Od wiaderka, po światowe uznanie...

3 lipca 2008 Wydanie 23/2008
Od wiaderka, po światowe uznanie...
Profesor zwyczajny doktor habilitowany inżynier Ryszard Tadeusiewicz

Profesor zwyczajny doktor habilitowany inżynier Ryszard Tadeusiewicz. Wybitny absolwent Liceum Ogólnokształcącego im. Tadeusza Kościuszki w Myślenicach z lat 1961-65 opowiada o swoim życiu, edukacji i wspomnieniach związanych z Myślenicami

Studiował na Wydziale Elektrycznym Akademii Górniczo-Hutniczej, który ukończył (z wyróżnieniem) w 1971 roku. Od kwietnia 1971 roku całkowicie poswięcił się pracy naukowej związanej z biocybernetyką, automatyką i informatyką, osiągając w 1991 roku tytuł profesora zwyczajnego nauk technicznych. W latach 1998 -2005 rektor tej uczelni. Napisał i opublikował ponad 500 prac naukowych, które były wydawane w renomowanych periodykach naukowych w kraju i za granicą oraz prezentowane na ponad dwustu konferencjach naukowych - krajowych i międzynarodowych. Doktor Honoris Causa na 9 uczelniach. Podróżnik i bardzo sympatyczny człowiek.

- Jak to się stało, że trafił Pan Profesor do liceum w Myślenicach? Pochodzi Pan przecież ze Środy Śląskiej (woj. Dolnośląskie).

Moja matka ciężko chorowała i była hipoteza (niesłuszna, jak się okazało), ze przyczyna jest zły klimat na Śląsku. Zalecono przeprowadzkę w góry – i tak znalazłem się w Myślenicach, dokładnie w Sylwestra 1959 roku.

- Gdy był Pan uczniem liceum, sposoby nauczania na pewno były inne niż obecnie. Na czym polegały różnice?

Nie wiem, jak to wygląda obecnie. Z pewnością nie mieliśmy do dyspozycji komputerów i innych pomocy multimedialnych, ale profesorowie poświęcali swój czas między innymi na to, żeby sporządzać plansze, Które wisiały potem na ścianach klas i pracowni, a także na korytarzach. To była taka „wiedza w pigułce” dzisiaj zaniedbana – a niesłusznie, bo jak ktoś miał pamięć wzrokową to mógł z takiej planszy naprawdę dużo się nauczyć.

Pamiętam liczne doświadczenia w pracowni fizycznej (prof. Bała) i liczne bardzo ciekawe preparaty w pracowni biologicznej, – ale to chyba nadal tak się odbywa.

- Czy miał Pan swój ulubiony przedmiot szkolny?

Tak, oczywiście – była to fizyka. Po pierwsze dlatego, że była najbliższa mojej wymarzonej techniki, a po drugie była za moich czasów wspaniale nauczana przez Profesora Bałę. Zresztą moje przeświadczenie, że technika to jest w istocie zastosowanie praktyczne odkryć fizyki, trwa do dzisiaj i jest chyba podzielane także przez profesjonalnych fizyków. Na dowód przytoczę fakt, że zostałem wybrany do Polskiej Akademii Umiejętności właśnie jako członek Wydziału Matematyczno – Fizyczno – Chemicznego (bo PAU w odróżnieniu od PAN nie ma wcale Wydziału Nauk Technicznych).

- A jakiś przedmiot wspomina Pan z niesmakiem?

Czarno wspominam lekcje języka rosyjskiego (obowiązkowego wtedy), Które prowadziła Pani (nazwiska nie wymienię, chociaż pamiętam) nazywana przez nas „Żuka”. To była koszmarna indoktrynacja komunistyczna, naprawdę straszna. Terror na tych „lekcjach” był taki, jak podczas słynnych apeli w Obozie Śmierci w Oświęcimiu. To się pewnie współczesnej młodzieży nie mieści w głowie, ale naprawdę tak było.

