Tadeusz Skowroński - wspomnienia z lat 1939-1945 (cz.2): Trudny powrót do domu i współpraca

Tadeusz Skowroński - wspomnienia z lat 1939-1945 (cz.2): Trudny powrót do domu i współpraca
Tadeusz Skowroński

Jak wspomniałem już poprzednio, kuzyn mój, jeden z dyrektorów dużej firmy wyrębowej w Broszniowie, małej miejscowości położonej między Stanisławowem a Stryjem, zaproponował mi wspólną wyprawę do Budapesztu z Broszniowa do granicy było ponad 50 km trudnej górskiej drogi, ale miał nas poprowadzić zaufany przewodnik, doskonale znający teren

Bratu Kazimierzowi oraz kolegom z Gimnazjum Myślenickiego, którzy w latach 1939-1945 walczyli i zginęli dla Polski w dowód pamięci wspomnienia te poświęca autor

Myślenice, listopad 1982r.

Pierwsza próba: Broszniów, Dolina

Jak wspomniałem już poprzednio, kuzyn mój, jeden z dyrektorów dużej firmy wyrębowej w Broszniowie, małej miejscowości położonej między Stanisławowem a Stryjem, zaproponował mi wspólną wyprawę do Budapesztu z Broszniowa do granicy było ponad 50 km trudnej górskiej drogi, ale miał nas poprowadzić zaufany przewodnik, doskonale znający teren. Kuzyn mający jakieś powiązania z organizacją, otrzymał list, który miał być doręczony w ambasadzie polskiej w Budapeszcie.

Duplikat tego pisma, a musiało ono być chyba ważne, otrzymała osoba towarzysząca, w tym wypadku ja, co stanowiło dodatkowe zabezpiecznie na wypadek zatrzymania jednej z osób na terenie Węgier czy wcześniej. List ten doręczono mi jeszcze we Lwowie. Otrzymałem również dokument wystawiony przez Konsulat Węgierski, który miał ułatwić poruszanie się na terenie Węgier. Stałem się więc z przypadku kurierem. Nie zdawałem sobie wtedy sprawy z niebezpieczeństwa, wynikającego z posiadania i przewożenia tak kompromitujących dokumentów, tym bardziej, że oficjalnie mogłem się wylegitymować wyłącznie świadectwem ewakuacyjnym wystawionym w Przemyślu na obce nazwisko - Jan Sawa.

Dopisałem w wolnych rubrykach zawód nauczyciel i miejsce zamieszkania Myślenice. Działania te były bardzo lekkomyślne i na pewno powinny były być skorygowane przez mojego kuzyna, który był przecież starszy i bardziej doświadczony. Kuzyn wyjechał o dwa dni wcześniej, a na mnie miał oczekiwać na dworcu w Broszniowie jego zaufany łącznik. W ostatniej chwili przed swoim wyjazdem ze Lwowa kuzyn „podrzucił” mi jeszcze jednego współtowarzysza wyprawy. Był nim protegowany przez kogoś zawodowy strażak z Krakowa. Zawodowa straż pożarna nosiła przed wojną wyjściowe płaszcze z granatowego sukna zupełnie podobne do płaszczy używanych przez policję. Mój strażak był ubrany w taki właśnie płaszcz, buty saperki i czapkę narciarską typu norweskiego. Czapki tego typu często były używane w zimie przez „granatową policję”. Ubiór mojego towarzyszy ściągał na nas uwagę milicji i wojska.

Do Broczniowa jechało się z przesiadką w Stanisławowie. Pociągi wtedy kursowały wolno i dostojnie, tylko za dnia, tak więc musieliśmy zanocować w Stanisławowie, jako goście tamtejszych strażaków. Dzień wyjazdu ze Lwowa był zimny i deszczowy, a już wieczorem zaczął sypać śnieg i do rana spadło go dużo, co rzadko się zdarzało w naszym klimacie na początku jesieni, a było to dopiero około 7. października.

