Spacerkiem po Orli i nie tylko, czyli subiektywne gawędy Sołtysa

Spacerkiem po Orli i nie tylko, czyli subiektywne gawędy Sołtysa
Fot. M. Chmielewski

Pierwsze co rzuca się w oczy, wjeżdżającym do Orli, to napis na tablicy informacyjnej po polsku i po rosyjsku, ale spokojnie: paszportów nie trzeba.

Chociaż bywało i tak, że jak przyjeżdżały tu zbłąkane wycieczki, to po zasięgnięciu języka u miejscowych z przerażeniem każdy z uczestników grzebał w kieszeniach i torebkach poszukując takowego dokumentu. Jeszcze do niedawna (a i teraz nie stanowi to nic szczególnego) można było tu usłyszeć żywą mowę ukraińską w jej lokalnej gwarze. W gwarze tej rozmawiało się wszędzie: w domu, urzędzie, sklepie, banku, na ulicy. Dziś już słyszy się ją rzadziej. Młodzi preferują język polski, a nowi osiedleńcy „z Polski” - jak my tu mawiamy - to i potrafią z tego tytułu patrzeć krzywo na autochtonów. No dobra, ale skąd ten rosyjski napis? Mówiąc w skrócie: to spadek bo bolszewikach. Nie trzeba być wielkim poliglotą i znawcą historii, by właśnie słuchając mowy tubylców, stwierdzić, kim są ci ludzie, mieszkający tu od zawsze.

Jakieś sto lat temu, tuż po otrzymania lania od połączonych armii Polski i Ukrainy, wielki etnograf, kochający wszelkie narody, pochylił się nad tą częścią mapy Europy, gdzie my mieszkamy, splunął na wcześniej zaostrzony chemiczny ołówek i zakreślił planowane granice kraju bolszewików. Według wielkiego etnografa, Józefa Wisarionowicza, Łomża to centrum hipotetycznej Białorusi, a stolicą owej będzie Warszawa. Nie udało się z bagnetem w ręku, to dawaj siać ideologiczną zarazę. Pech chciał, że nikt dotąd za bardzo nie pracował nad samouświadomieniem narodowym miejscowych Rusinów przez Cara zwanych „małorusami”. Wykorzystali to bolszewicy, łącząc ideologię z narodowym uświadomieniem. Na mapie „ojca narodów” to tu jest Białoruś - to dawaj siać propagandę w tym języku. Mimo, że dla miejscowych to śmieszny był język i często był obiektem drwin, to po drugiej wojnie przestało być śmiesznie, a wręcz nawet korzystnie było przyznać się do białoruskości, by nie skończyć jak ci nasi bracia, co tym samym językiem rozmawiali i trzema palcami się żegnali tuż zza przełomu Buga. Tak oto stara maksyma wypowiedziana przez głównego propagandystę Hitlera mówiąca, że każda bzdura powtórzona sto razy staje się prawdą - i u nas się sprawdziła. Moja miejscowość, w mojej gwarze nazywa się Wuorla. Nowi twórcy historii stwierdzili, że to po ukraińsku (zresztą słusznie), a że w języku białoruskim takiej nazwy nie było, a nowoutworzona brzmiałaby śmiesznie i groteskowo wymyślono, że napiszą po rosyjsku – ważne, by tylko jak zwierzę oznaczyć miejsce i zatrzeć wszelkie ślady o ukraińskim pochodzeniu mieszkańców. No, ale idźmy dalej. Minęliśmy znak przy głównym trakcie wiodącym z Bielska Podlaskiego do Orli. Idziemy po chodniku przy szosie, ale to szanowni państwo grobla. Wybudowano ją gdzieś na początku ostatniego osadnictwa pięćset lat temu, gdzie niejaki Kniaź Jaśko Iwanowicz otrzymał nadania na dobra Orlańskie z rąk Wielkiego Księcia Litewskiego Aleksandra Jagielończyka wraz z prawem osadzania ludzi na prawie niemieckim. Iwanowicz zobowiązał się również do założenia miasta Orla. Za bardzo mu chyba nie szło i wymienił się posiadłościami z Michałem Bohuszem Bohatynowiczem, który właściwie stał się założycielem miasta Orla i który to, w ramach kolonizacji tej części wielkiej puszczy, sprowadził osadników ze swoich dóbr województwa Brzeskiego. Po prawej stronie drogi/grobli widzimy łąki zwane „ozierom”, a ciut dalej, przy samej rzece, już po lewej stoi młyn. Dziś młyn w pełni motorowy. Ciut dawniej motorowo-wodny, a przez całe cztery wieki wodny. Działa do dziś i dzięki gościnności obecnego właściciela można zajrzeć do środka. Wszystko tu wygląda jak sto lat temu i funkcjonuje. W piwnicach przechowywane są oryginalne części z młyna wodnego. Na jednej ze ścian wiszą mocno zapylone fotografie Stalina i Lenina – pamiątki po minionych czasach, które zawsze są obiektem zainteresowania zwiedzających. Tu chciałbym również opowiedzieć państwu pewną ciekawostkę, związana z tym miejscem. Jakiś czas temu, wiosną jak zawsze przyleciały bociany, a tu niespodzianka! Raptem zaczął padać mocno śnieg i wziął się mróz. Biedne ptaki zleciały się w jedno miejsce na „oziero”. Było ich tam setki. Stały zziębnięte i mokre. Żal było patrzeć. Ludzie zaczęli się mobilizować i próbowali dokarmiać zmarznięte zwierzątka. Na ile te dokarmianie pomogło, a na ile pomógł im w przeżyciu tych ciężkich dni pewien orlański, szczycący się ponad pięciusetletnią genealogią ród, to wiem tylko ja. Czemu to towarzystwo wybrało właśnie to miejsce przy młynie? Z prostej przyczyny: bo chciało się jeść, ale wcale nie zboże czy mąkę. Nocą, gdy zapadał zmrok ze swych czeluści wyłazili przedstawiciele właśnie tego orlańskiego rodu i zaczynało się eldorado wśród boćków. Tym sławetnym rodem jest ród szczurów, których nie da się wytępić z młyna i najbliższej okolicy, a o tym wiedziały bociany i wykorzystały tę wiedzę w sytuacji kryzysowej.

