślnie wszystkie etapy pracy. Łącznie zajęło mi to 20 miesięcy pracy, korzystając ze wszystkich znanych mi technik. Oczywiście planowaliśmy oficjalny pokaz gotowej makiety na podobnym wydarzeniu, ale okres pandemii nie okazał się być łaskawym. Liczymy mimo wszystko na pomyślność w tej kwestii, gdyż zainteresowanie ubiegłorocznym piknikiem było ogromne. Niewielu jest mieszkańców, którzy pamiętają to miejsce w jego pierwotnej formie.

20 miesięcy to ogrom pracy, wspomniała Pani też o pracy do późna. Jak traktuje Pani tę formę aktywności?

Być może zaskoczę czytelników, ale dla mnie jest to absolutnie forma odprężenia. Po prostu kocham tego typu zajęcia. Zapominam wtedy nawet o problemach ze zdrowiem. Kolejnym zaskoczeniem może być fakt, że inspiracji nie czerpię z przyrody czy materiałów dostępnych w internecie. Moje prace zainspirowane są głównie tym, co śniło mi się poprzedniej nocy.

...a może Pani zainspirowała kogoś z rodziny? Czy odziedziczył ktoś podobny talent?

Moja córka Joanna dostała się na studia na Akademię Sztuk Pięknych w Rzeszowie. Później podjęła pracę jako konserwator zabytków. Jednym z ciekawszych zleceń, które otrzymała była odnowa zabytkowego ołtarza w Starej Wsi. Jak wiadomo to praca wymagająca niezwykłej precyzji, a w tym przypadku ołtarz należało ponownie pozłocić czystym złotem. Córka, kiedy ma wolną chwilę, podobnie jak ja haftuje. Na tym nie koniec, jest też mój kochany wnuk Mateusz, który jawi chyba jeszcze większe zamiłowanie do prac plastycznych niż ja. Kiedy tylko przyjeżdża do mnie do Drogini wykorzystuje każdą wolną chwilę, by stworzyć coś nowego. Czasami aż brakuje pomysłów na nowe wyzwania artystyczne. Zdarza mu się nawet odłożyć obiad babci byleby tylko dokończyć rysunek. Bardzo się cieszę, że udało mi się przekazać tę pasję na kolejne pokolenia w naszej rodzinie.

Nie da się ukryć, że stroje regionalne czy haftowane obrazy to bardzo nieliczne i pożądane towary. Czy można zamówić którąś z wymienionych przez Panią rzeczy?

Po skończeniu makiety, starałam się nieco zregenerować zdrowie, więc liczne prace plastyczne musiały poczekać. Do tego momentu oczywiście wykonywałam zamówienia składane przez zainteresowanych. Część z nich trafiła na rzecz Stowarzyszenia Droginia dla Pokoleń. Posiadam 8 dzieci, a zdrowie i rodzina są najważniejsze, więc chciałabym w miarę możliwości każdemu z nich wykonać jeszcze coś szczególnego. Aktualnie to będzie moim priorytetem. Jeśli Pan Bóg pozwoli w niedalekiej przyszłości postaram się wrócić do pracy nad zamówieniami, bo o takowe wypytywano mnie nawet przy łóżku szpitalnym.

Szymon Dyczkowski