Tego ranka wsiadając w Stanisławowie do pociągu, nie sądziłem, że opad śniegu przekreślił wszelkie szansę planowanej wyprawy. Tymczasem kontynuowaliśmy podróż, a niespodziewane kłopoty zaczęły się niedaleko Broszniowa. Przyczepił się do nas ukraiński milicjant, ubiór mojego towarzysza podziałał na niego jak czerwona płachta na byka; ty policjant gdzie ty jedziesz, po co. Na szczęście fala podróżnych, przeważnie robotników tartacznych rozdzieliła nas już na stacji. Zamiast łącznika zobaczyłem na dworcu kuzyna, który nerwowo podszedł do stopni wagonu i krótko oświadczył „przejście niemożliwe, wracajcie do Lwowa przez Sryj, a tu są bilety Broszniów - Lwów.” Nie było czasu na pytania, wyskoczyłem na drugą stronę pociągu i wsiadłem do następnego wagonu jako podróżny z Broszniowa.

Przed wyjazdem ze Lwowa, żegnając się z przyjacielem Lolkiem Morawskim, otrzymałem adres jego stryja zamieszkałego w Dolinie, miasteczka powiatowego położonego niedaleko Broszniowa. Kolega oświadczył, że stryj, emerytowany leśniczy jest człowiekiem kompetentnym i uczynnym, mogącym udzielić nam rady czy pomocy, gdyby taka okazała się konieczna. Postanowiłem skorzystać z oferty i przerwałem podróż w Dolinie. Krok ten miał się stać przyczyną dramatycznych przeżyć, na razie jednak wszystko układało się pomyślnie, a do domu p. M. dotarliśmy bez przeszkód.

Leśniczy wytłumaczył nam, że z uwagi na duże śniegi, wszelkie plany dotyczące przekroczenia granicy muszą być odroczone, a podejmowanie prób w obecnych warunkach nie ma żadnych szans powodzenia. Oświadczył równocześnie, że gdyby przyjazd nasz nastąpił o trzy dni wcześniej „przekraczalibyśmy granicę w bardzo godnym towarzystwie”. Pan M. był człowiekiem mądrym i ostrożnym, nie zdradził powierzonej mu tajemnicy, a kto korzystał z jego pomocy dowiedziałem się dwa miesiące później we Lwowie. Chodziło o generała Kazimierza Sosnkowskiego, dowódcę frontu południowego do 22 września 1939r., a późniejszego Naczelnego Wodza Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie w latach 1943-1944.

Generał wraz z dwoma zaufanymi oficerami zjawił się w domku p. M. w Dolinie z początkiem października. Była to dla niego ostatnia szansa, gdyż radzieckie władze wojskowe pilnie go poszukiwały.

Leśniczy Morawski był podkomendnym generała z I wojny światowej. Obecnie udzielił trójce uciekinierów schronienia, jego synowie pikietowali dzień i noc okolice domu, trwały gorączkowe poszukiwania zaufanego przewodnika. Na czwarty dzień, a było to w niedzielę, córka p.M. spotkała w kościele swojego kolegę z gimnazjum, który poprzedniego dnia powrócił z wojny. Chłopak miał fantazję, przed wojną bawił się dla sportu w przemytnictwo, trochę kłusował, znał znakomicie tereny przygraniczne. Wtajemniczony w sprawę, jeszcze tej nocy poprowadził generała S. i jego ludzi na południe w kierunku granicy, którą przekroczono pomyślnie po dwóch dniach marszu.