- Ale wyniosł Pan coś z tych lekcji?

Rosyjskiego się nie nauczyłem (wtedy nie, bo potem opanowałem go perfekcyjnie, mam nawet w dorobku książki tłumaczone z rosyjskiego na polski oraz moje książki wydane po rosyjsku, jestem zresztą członkiem Rosyjskiej Akademii Nauk), ale nauczyłem się zachowywać kamienną twarz niezależnie od tego, jakich bzdur musiałem słuchać. Bardzo mi się to przydało, gdy zostałem rektorem i musiałem słuchać niektórych wystąpień moich uczonych kolegów w Senacie AGH…

- Czy startował Pan w olimpiadach przedmiotowych? Z jakimi osiągnięciami?

Próbowałem sił w różnych dziedzinach. Pierwszy znaczący sukces odniosłem wygrywając wojewódzki konkurs wiedzy historycznej (chodziło o Polskę za czasów pierwszych Piastów). Potem kilkakrotnie startowałem w olimpiadach matematycznych i fizycznych dochodząc nawet (w tych ostatnich) do szczebla rozgrywek ogólnopolskich, – ale bez finalnego sukcesu. Natomiast udało mi się zwyciężyć w ogólnopolskiej Olimpiadzie Astronomicznej. Przewodniczący jury, którym był sławny w tamtych czasach astronom prof. Rybka tak to skomentował: „Na finał Olimpiady przyjechali uczniowie z najlepszych liceów z Warszawy, Wrocławia, Krakowa, Torunia … A tu wygrał chłopak z małej góralskiej wioski!”

Tego, że nazwał Myślenice „mała góralska wioska” długo mu nie mogłem darować! Ale nawyk patrzenia w gwiazdy mi pozostał i nawet w kącie mojego gabinetu rektorskiego przez cały czas mojej kadencji stał teleskop astronomiczny, z którego często robiłem użytek wieczorami!

- Co z tamtych czasów najbardziej zapadło Panu w pamięci?

W mojej klasie było mnóstwo reprodukcji sztuki starożytnego Rzymu i Grecji, bo uczęszczałem do klasy z ogromną liczbą zajęć z łaciny (chyba 5 lekcji w tygodniu?) – Więc teraz, gdy jestem w Rzymie albo w Atenach – to czuję się bardzo swojsko.

- A coś innego? Bardziej związanego z czasem wolnym od szkoły?

To może szkolny amatorski teatr, w którym grywałem - niekiedy nawet główne role. To były na tyle dobre spektakle, że wystawialiśmy je nie tylko w szkole (każde przedstawienie po kilka razy w auli wypełnionej do ostatniego miejsca), ale i na głównej scenie Myślenic (w kinie Wisła) oraz dawaliśmy występy wyjazdowe – w Sułkowicach, w Dobczycach… Grałem między innymi architekta w sztuce „Most” Szaniawskiego i Radosta w „Ślubach Panieńskich” Fredry. To była wspaniała przygoda!

- Co spowodowało, że zainteresował się Pan tak nowatorskimi, jak na tamte czasy, dziedzinami nauk?

Gdy przyjechałem ze Śląska to byłem początkowo w Myślenicach bardzo osamotniony – wszyscy moi koledzy i znajomi zostali przecież tam. Dlatego bardzo dużo czytałem (była doskonałą biblioteka publiczna w Rynku i dodatkowo biblioteka pedagogiczna niedaleko remizy strażackiej). No więc chodziłem do tej biblioteki i brałem wszystko, co było – najchętniej literaturę popularnonaukową. Zdarzało się, ze z dnia na dzień potrafiłem przeczytać 5 książek (taki był limit wypożyczeń) i nazajutrz oddawałem książki pożyczone poprzedniego dnia. W efekcie nagromadziłem dużo, zadziwiająco dużo wiedzy.

- A wykorzystał ją Pan za młodu, czy dopiero w czasie studiów i pracy?