Ale wróćmy na nasz chodnik i groblę. Ciut wcześniej, po stronie chodnika mijamy opuszczone budynki fabryki, połykane przez samoistnie rozsiewającą się roślinność i czas. To, co widać, to kaflarnia braci Wejsztenów ostatnich właścicieli części rozparcelowanego majątku orlańskiego. Tuż za fabryką znajdują się pozostałości parku włoskiego. Przy zrekonstruowanych sadzawkach dworskich, tuż przy samej drodze stoi jedna z tablic informujących o historii miejsca, a przemieszczając się drogą w lewo przez plac fabryczny, obok domu Wejsztejnów i czworaków można przejść właśnie do tego parku, a właściwie do tego, co po nim zostało. Jest tam mała wiatka, gdzie może schronić się odwiedzający i „światowid” z dokładnym opisem historii miejsca. Można przespacerować się aleją grabową lub wypocząć w cieniu ponad dwustuletnich kasztanowców i lip. W głębi widać również nasadzenia drzew owocowych. Pozostałości po sadzie owocowym. Zresztą ludność miejscowa na to miejsce mówi „sad”. Za PRL-u chłopaki z Orli zrobili sobie tu boisko do piłki nożnej kosztem drzew owocowych i odbywały się tu nawet spore imprezy plenerowe. Wracając do braci Wejsztejnów, to dzięki nim Orla zasłynęła z dobrej jakości produkowanych tu kafli. Młodzi Wejsztenowie kończąc politechnikę w Petersburgu, przyjechali do Orli naładowani pomysłami i energią. Mocno zmodernizowali istniejącą manufakturę i z czasem wybudowali wokół już nieistniejącego dworu (spłonął w latach 70-tych) nową fabrykę. W związku z tym, że posiadali również ziemię rolną, podobnie jak fachowców do fabryki, sprowadzili do Orli fachowców od ogrodnictwa. Dzięki nim pracę dostało wielu mieszkańców, a sam zawód kaflarza był bardzo prestiżowy i co ważne dobrze płatny. Wejsztejnowi dbali o warunki pracy, ba! Nawet zakupili wszystkim swym pracownikom rowery, co w owych czasach było ewenementem i ogromnym wydatkiem. O tym wszystkim dowiedziałem się od pani Sary Wejsztan, córki jednego z braci, odwiedzając ją w Hajfie w Izraelu. Opowiadała mi, że jej rodzina prowadziła ziemiańsko-fabrykancki styl życia. W ich dworze bywało wielu znakomitych gości między innymi, przy okazji manewrów w okolicy, mieszkał i gościł u nich w domu generał Wieniawa Długoszewski, co zostało uwiecznione na fotografiach. Jako anegdotę można również potraktować opowieść pani Sary o tym, jak musiała kupować jabłka z własnego sadu. Każdej wiosny odbywał się przetarg na użytkowanie sadu. Ten, kto wygrał natychmiast stawiał namiot w sadzie i strzegł i doglądał sadu. Jesienią dokonywano zbioru i tak, żeby zjeść jabłko ze swego sadu pani Sara musiała prosić ojca o drobne, by móc sobie kupić owoc.

