Pamiętamy księdza Jana Kruczka

Pamiętamy księdza Jana Kruczka
Stanisław Józef Błachut

Moje wspomnienia o księdzu Kruczku są niepełne i fragmentaryczne, są też bardzo osobiste. Swojego przyszłego katechetę poznałam wcześnie, jeszcze przed pójściem do szkoły. Mama, która była nauczycielką, zabrała mnie ze sobą idąc po odbiór pensji. Odbywało się to w kancelarii szkoły podstawowej w Myślenicach, na parterze, gdzie naukę pobierali chłopcy

W dużej trochę mrocznej sali panował tłok. W pewnej chwili usłyszałam:

- Dzień dobry Pani Mario. Radzi sobie Pani jakoś?

Moja mama kilka miesięcy wcześniej straciła męża, a mój starszy brat i ja zostaliśmy półsierotami. Nie wiem co mama odpowiedziała, bo zagapiłam się na wysokiego księdza w jasnopopielatym płaszczu, który uśmiechając się powiedział:

- A to pewnie córeczka. Jak masz na imię moje dziecko?

Wystraszona bąknęłam, że Ela i dopiero wyciągnięta ręka ze smakowitą słodką krówką poprawiła mi humor. Toteż, kiedy ksiądz powiedział, że pewnie niedługo zobaczymy się w szkole na lekcjach religii, skwapliwie kiwnęłam głową i jeszcze dygnęłam na pożegnanie.

Po wakacjach, w roku 1950, jako sześciolatka rozpoczęłam edukację w szkole podstawowej. Nie mogłam się doczekać na pierwszą lekcję religii. Katecheta, ksiądz Jak Kruczek, zapoznawał się z uczniami. Kiedy doszedł do mojego nazwiska powiedział:

- A my to się już znamy, prawda Elżuniu?

Byłam bardzo dumna, że ksiądz to powiedział i muszę przyznać, że wykorzystywałam tę - jak mi się wydawało - uprzywilejowaną pozycję. Na lekcjach religii zachowywałam się swobodnie, przeszkadzałam. Na którejś lekcji, kiedy ksiądz o czymś opowiadał i w klasie panowała cisza, wyszłam z ławki i pokazując na okno, powiedziałam - o, pada śnieg! Wszystkie dzieci rzuciły się do okien, a ksiądz poprosił mnie do katedry i ostro zwrócił uwagę, że lekcja to nie zabawa na podwórku, a ja mam siedzieć cicho, myśleć o Panu Bogu i słuchać co mówi ksiądz. Od tej pory na lekcjach religii siedziałam „jak trusia”, zaś ksiądz Kruczek przestał być „dobrym wujkiem z cukierkami”, a stał się w moich oczach nauczycielem i wychowawcą i tak już pozostało, co nie znaczy, że przestałam go lubić i szanować.

Pierwsza Komunia św. to wielkie przeżycie duchowe dla uczniów trzeciej klasy. Jestem jednak pewna, że większym przeżyciem, tak pół wieku temu, jak i dziś - jest pierwsza spowiedź. Wykute na pamięć formułki, spisane na karteczkach grzechy, nie pomagały, kiedy przyszło –dosłownie-stanąć oko w oko z kimś, komu miało się powierzyć swoje najskrytsze tajemnice i jeszcze jeśli tym „kimś” był ksiądz katecheta.

O oznaczonej porze, w kościele, przed konfesjonałem, w którym siedział ksiądz Kruczek, ustawiła się długa kolejka uczennic, przystępujących do pierwszej spowiedzi. Jednakowo drżały kolana i jednakowo mocno biły serduszka. Ksiądz wychylił się z konfesjonału i zachęcał:

- Proszę podchodźcie do spowiedzi.

I jakby w odpowiedzi, kolejka zaczęła się cofać. Koleżanki, które stały na przodzie, czmychały do tyłu. Ksiądz zaczął się niecierpliwić, wydawało się, że zaraz wyjdzie i zacznie łapać wystraszone dziewczynki. Wzięłam głęboki oddech i podeszłam do konfesjonału. Wszystko poszło jak należy, a na koniec ksiądz powiedział:

- Widzę Elżuniu, ze jesteś odważna i nie bałaś się jak twoje koleżanki.

- Bałam się, proszę księdza, ale chciałam to już mieć za sobą, poza tym lubię być pierwsza.-

- To dobrze Elżuniu, w życiu trzeba być odważnym, zawsze też staraj się być pierwsza.

Do dziś pamiętam te słowa.