Pamiętam taki incydent: Byłem jeszcze w szkole podstawowej, gdy wystartował Gagarin. Odbył się pierwszy załogowy lot kosmiczny! Dyrektor szkoły (fizyk) zrobił apel ku czci nauki i techniki radzieckiej, (bo musiał), ale nie wiedział, co na tym apelu robić, więc wiedząc, że ja jestem pyskaty – wywołał mnie do głosu. A ja „z marszu” zrobiłem wykład o zasadach techniki kosmicznej, wyjaśniłem, dlaczego sztuczny satelita nie spada na Ziemię, jak siła odśrodkowa równoważy przyciąganie Ziemi (pamiętam, że wziąłem wtedy stojące w kącie wiadro i kręciłem nim nad głową, pokazując, ze woda się nie wylewa), dlaczego w kosmosie panuje nieważkość itd.… Byłem wtedy w 7. klasie! Po moim wykładzie zrobiła się cisza, a po chwili skonsternowany dyrektor zakończył apel i odesłał wszystkich do klas. Potem wiele razy przyglądał mi się z niedowierzaniem i jakby trochę z obawą…

- To wszystko, „tylko” z książek?

Nie ograniczałem się do tego, co było w bibliotekach. Kupowałem „Młodego Technika”, „Horyzonty techniki” – i wchodziłem w fascynujący świat techniki, tak bardzo odmienny od tego, co mnie otaczało. W Myślenicach był wtedy tylko jeden zakład przemysłowy – wytwórnia guzików „Galalit”. A ja na zebraniach kółka naukowego opowiadałem o sztucznej inteligencji i antropomorficznych robotach.

- Jak wyglądały dalsze losy Pana zainteresowań?

No cóż, zdobyłem w Liceum podstawy wiedzy, z której korzystam do dzisiaj. Gdy tworzę nowe rozwiązania techniczne, to myślę z wdzięcznością o moim nauczycielu fizyki, który mnie zachęcał do majsterkowania i pod okiem którego budowałem moje pierwsze układy elektroniczne. Gdy rozwiązuję problemy matematyczne to wspominam, że podstawy rachunku różniczkowego i całkowego zdobyłem jeszcze w Liceum w ramach kółka matematycznego. A gdy po serii tytułów Honorowego Doktora i Honorowego Profesora różnych politechnik w kraju i za granicą otrzymałem także Doktorat Honoris Causa Uniwersytetu Zielonogórskiego – to liczni humaniści, którzy przybyli na tę uroczystość z takim nastawieniem, że oto zobaczą dzikiego i prymitywnego technika obdarzonego dziwnym trafem tą  najwyższą godnością akademicką - zostali totalnie zaskoczeni, gdy w trakcie mojego „wykładu mistrzowskiego” wygłosiłem dłuższy jego fragment w czystej i wytwornej łacinie, którą mi wbijała do głowy wychowawczyni mojej klasy, nieodżałowanej pamięci Pani Profesor hrabina Helena Konopkowa (herbu Nowina).

- Jak układało się Pana życie towarzyskie w Liceum?

Na Śląsku, skąd przyjechałem do Myślenic, zacząłem już odczuwać brzemię, które zwykle towarzyszy najlepszym uczniom – są zwykle nielubiani i ja też zacząłem być nielubiany, bo miałem sukcesy.

Tymczasem przyjazd do Myślenic to bardzo sympatycznie zmienił. Otóż dla moich myślenickich kolegów ja nie byłem jednym z nich, któremu udało się wybić (za co zawsze i wszędzie spotyka takiego prymusa niechęć), ale byłem z zewnątrz, spadłem skądś, mówiłem trochę inaczej niż oni, w sumie miałem trochę status takiego „kosmity” – budziłem zaciekawienie, ale nie zazdrość.