Ale idźmy dalej traktem przez most nad rzeką „Orlanką”. Dalej droga unosi się ku górze. Na jej „szczycie” w dawnych czasach stał orlański zamek z cerkwią zamkową, a i w późniejszym czasie wybudowanym zborem kalwińskim. Ten wielowyznaniowy charakter miejsca został jakby odtworzony w czasach nam współczesnych, bo idąc mijamy Dom Modlitwy Chrześcijan Baptystów zainstalowany w prywatnym domu, dwa kroki dalej Kaplicę Rzymsko-Katolicką, która rozgościła się w starym budynku szkoły i ciut dalej, po przeciwnej stronie, w miejscu, gdzie stała niegdyś cerkiew zamkowa została wybudowana Kaplica Prawosławna. Tam gdzie stał Zbór Kalwiński dzisiaj młodzież gra w tenisa i piłkę nożną, a cały teren pod budowę nowej szkoły pochłonął wspaniałe zabytki architektury drewnianej, jakim były wybudowane tu w czasach carskich: szpital, ochronka i urząd gminy. Znajdując się w tym miejscu, trudno nie zauważyć jakby zwieńczenia ulicy, którym jest, wyrastająca ponad współczesną parterową zabudowę, synagoga. Wielkość budynku można ocenić dopiero, gdy się do niego zbliży, a to jeszcze kawałek drogi. W ostatnim czasie obok synagogi został wybudowany budynek Gminnego Centrum Kultury, który trochę przysłania naszą wizytówkę. Niestety nie starczyło wyobraźni decydentom, by planowaną wielomilionową inwestycję przesunąć kilkadziesiąt metrów w bok. Ale nie płaczmy nad rozlanym mlekiem. Idźmy ku niej. Na miejscu możemy znaleźć informację z podanymi numerami telefonu do osób, które mają klucz od nieco opuszczonego budynku i potrafią oprowadzić po zabytku. Jednym z nich jest i mój numer, także, kto lubi „bajania” sołtysa o starej Orli to się polecam. Wszelkich informacji historycznych o Orli i jej zabytkach w tym o perełce, jakim jest synagoga, dowiecie się od osób oprowadzających, ale również z wydawnictw, które są już do nabycia na miejscu. Można również nabyć tu znaczki turystyczne oraz sympatyczne pamiątki. Będąc już w „centrum” Orli można na chwilę przycupnąć w naszym parku, odpocząć i posłuchać opowieści o wielkim pożarze miejscowości, o jej odbudowie i o wielkiej ranie, jaką zostawiła tu druga wojna światowa. O wspólnym życiu i pracy na przestrzeni wieków Żydów, Rusinów, Polaków, Tatarów i Niemców. O tym, co pozostawili po sobie i o tym, co zostawią po sobie współcześni mieszkańcy. Celowo do tej pory unikałem tematu wielokulturowości i wielonarodowości mojej małej ojczyzny, bo - mieszkańcowi tej obecnie wsi, legitymującemu się kilkusetletnią metryką zamieszkania swego rodu w tym miejscu - jest jakby naturalnym, że Orlę tworzyli mieszkając tu i pracując ludzie równych wyznań i narodowości. Gdy już trochę wypoczniemy, warto odwiedzić naszą Parafialną Cerkiew, która znajduje się jakby w drugim kącie niegdysiejszego Rynku i też szczyci się ponad dwustuletnią historią. Telefon do proboszcza znajduje się na tablicy informacyjnej.

Odwiedziny w Orli są zawsze jakby etapem w podróży. Można tu i u nas przenocować i zatrzymać się na dłużej, bo mamy fajnych kilka miejsc, ale w przeważającej części odwiedzający nas turyści udają się w dalszą podróż w kierunku Białowieży. I tu też może czekać niespodzianka. Główna droga prowadząca ku szosie do Hajnówki prowadzi przez wieś Szczyty. Wcześniej, na rogatkach Orli można na chwilę się zatrzymać, by zwiedzić cmentarz żydowski. Jest tu kilkadziesiąt charakterystycznych dla miejsca macew, wykonanych z kamienia polnego. No, ale co jest tak ciekawego w Szczytach, że warto tamtędy przejechać? Otóż są tam trzy z czterech najcenniejszych zabytków w gminie Orla. Pierwszy już widzieliśmy. Była to synagoga. Kolejnymi są: oryginalna, nienaruszona od czasu jej ufundowania cerkiew prawosławna w Szczytach oraz wyrastająca jakby z innej bajki rzeźba św. Napomucena znajdująca się tuż obok Cerkwi. Czwartym jest dwór drewniany znajdujący się około kilometra od cerkwi. O historii miejsca najlepiej dowiedzieć się od osób wcześniej spotkanych i oprowadzających po synagodze i Orli. Na miejscu, wejście do Cerkwi należy „załatwić” z miejscowym batiuszką, który ma niestety skłonności do pisania historii na nowo, niemniej warto poświęcić się i znieść ból słuchania farmazonów, by obejrzeć zabytek wewnątrz.

To napisałem ja, Sołtys miejscowości Orla – Marek Chmielewski