Festiwal lata

Skazani na busy

Skazani na busy

Brak konkurencji nie wychodzi pasażerom zbiorowej komunikacji na zdrowie. Do pracy, szkoły, w wielu naszych sprawach musimy podróżować busami. A tu już panuje realna wolna amerykanka.

Po pierwsze rozkłady. Do rzadkości należy, że przewoźnik pilnuje, aby były aktualne. Rozkład na przystanku należy do rarytasów i najczęściej spotykamy je w liniach dalekobieżnych i głównie na dworcu. W terenie zaś – niech sobie pasażer sam zorganizuje wiedzę albo sterczy na przystanku do skutku na deszczu, mrozie lub spiekocie dla urozmaicenia. Kierowca raz rozkłady ma wydrukowane, raz nie, a już gdy chcemy pojechać od przypadku do przypadku, to całkiem nie mamy się skąd dowiedzieć, kiedy „coś” pojedzie. Ale zawsze możemy sobie posterczeć, podziwiając nasze piękne widoki. W internecie wiarygodność rozkładów jest średnia, a na dodatek nie wszystkie kursy, które powinny być – rzeczywiście są.

O weekendach nie ma już w ogóle co mówić. Jak wrócić do domu po np. wieczornym koncercie czy spotkaniu z Myślenic. Tylko własnym autem lub z kimś znajomym. O bezpieczeństwie jazdy również nie ma się co rozwodzić. Każdy widzi jak jest, zwłaszcza na trasie do Krakowa.

Komfort jazdy mamy ewentualnie w godzinach martwych, gdy w ogóle upolujemy wtedy busa, bo w tych godzinach jedzie jeden, raz na jakiś czas. Do szkoły i pracy jedziemy i wracamy ubici, dopchani, na jednej nodze, pocąc się w ciepłych ubraniach w zimie i mokrzy wychodząc na mróz, albo łapiąc powietrze jak ryby podczas upałów – no bo kto by tam włączał klimatyzację. Kierowcy tłumaczą, że się nie opłaca, bo ludzie wsiadają i wysiadają co kawałek, więc i tak nie będzie czuć jej efektów, a wrażliwi na przeciągi zamykają okna. 10 minut w takim busie bardziej nas wykańcza, niż dniówka w pracy.

Busy mają ten wielki plus, że w ogóle jeżdżą i docierają do wszystkich miejscowości. Z różną częstotliwością, ale docierają. No więc zgadzamy się na wszystko, bo jakoś jeździć musimy, zdani na łaskawość królów komunikacji. Jedni kierowcy są przyjacielscy, życzliwi, uprzejmi. Inni nie przejmują się takimi drobiazgami – wszystko im jedno, czy wiozą ludzi, czy towar z hurtowni. Jesteśmy wdzięczni tym uprzejmym, z musu tolerujemy tych drugich, przepraszając, że żyjemy. Albo machamy ręką na koszty i przejeżdżamy sporą część wypłaty na dojazdy do pracy swoim samochodem.

Oby jak najszybciej pojawiła się konkurencja. Może pociąg do Krakowa zmobilizuje przewoźników na tej najbardziej problematycznej trasie, by zaczęli szanować klienta? A my będziemy mieli wówczas do wyboru komfortowy pociąg albo komfortowy bus. Może nawet pojawi się na naszym terenie odnowiony PKS, o którym ostatnio mówi rząd? I może wreszcie będziemy mogli zostawić swój własny samochód w spokoju, a pieniądze za benzynę przeznaczyć na potrzebniejsze wydatki. Oby jak najszybciej.

Anna Witalis-Zdrzenicka