Po dwudniowym pobycie, pożegnałem gościnny dom, zaopatrzony w woreczek soli z tutejszych solanek i list do rodziny p. M. we Lwowie. Przezorny leśniczy odczytał nam fragment, dotyczący nas mniej więcej tej treści: „Twoi znajomi byli u mnie w Dolinie, szukali swoich rodzin, ale bezskutecznie, teraz wracają do Lwowa.” List ten stanowił dla nas pewne „alibi” na wypadek aresztowania, krył również p.M. W chwili kiedy wydawało się, że epizod w Dolinie mnie bez specjalnych przygód, zostaliśmy w drodze na dworzec aresztowani, strażak za to, że był podobny do policjanta w swoim granatowym płaszczu, ja za brak dokumentów (miałem tylko świadectwo ewakuacyjne). Przeżyłem wtedy bardzo trudne chwile, zimno mi się robiło na myśl o rewizji, która mnie niewątpliwie czekała, a przecież nadal posiadałem przy sobie list do Ambasady Polskiej w Budapeszcie i zaświadczenie - przepustkę z Konsulatu Węgierskiego. Znalezienie tych papierów stanowiło dla mnie największe zagrożenie. Przyprowadzono nas do budynku zajętego przez wojskowe i cywilne władze bezpieczeństwa, a po dłuższym czekaniu poddano dwukrotnej rewizji. W wyniku jakiegoś naprawdę wyjątkowego szczęścia, fatalnych dla mnie dokumentów nie znaleziono. Były one przymocowane gumką do goleni. Po rewizji zostałem poddany pierwszemu przesłuchaniu przez radzieckiego oficera; sądzę, że wersja podana w liście p. Morawskiego o szukaniu rodzin, musiała świadczyć na naszą korzyść, niemniej jednak władze nie były skore do szybkiego zwolnienia, gdyż spędziłem w więzieniu osiem dni.

Już w pierwszy wieczór udało mi się zniszczyć kompromitujące dokumenty. Zabiegu tego dokonałem w toalecie w pośpiechu i zupełnej ciemności przy akompaniamencie uderzeń kolby karabinu strażników o drzwi.

W celi przetrzymywano nas razem z ośmioma współtowarzyszami niedoli, a oto lista: 2 oficerów polskich z rejonu Doliny, żołnierz-rolnik, który wrócił z wojny z karabinem, 16-letni chłopak, dziecko pułku, dobosz orkiestry wojskowej, nauczycielka z Podola oraz trzech pracowników fabryki broni w Starachowicach. Ostatnia piątka zdążała też w kierunku granicy „trochę na dziko”, a została aresztowana w huculskim domu w trakcie wypoczynku. Wojsko nasłali na nich „gościnni Huculi”.

Warunki pobytu w więzieniu nie należały do przyjemnych; goła podłoga do spania, zimno, marne jedzenie, a raczej jego brak (na 10-ludzi bochenek chleba i litr wody dziennie). Do tego dochodziło częste wywoływanie na przesłuchania o różnych porach dnia i nocy, co było czynnikiem wykańczającym psychicznie. „Mój strażak” załamał się zupełnie, cały dzień krążył po celi i układał w myślach swoje wyjaśnienia przy następnych przesłuchaniach.

Po ośmiu dniach pobytu w więzieniu wywieziono nas do Stryja i tam odbyła się rozprawa weryfikacyjna. Sąd składał się z przedstawicieli NKWD, straży granicznej i kilku osób cywilnych, na przesłuchania wprowadzano nas pojedynczo. Mnie przesłuchiwał młody mężczyzna, prawdopodobnie pochodzenia żydowskiego, umiejący świetnie mówić po polsku; ważniejsze zeznania tłumaczone były na rosyjski. Przebieg przesłuchania był dość nieoczekiwany, a przebiegało ono mniej więcej tak:

Przewodniczący - Jak się nazywacie? Ja - Sawa Jan.

P. - wiek i zawód?

Ja - 27, nauczyciel, podałem to co było w świadectwie ewakuacji.

P. - Jakiego przedmiotu uczyliście i w jakiej szkole?

Ja.- Jestem nauczycielem, w gimnazjum i uczyłem chemii (jako farmaceuta znałem doskonale chemię, więc wolałem podać ten przedmiot).

P. - Miejsce zamieszkania?

Ja - Myślenice w województwie krakowskim.

P. - Co takiego?

Byłem zdziwiony o co przewodniczącemu w tym pytaniu chodzi, ale następne rozwiało niepewność.

P. - Czy chodzi o miejscowość, gdzie miała miejsce akcja bandy Doboszyńskiego?

Ja - Tak, a ponieważ mieszkam w Rynku, byłem świadkiem demolowania sklepów żydowskich, palenia i rabunku towarów oraz bicia ludzi.

