Roboty chirurgiczne. Część 1 – Trudne początki

Roboty chirurgiczne. Część 1 – Trudne początki
Ryszard Tadeusiewicz Naukowiec AGH, absolwent myślenickiego LO

We wcześniejszych felietonach pisałem o robotach („Historia robotów”) i o inżynierii biomedycznej (wielokrotnie). Dzisiaj te dwa wątki połączę i napiszę o robotach chirurgicznych.

Wielka precyzja i powtarzalność pracy robotów pracujących w przemyśle prowokowały wręcz do tego, by to nowoczesne narzędzie spróbować wykorzystać także w chirurgii. Pierwszym, który to zrobił, był dr Yik San Kwoh w Long Beach Hospital (Kalifornia). Zastosował on w 1985 roku robota PUMA 560 do wprowadzenia igły biopsyjnej do mózgu pacjenta. Zanim wykonał tę czynność, na głowie człowieka, przeprowadzał (podobno) bardzo wiele prób, nakłuwając za pomocą robota dojrzałe

arbuzy i sprawdzając, gdzie trafiała igła. Trzeba przyznać, że rola robota w tej operacji była bardzo ograniczona: posłużył on tylko do tego, żeby ustawić igłę do biopsji we właściwym położeniu (gdy pacjent był daleko od niego), po czym robota unieruchomiono (wyłączono nawet zasilanie, żeby się przypadkowo nie poruszył!). Następnie pacjenta wsunięto pod robota i lekarz, korzystając z ustawionej we właściwym położeniu i unieruchomionej igły – ręcznie wprowadził ją do mózgu pacjenta.

Pomimo tych środków ostrożności operacja wywołała niezbyt korzystne komentarze zarówno w środowiskach medycznych, jak i wśród techników. Ciekawa była zwłaszcza reakcja producenta robotów PUMA (Westinghouse Limited) na tę rewelację – otóż wydał on oświadczenie, w którym odmówił zgody na używanie jego robotów w celach chirurgicznych na sali operacyjnej! W oświadczeniu podkreślano, że konstruktorzy robota zakładali, iż będzie on używany w specjalnie ogrodzonych pomieszczeniach, do których w czasie pracy robota ludzie nie mają wstępu. To założenie było konieczne, bo ówczesne roboty przemysłowe były uważane za urządzenia niebezpieczne. Zresztą nie bez racji – robot przemysłowy to maszyna bardzo silna, a przy tym szybka i nieposiadająca zmysłów (w szczególności czujników obecności człowieka). Jeśli więc człowiek znajdzie się na drodze zaprogramowanego ruchu robota – może zostać przez niego poturbowany. Zdarzały się zresztą takie wypadki. W związku z tym w przemyśle obowiązywała zasada: tam gdzie są roboty, nie może być ludzi, a tam, gdzie są ludzie – nie ma robotów. A tu nagle robot na sali operacyjnej, w bezpośrednim kontakcie z pacjentem i z lekarzami!

Mimo kilkakrotnego potwierdzenia przez zespół dr. Kwoha, że robot może bardzo sprawnie, precyzyjnie, szybko i w pełni automatycznie ustawiać narzędzie chirurgiczne (igłę do biopsji) we właściwym stereotaktycznie położeniu – prace te przerwano.

O tym, jak ta technika rozwijała się dalej – napiszę za tydzień.