Festiwal lata

Śmierć płonącego dębu

Śmierć płonącego dębu

Tylko on mógł być ciągle żywy, chociaż liczył ponad prawie pół tysiąca lat, dwadzieścia pięć metrów wysokości i siedem metrów w obwodzie. Potęga! Dąb! Nie imał się go czas, nie potrafił ugryźć go wiatr. Kpił sobie z kleszczy mrozów. Potęga! Ale miał litościwe serce i bardzo czułe, bo w dziupli pod pierwszym konarem mieszkały od lat szpaki.

Tego roku, zanim one przyleciały, ktoś podłożył ogień do dziupli.

Dąb zaczął płonąć, rozpoczął umieranie w ogniu.

Przyjechali strażacy. Wlali do środka drzewa przeszło sto metrów sześciennych wody. Wody było aż tyle, że przedostała się do piwnic okolicznych domów. Istna tragedia! Szczególnie rozpaczał Błażej, bo jego dom był najbliżej, nowy, dwuletni. W nocy Błażej próbował sam podciąć drzewo. Na nic! Nie dał rady. Bo jakże sam z taką potęgą?

Piątego dnia wezwano specjalistyczną ekipę z Dukli. Opiekują się starymi drzewami, pomnikami przyrody. Gdy zobaczyli snopy iskier, którymi dyszał dąb, kiedy wysłuchali opowieści mieszkańców, którzy nie spali już od trzech dni, nie mieli wątpliwości.

Zabrali się fachowo do roboty. Po ścięciu drzewa okazało się, że drzewo było tylko trochę wypalone. Mogło śmiało postać następne sto lat.

Błażej przestraszył się drzewa.

Przeląkł się, że wichura powali dąb na jego nowy dom. Bał się, że płonący dąb to piekielne niebezpieczeństwo.

Po tygodniu przyleciały szpaki. One darowały mu winę strachu. Zamieszkały w budce, którą Błażej wyszykował specjalnie dla nich i przymocował do zgrabnej jabłonki. Młodej i pięknej, ośmioletniej, wcale nie rozpaczającej po śmierci dębu.

Błażej w czasie wielkanocnej spowiedzi wyznał grzech zabicia dębu. Kapłan za pokutę kazał mu zasadzić siedem dębów na wzgórzu za wsią.

- Ale sadź w szeroki krąg - powiedział - aby mógł tam kiedyś stanąć nowy kościół...