Samozwaniec

Samozwaniec

Tomasz Król był rzeczywiście prawdziwym królem. Królem zmyślaczy. Samozwańcem.

Wszyscy wiedzieli, że opowiada niestworzone historie, ale nikt nie ośmielił się mu tego powiedzieć, bo król rozgniótł by go swym ciałem podobnym z daleka do olbrzymiego pomidora kwalifikującego się do zapisu w księdze Ginesa. Nie znosił sprzeciwu dla swych nieprawdopodobnych opowieści. Nikt nie znał rodziny Tomka, bo był przybyszem w miasteczku. Ojciec jego miał pochodzić ze szlacheckiego rodu herbu Strzemię. On sam na małym palcu nosił złoty sygnet z tym znakiem i zwykł go całować, gdy wzruszył się kolejną opowieścią. A było tych opowiastek bez liku, było! Gruba książka mogłaby z nich powstać!

Bohaterem Tomaszowych opowieści był najczęściej jego własny ojciec. A kim on był? Adiutantem samego Beliny i Piłsudskiego. Stu bolszewików rozwalił z karabinu maszynowego w 1920 roku. Na Madagaskarze uratował Marszałka przed trądem. Dziadek dał mu w nagrodę majątek z modrzewiowym dworkiem nad Wisłokiem, ale hitlerowcy spalili go w czterdziestym trzecim. Tomek ledwo uszedł z życiem. Ojciec połamał przed tym wydarzeniem pięciu Niemcom ręce i nogi. Właśnie połamał! O tak! I Tomasz pokazywał, rzucając gazetami, jak w powietrzu latały kostne drzazgi i kawałki rąk.

Wszyscy strzemięszyscy mają siłę dziesięciu mężczyzn! I ja też mam taką! A może jeszcze większą! Pokazać? - pytał groźnie Król i całował ze czcią swój sygnet na potwierdzenie prawdy swych słów. Nikt jednak nie chciał widzieć tej siły. Więc dalej opowiadał.

Komuniści kazali odrabiać służbę wojskową w kopalni, to na przodku tak rwał węgiel, że cała brygada nic nie robiła, a i tak mieliśmy czterysta procent normy. Gdybym nie był synem dziedzica, to miałbym order przodownika pracy socjalistycznej. Wcześniej niż Pstrowski. Nie wierzycie? Słowo szlachcica!

Słuchacze udawali, że wierzą, chociaż od pewnego czasu wiedzieli, że Tomasz to blagier, a jego ojciec był tylko lokajem w dworze nad Wisłokiem.

 

Emil Biela Emil Biela Autor artykułu

Pisarz, felietonista. Ukończył filologię polską w Wyższej Szkole Pedagogicznej (Kraków). Debiutował w 1962 r. na łamach tygodnika "Życie Literackie" jako poeta.