Wprawdzie tego bicia wystraszonych Żydków nie widziałem, ale uważałem, że mój opis wydarzeń będzie barwniejszy i bardziej dramatyczny. Następnie długo opowiadałem o przebiegu wydarzeń w innych punktach miasta. Cały areopag pilnie słuchał mojej relacji, a tłumacz miał pełne ręce, przepraszam - usta roboty. - Na końcu opowiadania wtrąciłem zdanie, które okazało się „strzałem w dziesiątkę” w mojej sytuacji jako więźnia - „tego faszystę kiedyś złapiemy i powiesimy.”

P. - Jesteście zwolnieni. Czy macie jakieś skargi na traktowanie w więzieniu?

Ja - Chyba takie, że przesiedziałem się w więzieniu osiem dni za szukanie mojej zaginionej rodziny.

P. - Trudno, słuchajcie mamy wojnę i musimy wyłapywać policjantów, urzędników sądowych, szpiegów oraz ukrywających się oficerów byłej arami polskiej. Siadajcie przy tym stoliku tam pod ścianą.

Otrzymałem po chwili zaświadczenie zwolnienia z więzienia, a od przewodniczącego, chyba prywatnie pieniądze na dalszą drogę.

Młodemu pokoleniu należą się wyjaśnienia, odnośnie postaci Adama Doboszyńskiego.

„Niedoszły wódz polskiego faszyzmu zorganizował swój „Marsz na Myślenice” w czerwcu 1936r. Inż. D. dziedzic z Chorowic, majątku położonego koło Skawiny, tworzył bojówki na wzór SS, tzw. drużyny ochronne (dosłowne tłumaczenie z języka niemieckiego „Schutz-Staffel).

Zorganizowany na wzór wojskowy oddział liczący około 100 ludzi opanował miasto Myślenice, po przecięciu przewodów telekomunikacyjnych. Rozbrojono posterunek policji, próbowano podpalić bóżnicę żydowską, zdemolowano kilka sklepów. Banda odwiedziła również „w celach dydaktycznych” starostę Basarę. Po przeprowadzeniu akcji, oddział D. wycofał się w lasy. W wyniku pościgu policji, doszło do 2 potyczek w rejonie Kamiennika i Zubrzycy Górnej, w których zginęło 2 ludzi z oddziału D., a on sam został w lasach babiogórskich raniony i aresztowany.

Pierwsza rozprawa przeciwko D. i jego ludziom odbyła się w maju 1937r. W wyniku przewodu sądowego ława przysięgłych… uwolniła D. Następna również przed sądem przysięgłych miała miejsce we Lwowie w lutym 1938r. i zakończyła się wyrokiem 2 lata i 8 miesięcy. Trzecia rozprawa, po zniesieniu w Polsce sądów przysięgłych, odbyła się również we Lwowie w Sądzie Okręgowym - wyrok, 4 lata więzienia z zaliczeniem aresztu śledczego. W lutym. 1939r. otrzymał D. sześciomiesięczny „urlop zdrowotny”. Po wojnie w 1947r. D. powrócił nielegalnie do kraju, aresztowany po kilku miesiącach, stanął przed sądem wojskowym oskarżony za działania skierowane przeciw narodowi polskiemu. Sąd skazał D. na karę śmierci - wyrok wykonano.

Powracam do wspomnień: Po zwolnieniu z więzienia w Stryju, powróciłem do Lwowa, a z uwagi na wycofanie się mojego kuzyna z zamiaru przekroczenia granicy, byłem zmuszony do szukania nowych kontaktów. Ważną sprawą było zdobycie względnie wiarygodnego dokumentu tożsamości. Po konsultacjach z kolegą po fachu Lolkiem Morawskim, bratankiem leśniczego z Doliny, sfabrykowaliśmy zaświadczenie fabryczne tej treści: „Zaświadcza się, że p. mgr farm. Skowroński Tadeusz, kierownik Apteki Publicznej w Myślenicach, jest od dnia 15 maja 1939r. zatrudniony w naszej fabryce, jako przedstawiciel naukowy na teren województwa krakowskiego. Do obowiązków w/w należy odwiedzanie szpitali, lekarzy i aptek, celem naukowego propagowania wyrobów naszej firmy”. Po lewej stronie tegoż zaświadczenia było przyklejone moje zdjęcie, przebite pieczątką - „Geo”, Fabryka Farmaceutyczna, Warszawa, ulica…, na dole, pod treścią figurowała jeszcze raz pieczątka i dwa podpisy dyrektorów fabryki. Nazwiska dyrektorów były autentyczne, podpisy oczywiście podrobione, jeden przez kolegę zielonym atramentem, drugi przeze mnie, dla odmiany atramentem granatowym. W Polsce przed wojną żadne zaświadczenia tego typu ze zdjęciem nie były wydawane, ale ostatecznie o tym obecne władz nie musiały wiedzieć. Dokument wyglądał bardzo wiarygodnie zawierał zresztą pewne dane zgodne ze stanem faktycznym, musiał jednak przejść chrzest ogniowy, czyli sprawdzić się przy pierwszym legitymowaniu.

