Sułkowice żegnają swoich sąsiadów

Sułkowice żegnają swoich sąsiadów
Sułkowice żegnają swoich sąsiadów

Jan i Małgorzata Światłoń w ubiegłym tygodniu zginęli w wypadku samochodowym. Wraz z nimi Kasia, Piotruś i Ania – trójka ich dzieci. W niedzielę w Sułkowicach żegnało ich kilka tysięcy osób.

Mieszkańcy Sułkowic od kilku dni nie potrafią wyjść z szoku. - Dramat jaki spotkał rodzinę Państwa Światłoniów jest tragedią całego miasta – mówił burmistrz Piotr Pułka. Tragicznie zmarłą rodzinę opłakiwało całe miasto. Sztandar szkoły przepasano kirem, odwołano imprezy, miasto zamilkło, zwolniło na chwilę, miasto cierpi i przede wszystkim nie może pogodzić się ze stratą. Podobnie jest w firmie Juco założonej przez pana Janusza. Za bramą na której powiewają czarne flagi, dwustu pracowników zadaje sobie tylko jedno pytanie… jak to możliwe?

Jechali do domu

Dramat rozegrał się na trasie Kraków - Tarnów, kiedy siedmioosobowa rodzina wracała z wypoczynku na Ukrainie. W Gorzkowie minivan Chrysler Grand Voyager prowadzony przez Janusza Światłonia zjechał na przeciwległy pas prosto pod koła jadącej w przeciwnym kierunku ciężarówki wyładowanej lodami i mrożonkami. Jechali do domu… Siła uderzenia była tak wielka, że całkowicie zmiażdżyła przody obu aut. Było kilka minut przed piątą rano. Na miejscu zginął Janusz Światłoń (47 lat) , jego żona Małgorzata (43 lat)  i dwójka dzieci: osiemnastoletnia Kasia i dwunastoletni Piotruś. Następnego dnia dołączyła do nich walcząca o życie dziesięcioletnia Ania. Lekarze nie potrafili jej pomóc.

Zamienić rozpacz w miłość do żyjących

Spod rodzinnego domu wyruszył kondukt żałobny. Za pięcioma trumnami idą księża, zakonnice, ministranci, strażacy, sportowcy, pracownicy Juco, uczniowie, włodarze miasta i setki, a może nawet tysiące sułkowiczan. Niekończący się tłum, któremu drogę wyznaczają dwie brązowe trumny rodziców i trzy białe należące do dzieci. Wszyscy przybyli, aby pożegnać rodzinę Światłoniów.

Niespełna trzy tygodnie temu odwiedził ich ksiądz biskup Jan Szkodoń. Rodzina chwalona przez proboszcza przedstawiona została mu jako wzór. Dzisiaj wraz z tłumem mieszkańców zalegających kościół, teren wokół niego i Rynek biskup modli się za dusze zmarłych i pocieszenie opłakujących. – Niech rozpacz zamieni się w miłość do żyjących – powtarza razem z mieszkańcami Sułkowic.

- My tu blisko żyjemy, to wszyscy przyszli. Kto tylko mógł. Z dziećmi, z rodziną. Całe miasto przyszło, żeby ich pożegnać. To porządna rodzina była, poczciwi ludzie – szepcze jeden z mieszkańców.

Ludzie są wdzięczni

Jest gorąco, kilka minut po piętnastej skwar staje się nie do zniesienia. W cieniu jednego z domów chowają się Łukasz, Rafał i Mateusz. - Tu ich wszyscy znali i co najważniejsze, to byli ludzie, którzy umieli się dzielić. Wszyscy coś zawdzięczamy Januszowi Światłoniowi. Ludzie są mu wdzięczni, dlatego przyszli, aby go odprowadzić – zaczyna rozmowę Łukasz.

Ubrani w czarne, eleganckie buty, czarne spodnie z lampasem, białe koszule i czarne krawaty nabierają sił. - Znałem Kasię od małego. Razem chodziliśmy do szkoły, a teraz ją niosę… tragedia – z trudem cedzi Rafał. Potem odchodzi na bok.

- Ze mną i Łukaszem nie miała aż tak dobrego kontaktu. Ona dobrze się uczyła w szkole w Krakowie. Rzadko z nami przesiadywała. Nie miała na to czasu. Mieszkali na uboczu, na samym szczycie tej góry, więc kontakt z nią mieliśmy słabszy niż z innymi – tłumaczy Mateusz.

