Oczko kierownika: 21 lat w Dalinie Myślenice

Oczko kierownika: 21 lat w Dalinie Myślenice
Krzysztof Kmiecik w Dalinie Myślenice obecny jest od 21 lat Fot. Piotr Jagniewski

Ponad dwie dekady pracy w jednym klubie piłkarskim to rzecz tak rzadko spotykana, że ludzi ze świata piłki, którym udało się tego dokonać określa się jako klubowe ikony. Trenerzy Alex Ferguson w Manchesterze United, Guy Roux w Auxerre, czy piłkarze Paolo Maldini w Milanie i Francesco Totti w Romie to nazwiska, które zna każdy kibic futbolu

Ikoną Dalinu Myślenice można bez kozery nazwać Krzysztofa Kmiecika – byłego zawodnika, a obecnie kierownika drużyny, który stażem swojej futbolowej pasji dorównuje wyżej wymienionym.

Popularnego „Lombardo”(z racji podobieństwa do świetnego niegdyś piłkarza Juventusu i Sampdorii) można zobaczyć na każdym zdjęciu klubowym nieprzerwanie od 1996 roku. Był kiedy polski zespół po raz ostatni grał w Lidze Mistrzów i jest, kiedy ponownie się w niej pojawił. Ponieważ niemal równie mocno jak futbol ukochał dobre kino, pozwolimy sobie sparafrazować Franza Maurera: „Dalin się zmienia, ale Krzysztof Kmiecik ciągle jest w Dalinie”

Nim zostałeś kierownikiem drużyny byłeś zawodnikiem tego klubu. Opowiedz jak wyglądała Twoja kariera?

Krzysztof Kmiecik: Kariera to zdecydowanie za duże słowo. W środowisku piłkarskim tego określenia unika się jak ognia, nawet na dużo wyższym poziomie niż Dalin. W zasadzie „kariera” przynależy tylko graczom z tej półki co Ronaldo, Messi, Pele, Deyna, albo Cruyff. Takie powiedzenie „a gdzieś ty w ogóle grał?”, to szyderstwo które potrafią do siebie rzucić nawet gracze o bardzo poważnym piłkarskim dorobku, co zresztą prowadzi nieraz do zabawnych sytuacji. Pamiętam jak kiedyś po bardzo „gorącym” meczu w Lublinie Tomek Rudzki zagadał w takim stylu do szkoleniowca Lublinianki Zygmunta Kalinowskiego (byłego bramkarza Śląska Wrocław i srebrnego medalisty mistrzostw świata w 1974 roku – przyp. redakcji).

Wracając jednak do pytania realizowałem swoją pasję w latach osiemdziesiątych w drugiej drużynie Dalinu na ówczesnych boiskach C i B klasowych, walcząc dzielnie na prawej obronie, jak śpiewał Piotr Fronczewski. Do pierwszego zespołu było szalenie ciężko się dostać i żeby to zrobić, trzeba było naprawdę dobrze grać. Wystarczy rzucić okiem na klubowe tablo, które powstało przy okazji pierwszego awansu do III ligi w 1984 roku. Tacy piłkarze jak Smoleń, Piskorz, Liszka, czy Michno dwa lata wcześniej awansowali z Cracovią do ówczesnej ekstraklasy, a byli jeszcze gracze z Hutnika Kraków jak na przykład Wiącek.

Kto wtedy grał w drugim zespole?

Razem ze mną występowali w rezerwach zawodnicy, którzy przebili się potem do pierwszego składu i byli to ludzie o naprawdę dużej futbolowej smykałce, że wymienię tylko obecnego prezesa Andrzeja Talagę, którego bardzo ciekawie zapowiadającą się karierę przerwała kontuzja, Wieśka Bałuckiego, który w czasach juniorskich bywał powoływany do reprezentacji Małopolski, Darka Ulmana, który w niczym nie ustępował sprowadzanym z Krakowa starym wygom, czy świetnego skrzydłowego Józka Panusia o którym nie wspomina się jakoś za często, a ma za sobą kawał solidnego grania i to w porywach na poziomie ekstraklasy, gdy reprezentował barwy Zagłębia Sosnowiec (17 występów), a potem GKS Tychy.

