Pół festiwalu i cały ten jazz

Pół festiwalu i cały ten jazz

Nie może być chyba nic gorszego, niż piękny mecz zakończony po 45 minutach, fascynująca książka do połowy przeczytana albo do połowy obejrzany ciekawy film. Tegoroczna edycja Myślenickiego Festiwalu Jazzu Tradycyjnego „Jazz nad Rabą” zapowiadała się niezwykle atrakcyjnie i taka istotnie była, ale byłaby jeszcze lepsza gdyby aura była nieco łaskawsza i pozwoliła dokończyć coś, co tak wspaniale się zaczęło

Jak pisaliśmy na naszych łamach ubiegłoroczna edycja stała na tak wysokim poziomie, że w tym roku organizatorzy, aby sprostać wyzwaniom musieli zapraszać już gwiazdy, których popularność wykracza poza kręgi koneserów jazzu, bo krakowski zespół Boba Jazz Band, to w tej kategorii zespół niemal legendarny. Niełatwe zadanie stało również przed myślenickim Dixie Bandem, którego skład od ubiegłego roku sporo się zmienił, a nazwa zyskała przedrostek QL. Przygotowujący się od wielu tygodni muzycy QL Dixie Bandu pełnili 10 czerwca niejako rolę gospodarza i trzeba przyznać, że w konfrontacji z bardzo mocnymi zaprezentowali się naprawdę godnie, a nie było to łatwe, bo oprócz Boba Jazz Band na scenie na myślenickich plantach usłyszeliśmy również warszawski Happy Play oraz Funny Fellows z Bratysławy.

Cały festiwal podobnie jak rok temu rozpoczął się paradą nowoorleańską ulicami miasta, ale tegoroczna jej oprawa zdecydowanie przerosła te z poprzedniej edycji, bo oprócz tego że mogliśmy usłyszeć muzyków z wszystkich zespołów, uatrakcyjniły ją swoim udziałem także cheerleaderki z zespołu „Tytus” z Małopolskiej Szkoły Gościnności. Była to również parada częściowo zmotoryzowana, a mieszkańców do udziału w imprezie zachęcał główny jej konferansjer Wojtek Żądło.

Supportem dla zasadniczej części festiwalu był natomiast występ myślenickiego Klezmer Jazz Bandu czyli zespołu, którym od lat opiekuję się Andrzej Moskal, a którego skład nieustannie ewoluuje, bo tworzą go byli bądź aktualni absolwenci szkoły muzycznej im. Ludomira Różyckiego. W ich interpretacji usłyszeliśmy m.in. naprawdę zacną wersję „Watermelon Man” Herbiego Hancocka.

Jako pierwszy z zasadniczej set listy na scenie pojawił się Happy Play i od razu można było zrozumieć dlaczego ta formacja jest uważana za jeden z najważniejszych zespołów jazzu tradycyjnego w Polsce. W jej składzie występują m.in. członkowie Ragtime Jazz Band czyli jedynego polskiego zespołu, którego płyta znalazła się w nowoorleańskim muzeum jazzu, a o ich muzyce z uznaniem wyrażał się nawet Louis Armstrong. Satchmo zapewne byłby ukontentowany słysząc kapitalne wersje „Hello Dolly” czy „Sweet Georgia Brown” w wykonaniu Happy Play.

Po nich na scenie pojawili się muzycy z Boba Jazz Band i wypada o nich powiedzieć to samo, co o Happy Play - to klasa sama w sobie. Oba zespoły tworzą w większości muzycy około 60-tki, ale kiedy wychodzą na scenę i zaczynają grać ma się takie wrażenie, że ubywa im momentalnie po czterdzieści lat jakby z tej muzyki płynął jakiś eliksir młodości. To zadziwiające ile energii potrafią na nowo wykrzesać z utworów, które wykonywali w życiu pewnie z tysiąc albo i więcej razy.

Na ich tle myślenicki QL Dixie Band to właściwie młodzież, ale młodzież bardzo uzdolniona a repertuar znany z wcześniejszego wcielenia zespołu poszerzyli o kilka nowych kompozycji, z których na szczególne wyróżnienie zasługuje świetna wersja „Some these days”. Trzon zespołu tworzą obecnie Zbigniew Morawski, Piotr Gofroń i Katarzyna Kubiczek a uzupełniają go Paweł Pukowiec - puzon, Paweł Swat - trąbka, Tomasz Sądaj - kontrabas, Dawid Kopp - piano oraz Piotr Przewoźniak - perkusja.

Jeśli występy Happy Play, Boba Jazz czy QL Dixie Band wzbudzały zachwyt i uznanie publiczności to występem Słowaków z Funny Fellows publiczność została po prostu zdmuchnięta. Perfekcyjna technika, niewiarygodna dynamika wykonania a przy tym luz i przede wszystkim poczucie humoru, to wszystko cechowało ich koncert. Pięcioosobowa ekipa grająca jazz tradycyjny brzmiała jak orkiestra Gorana Bregovicia albo Bobana Markovicia a tempa w jakich wykonywali utwory nie powstydziłby się Motorhead albo wczesna Metallica. No i do tego przezabawna konferansjerka wykonywana w kilku językach. Zagrali m.in. „Tango milonga” Mieczysława Fogga, parodię utworu Louisa Armstronga (ale bardzo gustowną) „Bei mir bist du Schoen” Jacobsa i „Caravane” Ellingtona, ale za każdym razem nadawali tym standardom tak oryginalne piętno, że zdawało się, że to są ich utwory. Zebrali tak burzliwą owację, że po chwili burza pojawiła się również w całym swoim naturalnym wymiarze i w ciągu kilkudziesięciu minut zmieniła krajobraz myślenickich plant na tyle, że nadawał się jedynie na festiwal szantowy. Wielka szkoda bo w planie festiwalu były ponowne półgodzinne występy każdego zespołu. Z tym większą niecierpliwością będziemy czekać na następną edycję festiwalu, którego pomysłodawcą jest Zbyszek Morawski.

Funny Fellows: Pavol Ivicic (akordeon), Marek Berky (klarnet, saksofon tenorowy), Daniel Vlasek (suzafon), Milan Ruciek (perkusja), Roman Feder (śpiew, trąbka)

Boba Jazz Band: Jan Boba (lider, piano), Władysław Grochot (trąbka, wokal), Janusz Nowotarski (klarnet), Janusz Nowak (trąbka, wokal), Jan Nowak (bas, wokal), Aleksander Nowak (perkusja), Marek Rosner (gitara,banjo)

Happy Play: Roman Karwowski (trąbka), Andrzej „Bigol” Bigolas (klarnet, wokal), Andrzej Piela (puzon), Mieczysław Mazur (piano - gościnnie), Andrzej „Snajper” Jastrzębski (suzafon), Robert Barczyński (banjo), Cezary Ziółkowski (perkusja)

 

Rafał Podmokły Rafał Podmokły Autor artykułu

Dziennikarz, meloman, biblioman, kolekcjoner, chodząca encyklopedia sportu. Podobnie jak dobrą książkę lub płytę, ceni sobie interesującą rozmowę (SPORT, KULTURA, WYWIAD, LUDZIE).