- Dla nas to trudne, ale jesteśmy dumni, że możemy chociaż tak się przysłużyć. Pierwszą trumnę niosą pracownicy Juco, strażacy odprowadzają matkę i my kolejno trójkę dzieci – opowiada Łukasz. O czym wtedy myślę? To zbyt trudne, staram się w takiej chwili nie myśleć o niczym…

Rodzina - największy skarb

Janusz Światłoń wspólnie z bratem Wiesławem byli założycielami firmy Juco. Produkowali narzędzia elektryczne, ślusarskie i budowlane. W 2003 roku bracia uruchomili kolejny zakład na Ukrainie.

- W pracy zawsze był solidny, każde zadanie starał się doprowadzić do perfekcji. We wszystko wkładał całe serce. Ta jego sumienność doprowadziła go do rozbudowy firmy, potem szkoły i gminy. Nigdy się na nim nie zawiodłem – wspomina Edward Łaski, wieloletni działacz klubu Sportowego Gościbia.

Janusz Światłoń znany był nie tylko z powodu swojej hojności i prowadzonej przez siebie firmy. W pamięci sułkowiczan jawi się jako kochający mąż i troskliwy ojciec. Jako człowiek dla którego zawsze najważniejsza była rodzina. Utalentowane dzieci i kochająca żona były jego największym skarbem. Kasia ucząca się w Liceum Pijarów w Krakowie po zajęciach lekcyjnych śpiewała w chórze, jej młodsza siostra Ania w scholi. Piotrek był wicemistrzem Polski juniorów w tenisie stołowym. Razem spędzali każdą wolną chwilę, razem wyjeżdżali na wypoczynek i to było ich największą siłą. Cieszyli się sobą nawzajem i tą radością dzielili się z innymi.

- Janusz nigdy nie odmawiał porady lub pomocy. Często bywał przysłowiową ostatnią deską ratunku, ostoją. Dzięki jego zaangażowaniu kilkudziesięciu chłopców mogło grać w piłkę w prawdziwych ligach, na prawdziwych boiskach, w prawdziwych strojach piłkarskich. Dzięki jego pomocy wiele dzieci korzystało z darmowych obiadów i nawet nie wiedziały kto był ich fundatorem. Takim był człowiekiem – wspomina wicestarosta Waldemar Wolski.

Równie poruszony tragedią jest burmistrz Sułkowic. - Janka razem z Małgosią znałem doskonale, dlatego tak trudno jest mi się pogodzić z ich śmiercią. Jakim był człowiekiem? Przede wszystkim aktywnym, udzielał się wszędzie, gdzie tylko mógł. W każdej dziedzinie miał jakiś wkład. Czy mówimy tu o rozwoju miasta, edukacji, sportu… - z trudem dobiera słowa Piotr Pułka.

Pięć trumień

- Sułkowice jako miasto straciły bardzo dużo. Nie potrafię tego opisać, nie potrafię opowiedzieć o tym ile dobra płynęło z jego serca… - urywa wzruszony Edward Łaski, by po chwili ciągnąć dalej. - Umiał się dzielić, dla wszystkich był jednakowy, a każda rozmowa z nim nastrajała mnie duchowo. Zresztą rozmawiał z wieloma. Boję się, że teraz ludzie zamkną się w sobie, że nie będą mieli do kogo zwrócić się w nagłej potrzebie – mówi.

Przy dźwięku kościelnych dzwonów w kierunku cmentarza ruszył niekończący się kondukt żałobny. Za pięcioma trumnami ponownie idą księża, zakonnice, ministranci, strażacy, sportowcy, pracownicy, uczniowie, włodarze miasta i setki, a może nawet tysiące sułkowiczan. Niekończący się tłum, któremu drogę wyznaczają dwie brązowe trumny rodziców i trzy białe należące do dzieci. Wszyscy znali rodzinę Światłoniów. Wszyscy przybyli, aby towarzyszyć jej w ostatniej podróży…

 

Piotr Jagniewski Piotr Jagniewski Autor artykułu

Reporter, redaktor, fotograf. Lubi dobrze opowiedziane historie i ludzi z pasją, którzy potrafią się nimi dzielić. Z gazetą związany w latach 2006-2018. W latach 2014-2018 pełnił funkcję redaktora naczelnego. (REPORTAŻ, WYWIAD, WYDARZENIA, LUDZIE, SAMORZĄD)