Jakiś czas po Pierwszej Komunii św. uczniowie dostawali obrazki, pięknie oprawione, do powieszenia na ścianie. Było to imienne udokumentowanie przyjęcia Sakramentu. Za obrazki trzeba było zapłacić i to nie mało. Na lekcji religii dziewczynki i chłopcy podchodzili kolejno do katedry, a ksiądz Kruczek wręczał obrazki, każdemu mówiąc coś miłego, lub zabawnego. Kiedy przyszła kolej na mnie, ksiądz dał mi ową pamiątkę Pierwszej Komunii św. mówiąc:

- A ty Elżuniu, dostajesz ten obrazek ode mnie w prezencie. Schowaj sobie pieniążki.-

Bardzo się zawstydziłam i zarumieniłam, a wracając na miejsce starałam się nie patrzeć na koleżanki, które szeptały coś do siebie i parskały śmiechem. W domu opowiedziałam o wszystkim mamie, oddałam pieniądze, które szybko schowała do portmonetki i pokazałam pamiątkę.

- Mamo, dlaczego dostałam ten obrazek od księdza w prezencie? - zapytałam.

- To wyróżnienie - powiedziała mama. Musiałaś zasłużyć. Może zrobiłaś coś najlepiej?

Więcej nie pytałam, to mi wystarczyło. Usłyszałam jeszcze, jak mama mówi do siebie – kochany ksiądz Kruczuś. Dziś wiem, że moja rodzina wtedy ledwie wiązała „koniec z końcem” i każdy, nawet najmniejszy wydatek stanowił problem.

Początek lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku nie przyniósł wielu nowinek technicznych. Nie było wtedy telewizorów, komputerów, telefonów komórkowych. Nawet radio było w niewielu domach. A ciekawość świata u dzieci była równie silna, jak u ich dzisiejszych rówieśników. Pozostawały książki. Czytałam dużo, połykałam książki, nie kierując się żadnym kluczem. Będąc w czwartej klasie, przeczytałam „Faraona” Bolesława Prusa. Powieść owszem, podobała mi się, ale nie bardzo rozumiałam, o co w tym wszystkim chodzi. Poza tym, były w książce sceny, o których mówiło się „tylko dla dorosłych”. Długo o tym myślałam i doszłam do wniosku, że nie powinnam czytać tej książki i muszę się z tego wyspowiadać. Ksiądz Kruczek cierpliwie wysłuchał moich grzechów – ten najważniejszy zostawiłam na koniec. Kiedy wyznałam, że przeczytałam „Faraona”, usłyszałam, że ksiądz się roześmiał, ale zaraz spoważniał.

- No i co Elżuniu, podobała ci się ta książka, dlaczego uważasz, że popełniłaś grzech?

Powiedziałam o moich wątpliwościach, na to mój spowiednik:

- Elżuniu zapamiętaj. Czytanie nie jest grzechem, nawet jeśli się czegoś nie rozumie. Książki mają dawać przyjemność, ale trzeba wybierać odpowiednie lektury. Pani w bibliotece na pewno ci doradzi co czytać, A do „Faraona” wróć koniecznie, ale za kilka lat. Wtedy zrozumiesz tę ciekawą powieść. I pamiętaj – czytaj, nawet te trudne książki.

Także te słowa katechety zapamiętałam, a „Faraona” przeczytałam jeszcze dwa razy.

Ksiądz Jan Kruczek odchodził imieniny w okresie świąt Bożego Narodzenia. W naszym domu, gdzie „Ksiądz Kruczuś” cieszył się wielką sympatią, była to ważna data. Ksiądz Jan - o ile dobrze pamiętam - miał duże stopy. Moja ciocia Leosia robiła mu więc pantofle „na miarę”, z filcu, ozdobione pięknym góralskim haftem. Pamiętam te pantofle, wszystkim bardzo się podobały. Kiedy nadszedł dzień imienin, ciocia zapakowała prezent i doniczkę z fiołkiem alpejskim i wyruszyłyśmy. Przed domem księdza Kruczka ciocia schowała się za drzewo mówiąc:

- Ja tu Elu poczekam na ciebie, idź sama. Pamiętasz wierszyk?

Drzwi otworzyła gospodyni księdza i zaprowadziła mnie do pokoju, gdzie stała wspaniała choinka, obwieszona ozdobami i łakociami. Ksiądz Jan z uśmiechem wysłuchał wierszyka z życzeniami, ucieszył się bardzo z pantofli, a potem powiedział słowa, na które czekałam.

- No to Elżuniu nadstaw fartuszek.-

Specjalnie na tę wizytę zakładałam fartuszek z falbankami. I oto teraz posypały się do niego czekolady, cukierki, pomarańcze, ciasteczka. Tak obładowana podziękowałam i dygnęłam na pożegnanie. Ciocia nie mogła za mną nadążyć, kiedy biegłam przez rynek, by jak najszybciej rozkoszować się widokiem i zapachem słodyczy, które rzadko gościły na naszym stole. Najlepiej zapamiętałam zapach pomarańczy, taki… prawdziwy. „Na imieninach” u księdza Kruczka byłam jeszcze kilka razy. Z czasem fartuszek został zastąpiony przez papierową torbę ze słodyczami, którą wręczał mi ksiądz, no i wiersze z życzeniami były coraz dłuższe i bardziej ambitne.