Po zakończeniu gry w piłkę od razu zostałeś kierownikiem drużyny?

Nie, przez pewien czas mój kontakt z Dalinem wiązał się z grą w zespole oldbojów i przy okazji jednego z takich spotkań Olek Jopek – ówczesny prezes i piłkarska legenda tego klubu zapytał czy nie byłbym zainteresowany taką funkcją. Dalin zawsze był bliski memu sercu, piłka tym bardziej. Po krótkim namyśle zdecydowałem, że to dobry pomysł, aby pozostać blisko piłki i w taki sposób się realizować. 6 stycznia minęło u mnie dokładnie 21 lat od momentu, gdy zostałem kierownikiem.

Miałeś jakieś obawy podejmując się tej roli?

No cóż, nie spadłem z księżyca i wiedziałem mniej więcej „z czym to się je”, więc nie bałem się niespodzianek. Funkcja kierownika nie wymaga również Bóg wie jakich umiejętności choć jak pokazała ostatnia kolejka rundy jesiennej, nawet na prostej drodze można się potknąć.

Co należy do obowiązków kierownika?

W największym skrócie głównie sprawy organizacyjne związane z meczem, czyli wypełnienie protokołu przed i po meczu, konsultacja z sędziami w kwestiach dotyczących samego meczu (zgłaszanie zmian etc.), kontakt z kierownikiem przeciwnej drużyny i rozwiązywanie ewentualnych spornych rozbieżności. Od strony logistyki nie dotyczącej bezpośrednio samego meczu, to również sprawy związane z zapewnieniem transportu drużynie w przypadku meczu wyjazdowego. Inna sprawa to kontakt z władzami regionalnymi PZPN – przed każdym sezonem kierownicy drużyn jadą na spotkanie do Krakowa celem ustalenia terminarza rozgrywek, a potem już w trakcie sezonu na bieżąco trzeba śledzić wszystkie zmiany przepisów odnośnie samych rozgrywek. Dawniej w gestii kierownika były sprawy organizacyjne dotyczące przedsezonowych obozów przygotowawczych, bo mieliśmy takie przed każdą rundą. Teraz, głównie z przyczyn finansowych drużyny z tego szczebla rozgrywek przygotowują się raczej na własnych obiektach.

To następna rzecz o którą chciałem zapytać. Jak zmieniały się metody treningowe w ciągu tych 21 lat?

Gdy zaczynałem to obowiązywała jeszcze stara szkoła trenerska, która uznawała że w okresie przygotowawczym - szczególnie zimą - do sezonu trzeba wyrabiać przede wszystkim kondycję. Wiesław Bańkosz na przykład prezentował podejście bliskie Leszkowi Jezierskiemu, którego znał i cenił i który to w latach siedemdziesiątych z drużyn ŁKS-u i Widzewa stworzył ekipy potrafiące zagonić na śmierć nawet lepsze piłkarsko zespoły. Podobnie Kazek Kmiecik, który taką szkołę odebrał w czasach, gdy grał w Wiśle pod okiem Brożyniaka, a potem Lenczyka w pamiętnym sezonie 77/78 z Mistrzostwem Polski.

Krótko mówiąc wyglądało to tak, że codziennie było kilkanaście kilometrów biegania w górach, w przypadku Dalinu w Nowym Targu, albo w Zakopanem, w kopnym śniegu a piłkę oglądaliśmy rzadko, albo wcale. Była taka doktryna o „głodzie piłki” jaki zawodnik powinien czuć po miesiącu takiego treningu. Nie wiadomo wprawdzie jak ten głód miałby się potem przejawiać i co niby później taki zawodnik miałby z tą piłką robić, ale doktryna to doktryna…

Miało to swoje dobre strony, bo Dalin wtedy słynął z niesamowitej wydolności piłkarzy, ale trudno się dziwić skoro grali u nas ludzie o takim zdrowiu jak Robert Nawieśniak, czy Robert Nowak. Teraz takich metod nie stosuje w zasadzie nikt. Niemal wszystkie zajęcia robi się z piłką, a materiał ludzki jest trochę inny. Trudno mi sobie wyobrazić współczesnych zawodników, którzy wytrzymaliby taką katorgę mentalnie i fizycznie.

