Przemytnicy. I bibliotekarze

Edukacja 27 listopada 2018 Wydanie 42/2018

To niezwykła historia. Z unikatową dramaturgią relacji. Nie ma dobrego początku i nie ma dobrego końca. Nie wiadomo (i autor tego też do końca nie wie) czy opisuje rzeczy prawdziwe, czy zmyślone. Powodem jej niezwykłości są też książki. I opisywane miejsce. No i wyczuwalna obecność ducha Indiany Jonesa. Nie. Nie żartuję…

Scena i aktorzy

Proszę nie liczyć na streszczenie akcji. Nie będę psuł smaku przyszłej lektury. Tylko kilka zdań….

Autor zabiera nas do Timbuktu. Dzisiejszego i tego (to pewnie ciekawsze) sprzed wieków. Do miejsca magicznego. Miejsca wielowymiarowo, bo nie tylko geograficznie łączącego berberyjską, czarną Afrykę i jej muzułmańską Północą.

Od zawsze i po dziś dzień miasto - niełatwo dostępne dla Europejczyków. W przeszłości wielu z nich próbowało. W archiwach znajdujemy obszerne spisy śmiałków, którzy tam dotarli. I skromniejsze tych, którym udało się stamtąd powrócić.

Dziś takie proporcje i dostępność do Timbuktu wyglądają inaczej. Pozostała magia miejsca. W obrębie miasta, w rękach jego mieszkańców i na bibliotecznych półach, znajduje 150 tys manuskryptów. Tysiące innych, zasypanych przez piaski, ponoć czeka na odkrycie.

Tak z grubsza wygląda scena przygotowana przez autora. Kurtyna podnosi się: armia dżihadu zajmuje miasto. Mieszkańcy obmyślają misterny plan uratowania manuskryptów prawdopodobnie skazanych na zagładę. Przynajmniej wszystko na to wskazuje… Więcej powiedzieć nie mogę!

Ale… czy nie jest to scena dla Indiany Jonesa?

Autor

Książkę napisał dziennikarz (z legendarnego „The Guardian”). A to przekłada się na kilka rzeczy. Na wartki obudowany faktami reporterski styl relacji.Na znajomość otoczki politycznej - również. Warto też wiedzieć, że i on sam - mając 18 lat - próbował dotrzeć pustynnymi drogami do Timbuktu. Bezskutecznie. Choć swego Jeepa chciał zamienić na kilka wielbłądów. Negocjacje - jak wspomina - trwały tydzień. Wytargował jedno zwierzę. Ktoś kto wędrował po pustyni zrozumie sens i niezwykłe emocje takiej transakcji. I „pustynną” wartość auta - też.

Tomasz Dziki