Byłam wtedy chudą i bladą dziewczynką, jak większość dzieci urodzonych w czasie wojny. Któregoś dnia, wieczorem, przyszedł do nas ksiądz Kruczek. Wyciągnął z kieszeni podłużne pudełko i podał mamie mówiąc:

- Pani Mario, dostałem z zagranicy takie dobre zastrzyki na wzmocnienie. Ja ich nie potrzebuję, pomyślałem więc sobie, że może by pani dała je Elżuni, ona jest bardzo wątła.

Pamiętam, że wszystkich domowników zamurowało. Wreszcie mama poderwała się z miejsca i wzruszona serdecznie podziękowała za troskę o mnie i dobroć. Po badaniach lekarz stwierdził, że mojemu organizmowi potrzebna jest pomoc i zalecił podanie zastrzyków od księdza Kruczka. Prawdopodobnie była to witamina B12 lub żelazo - nie jestem pewna. Pamiętam natomiast ból, jaki im towarzyszył i mój płacz przy każdej iniekcji.

Ksiądz Kruczek przez wiele lat był moim spowiednikiem. Nie wyobrażałam sobie, ze mogłabym innemu księdzu opowiadać o moich występkach i dzielić się wątpliwościami. Zawsze też żywo interesował się losem moim i mojej rodziny, za każdym razem pytając, czy mógłby jakoś pomóc.

Na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, ksiądz katecheta przyszedł do mojego mieszkania po kolędzie. Zaskoczenie było obopólne. Ksiądz Jan uściskał mnie serdecznie, potem była długa rozmowa przy herbacie. Powiedziałam księdzu o mojej pracy, dzieciach, mężu, o wszystkich bolączkach i lękach, jak ojcu, którego mi zawsze brakowało. Wzbraniał się przed przyjęciem tradycyjnej koperty, ale powiedziałam, że to moja skromna ofiara na kościół. Pożegnaliśmy się z księdzem Janem, pobłogosławił mnie, a przy wyjściu nagle się odwrócił i usłyszałam tak dobrze mi znane.

- Elżuniu, mam tu coś dla ciebie. Chyba nie powodzi ci się zbyt dobrze.

Z przerażeniem zobaczyłam, jak ksiądz wyszukuje spośród kopert najbardziej pękatą i daje mi ją. Gwałtownie odmówiłam, ale i podziękowałam, bo widząc jego dobrotliwy uśmiech i błysk radości w oczach, że może komuś pomóc, zobaczyłam mojego katechetę z dzieciństwa. Byłam bardzo wzruszona. Obrazek ze Świętą Rodziną włożyłam do książeczki z innymi obrazkami z kolęd. Było ich już sporo, dlatego jeden wypadł. Podniosłam go - pamiątka kolędy rok 1951, ks. Jan Kruczek.

Doskonale pamiętam tamtą kolędę. Ksiądz kiedy mnie zobaczył - chodziłam już do pierwszej klasy - wyciągnął coś z teczki.

- Elżuniu, mam tu coś dla ciebie - powiedział.

Znalazłem obrazek z twoją patronką. To św. Elżbieta. Poproś ciocię, żeby ci o niej opowiedziała, bo to piękna postać. Mam ten obrazek do tej pory. Przechowuje go wśród najbardziej ulubionych pamiątek.

Kilka lat później na oddziale neurologicznym tutejszego szpitala, czekałam na lekarza, z którym byłam umówiona. Na korytarzu panował jakiś ruch, bieganina. Zagadnęłam znajomą pielęgniarkę:

- Pani Stasiu, co tu się dzieje, czy może ktoś umarł?

- Tu często ktoś umiera. Nie dalej, niż wczoraj, w tej sali naprzeciwko, umarł ksiądz Kruczek. Pewnie uczył panią religii… Pani Elu, pani płacze?

Z tej garstki wspomnień, wydobytych z zakamarków pamięci, trudno utkać portret człowieka i nie to było moim celem. Zanurzona w latach dzieciństwa, zdałam sobie sprawę, jak wielki wpływ wywarł katecheta, ksiądz Jan Kruczek na kształtowanie mojej osobowości. Jego dobroć, skromność, ale i autorytet, jakim się cieszył, były nieocenione w tych niełatwych - także dla dzieci - latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku.

Elżbieta Hołuj

Zwycięska praca w konkursie „Pamiętamy księdza Jana Kruczka” organizowanym przez Miejską Bibliotekę Publiczną w Myślenicach