Czy kierownik drużyny, to także mediator między trenerem a zawodnikami? Na przykład wtedy, gdy drużyna uważa swojego trenera za kiepskiego fachowca?

O roli kierownika wspominałem już wcześniej, ale o ile zachodzi taka potrzeba to staram się podołać i temu zadaniu.

Zdarzali się tacy trenerzy, którzy od początku sprawiali wrażenie tych, którzy nie poradzą sobie z drużyną?

Byli tacy, ale był też przykład z przeciwnego bieguna. Kiedy przyszedł do nas Krzysiek Hajduk (były gracz m.in. Hutnika Kraków) miał 34 lata i dosłownie przed chwilą zawiesił buty na kołku. Sądziłem, że jako trener może nie dać sobie rady, a sprawdził się fenomenalnie. Dwa sezony i dwa awanse w tym czasie.

Najpiękniejsze momenty w tej pracy to…

W ciągu tych 21 lat Dalin bywał w środku tabeli III ligi, a nawet nieco powyżej, ale głównie jednak bronił się przed spadkiem. To były niezwykłe emocje i niezwykła radość, gdy udawało się na kolejny sezon uratować ligowy byt. Te sezony, kiedy do ostatniej kolejki walczyliśmy o każdy punkt i wychodziliśmy obronną ręką, to była chyba szczególna satysfakcja. Chociaż oczywiście trzeba pamiętać, że w najlepszych czasach Dalin był praktycznie czwartą siłą w Małopolsce po Wiśle, Cracovii i Hutniku.

 

A najbardziej pamiętne mecze?

Było tego sporo, ale szczególnie w pamięć zapadły mi trzy z nich. Pierwszy pamiętam jakby to było wczoraj. To był mecz z kategorii „być, albo nie być” z Unią Nowa Sarzyna. Kilka kolejek przed końcem rozgrywek, a możliwości są tylko dwie; albo my spadamy, albo oni. Szkopuł w tym, że gramy na wyjeździe, a w naszej drużynie szpital – mamy w zasadzie 11 ludzi do grania i rezerwowego bramkarza. Tomek Wątor gra w tym meczu z pozrywanymi więzadłami w kolanie, więc noga lata mu na wszystkie strony. W drugiej połowie następuje jedyna zmiana - Krystian Blak wchodzi za zawodnika z pola i w samej końcówce strzela na bramkę chyba z 8 metrów, a piłkę po drodze dotyka jeszcze Paweł Cygan i wygrywamy 1-0.

Drugi, to spotkanie z Polonią Przemyśl na wyjeździe. Mecz o mniejszym ciężarze gatunkowym, ale stamtąd mało kto wywoził jakiekolwiek punkty, a my strzelamy pierwszego gola. Polonia w samej końcówce wyrównuje, sędzia przedłuża mecz chyba z 7 minut w czasie których poloniści mają ze dwie „setki”. Nagle kontra i piłkę w okolicy 40 metra od naszej bramki dostaje Polowiec, podciąga parę kroków i strzela chyba z połowy boiska. Radość na naszej ławce taka, że nie da się jej opisać.

Trzeci, to wygrany mecz z Muszynianką w ostatniej kolejce sezonu, po którym Dalin przestał na jakiś czas istnieć. Zwycięstwo dało nam wtedy utrzymanie, a prowadzący drużynę Krzysiek Bukalski, człowiek który przecież grał w mistrzowskiej Wiśle Kraków, a w reprezentacji przeciwko Anglii czy Brazylii, cieszył się jakbyśmy zdobyli mistrzostwo świata. To była zresztą dosyć osobliwa sytuacja, bo już przed meczem wiedzieliśmy, że na następny sezon przyjdzie nam długo poczekać.

