Sześć pochodni

Sześć pochodni

Burza trwa zazwyczaj krótko. Czasem kwadrans, niekiedy godzinę. Wyszczekają się psy niebieskie i jest znowu spokój w niebieskim gospodarstwie

Tym razem było inaczej. Piorunica trwała niestrudzenie całe popołudnie. Przerażone i jakby ogłupiałe ptaki latały między domami, tłukły głowami w okna, które były szczelne pozamykane. Kiejstut widział, jak piorun uderzył w starą lipę. Zaczęła się palić jak pochodnia i wtedy burza, jakby przerażona płomienną śmiercią drzewa, umilkła. Kiejstut trzymał swą rękę na przerażonym sercu. Biło jak oszalałe. Bolało ostro.

Przez otwarte okno szło rześkie, wieczorne, poburzowe powietrze. Kiejstut Żerski usiadł przy biurku i zabrał się do poprawy prac licealistów. Robił to - jak zwykle z dużą starannością i surowością. Nie przypadkowo krążyła o Żerskim opinia, że facet cierpi na kompleks Boga, to znaczyło, że tylko on ma patent na nieomylność, wszechwiedzę i pewność jedynie słusznego działania. I co tu dużo opowiadać? Po prostu uczniowie nie lubili go. Onieśmielał ich w każdym momencie szkolnego życia. Ostatnio ktoś napomknął, że ród Żerskiego wywodzi się ponoć z ruskich bojarów. A już kropką nad „i” była wiadomość, że na działce pod lasem Żerski rozpoczął budowę… dworu! Nie zaprzeczał, a tylko precyzyjnie prostował, że to jest typowy projekt pod nazwą „Sarmata”, że o budowie swego domu marzył całe życie, że dusi się w blokowym mieszkaniu.

- Może zdążę pomieszkać tam trochę. Drzewa sadziłem od piętnastu lat. Szczególnie sześć srebrnych świerków to prawdziwy mój skarb - tłumaczył się cicho i jakoś to nie pasowało do jego zwykłej pewności siebie. A i inne drzewa też są piękne!

Wiadomość, że Kiejstut, groźny i władczy zazwyczaj, rozkleił się jakby ostatnio, wieść, że opowiada coś o rosnącym srebrze, rozeszła się szybko, bo ludzie lubią plotki. Ten i ów szedł nawet popatrzyć niby przypadkiem na rodzącego się „Sarmatę”. Budynek był już pod dachem. Kiejstut zaczął nawet sypiać na polowym łóżku w jednym z pokojów na poddaszu.

Którejś nocy przebudził go blask ognia. Płonęły jak pochodnie srebrne świerki oblane benzyną. Żerski oniemiał z przerażenia. Upadł. Serce miał ludzkie. Nie miało kompleksu Boga.

Emil Biela Emil Biela Autor artykułu

Pisarz, felietonista. Ukończył filologię polską w Wyższej Szkole Pedagogicznej (Kraków). Debiutował w 1962 r. na łamach tygodnika "Życie Literackie" jako poeta.