Potem wydarzyło się coś bardzo dla mnie korzystnego. Ponieważ stale wygrywałem różne konkursy (o tej mojej wygranej w konkursie historycznym wspominał nawet ksiądz na kazaniu, bo to bardzo tę naszą małą społeczność dowartościowywało), więc zacząłem funkcjonować na zasadzie lokalnej maskotki. Zachowując wszystkie proporcje można powiedzieć, że dla moich kolegów byłem trochę jak Małysz dla Polaków w dniach jego sukcesów. Cieszyli się moimi sukcesami, bo byłem jednym z nich, ale nie wzbudzały one zazdrości ani agresji – no, bo nie byłem tak do końca jednym z nich.

Pamiętam nawet takie rozmowy, gdy się pojawiało ogłoszenie o jakimś nowym konkursie: „Rysiek pojedzie i wygra to dla nas”. No i ja jechałem i wygrywałem, (chociaż nie zawsze – patrz wyżej wzmianki o moich nieudanych startach w finałach olimpiady fizycznej). Dzięki temu statusowi lokalnej osobliwości miałem i sukcesy w nauce i serdecznych przyjaciół, którzy potrafili się tymi sukcesami cieszyć razem ze mną. Rzecz to bardzo osobliwa w naszym „polskim piekle”…

- Zachowały się jakieś przyjaźnie?

O tak, spotykamy się często przy różnych okazjach, na przykład podczas kolejnych „okrągłych” rocznic matury (ostatnio była już czterdziesta…) spotykamy się na Zarabiu w gronie kolegów z naszej klasy – i z przyjemnością wracamy wspomnieniami do lat spędzonych w Liceum (patrz zdjęcie).

- Które osiągnięcie jest dla Pana najcenniejsze?

To trudno wartościować. Każde rozwiązane zadanie naukowe jest jak własne dziecko – a kto z rodziców potrafi odpowiedzieć na pytanie, czy woli tego syna czy tamtą córkę?

Ale żeby się całkiem nie uchylać od odpowiedzi może wskażę metodyka automatycznego (komputerowego) rozumienia obrazów.

- Dlaczego akurat to?

To ja tę tematykę wprowadziłem kilka lat temu do międzynarodowego obiegu naukowego, ja stworzyłem podstawy jej teorii i praktyki, a obecnie na wielkich światowych kongresach są cale sekcje poświęcone „Automatic understanding of the images”, zaś ja jestem zapraszany jako „klasyk”, żebym ten temat prezentował na rozpoczęcie konferencji jako tzw. „Keynote speaker”.

Takie naprawdę światowe uznanie naukowej elity jest czymś, co daje satysfakcję!

Zauważyłem, że Pana pasją są podróże. Co Pan w nich najbardziej lubi?

Możliwości konfrontacji wyobrażeń z rzeczywistością. O każdym miejscu na świecie każdy z nas ma jakieś wyobrażenie – z książek, z filmów, z telewizji. A potem można pojechać tam i zobaczyć, jak to jest naprawdę. I to jest cudowne, zarówno wtedy, gdy się okazuje, że wyobraźnia podpowiadała więcej, niż jest w rzeczywistości, jak i wtedy, gdy okazuje się, ze rzeczywistość jest o wiele wspanialsza od wszelkich wyobrażeń.

- Gdyby się Pan mógł cofnąć w czasie. Co by Pan zmienił w swoim życiu?

Więcej bym przebywał i rozmawiał z moją Matką. Niestety umarła wkrótce po naszym przyjeździe do Myślenic (to był rak…), Ale do dzisiaj zauważam, ze najbardziej wartościowe mądrości, z których stale korzystam, mam dzięki Niej. Zawdzięczam więcej rozmowom z moją Mamą niż wszystkim wykładom i wszystkim książkom ze wszystkich bibliotek. Dlatego dzisiaj wiem dobrze, jak wiele głębokiej mądrości jest w wierszu księdza Jana Twardowskiego: „Spieszmy się kochać ludzi, bo tak szybko odchodzą…”

Rozmawiał Maksymilian Szostak