Bałeś się, że Dalin może definitywnie zawiesić działalność?

Cóż… nie takie zespoły upadały, więc z najgorszym też trzeba było się liczyć, ale wierzyłem w to, że w Myślenicach jest zbyt dużo ludzi, którym Dalin leży na sercu, aby ta absencja mogła trwać w nieskończoność

To był najgorszy moment?

Niekoniecznie. Jest inna, świeża sprawa i łatwo się domyślić, że chodzi o mecz z Pcimianką. Niby dochodzi do takich sytuacji i na dużo wyższym szczeblu z Ligą Mistrzów włącznie, ale to jednak żadne wytłumaczenie.

Jak do tego doszło?

Podobnie jak w tych katastrofach lotniczych, które opisują na National Geographic musiał nastąpić cały ciąg nieszczęśliwych przypadków, żeby doszło do tragedii. Przepisując do protokołu meczowego z listy, którą dał mi trener pominąłem przez nieuwagę Rafała Ogrodnego. Żeby było śmieszniej, gdy przed meczem pytałem wszystkich zawodników o numery na koszulkach, to raczej na pewno musiałem spytać o to Rafała. Pech polegał na tym, że nie zerknąłem wtedy na kartkę, przez co nie zorientowałem się, że nie ma go na liście. Czwarty, element tej nieszczęsnej układanki był taki, że Rafał wszedł na ostatnich kilka minut meczu. Gdyby nie wszedł pewnie nawet nie zauważylibyśmy, że było coś nie tak. Stare prawo Murphy’ego mówi jednak, że jak coś może się zepsuć to się na pewno zepsuje. Nie dziś, nie jutro, ale kiedyś na pewno. Przynajmniej mamy z tego jakąś naukę.

Przejdźmy do czegoś przyjemniejszego. Najlepsza 11 za twojej kadencji…

Wytypować jedenastkę z tak długiego okresu jest dosyć trudno, bo i piłka się trochę zmieniła i rozgrywki były parę razy przeorganizowane, a i grupa piłkarzy jaka się przewinęła przez Dalin jest spora. Wytypowałbym zatem dwie grupy piłkarzy - tych, którzy grali jeszcze w latach 90. i tych po roku 2000. Do tych „starożytnych” weszliby bramkarze: Blak, Kościelnik, Felsch, obrona to Tomeczko, Sławomir Mistarz, Nowak, Malina; pomoc - Nawieśniak, Moskal, Stoch, Rudzki; atak Spyrka, Wyroba. „Nowożytni” bramkarze bezapelacyjnie Szuba, obrona – Pilch, Stelmach, Cygal, Kamil Myśków; pomoc – Radek Muniak, Kałat, Jakub Górecki, Michał Górecki, a atak Skiba i Zieliński.

W imieniu Czytelników życzę co najmniej następnego „oczka”.

Każdy kierownik, czy też prezes to także mąż ojciec i bez cierpliwej i wyrozumiałej żony nie mógłby realizować swoich pasji. Dlatego szczególne słowa podziękowania należą się mojej żonie Danusi, dzieciom Wojtkowi, Radkowi, Oli i Jasiowi za cierpliwe znoszenie moich nieobecności w domu. A wszystkim kibicom i nie tylko z okazji nowego roku życzę wszelkiej pomyślności, a nade wszystko zdrowia.

Rafał Podmokły Rafał Podmokły Autor artykułu

Dziennikarz, meloman, biblioman, kolekcjoner, chodząca encyklopedia sportu. Podobnie jak dobrą książkę lub płytę, ceni sobie interesującą rozmowę (SPORT, KULTURA, WYWIAD, LUDZIE).