Próba druga: Mikuliczyn

- Przełącz Dołcha

Po kilku dniach pobytu we Lwowie, poznałem młodego architekta inż. S. Hoszowskiego, który zaofiarował mnie i osobom towarzyszącym, pobyt w Mikuliczynie w domu letniskowym, będącym własnością jego rodziny. Matka p.H. wybierała się akurat do M., a ja miałem jej towarzyszyć w charakterze „siostrzeńca”. Mikuliczyn był małą miejscowością letniskową i miał bardzo dogodne położenie jako baza wypadowa na Węgry; granica przebiegała w odległości ok. 25 km.

Razem ze mną miały jechać dwie osoby, poznane w więzieniu w Dolinie - Janek Goller, ekonomista, pracownik fabryki broni w Starachowicach i p. Helena X (nazwiska nie pamiętam), młoda nauczycielka z Podola. Oboje umówili się, że w razie legitymowania, będą przedstawiać się jako małżeństwo, gdyż robiło to podobno najlepsze wrażenie, a jako powód podróży do miejscowości nadgranicznej podadzą odwiedziny „krewnego”, leżącego w górskim szpitalu sanatoryjnym w Worochcie; posiadali otrzymany od znajomych aktualny list ciężko chorego na płuca, w którym ten błaga o szybki przyjazd kogoś bliskiego; list ten miał służyć teraz jako glejt. Tego rodzaju kamuflaż był potrzebny, gdyż drogi i dworce kolejowe były pilnie strzeżone i patrolowane, szczególnie na południe od Stanisławowa.

Wyjazd nastąpił 24 października pociągiem relacji Lwów, Stanisławów, Nadworna, Delatyn, Mikuliczyn, Tatarów, Worochta (ośrodek turystyczny i sportów zimowych; miejscowość położona w dolinie Prutu w Karpatach - Czarnohora - na wysokości ok. 700m n.p.m). Tatarów był stacją węzłową i stąd na południe prowadziła przez Przełęcz Tatarską (obecnie zamknięta) linia kolejowa do Budapesztu. Przełęcz Tatarska to obniżenie w Beskidach Wschodnich, między Gorganami na zachodzie i Czarnohorą; wysokość 931m n.p.m.

Udział w ruchu oporu w latach 1942-1945

Rok 1940-1941 to luźne kontakty z działaczami ruchu oporu, nasłuchy radiowe i pomoc w rozpowszechnianiu tajnego tygodnika „Przegląd Polski”, który był redagowany i powielany w Myślenicach na ulicy Dąbrowskiego przez Kazimierza Sobolewskiego, zawodowego oficera łączności (pseudonim „Słoneczny” później „Vis”). Początki zorganizowanego ruchu oporu przypadają w naszym terenie na jesień 1942 roku. Organizują je służby cywilne i wojskowe obwodu. Dowództwo nawiązuje kontakty z poszczególnymi pracownikami służby zdrowia przez swoich zaufanych łączników. Formalnie nie jesteśmy członkami ruchu oporu, praktycznie jednak deklarujemy naszą pomoc w działalności na odcinku służby zdrowia. Na przełomie roku 1942/43 otrzymałem zadanie dostarczenia znacznych ilości materiałów opatrunkowych i innych leków dla przyszłych oddziałów. Dziewczęta z tajnej organizacji WSK (Wojskowa Służba Kobiet) szyły opatrunki osobiste.

Przy organizowaniu dostaw leków obowiązywały zasady ścisłej konspiracji. Odbierającą leki z apteki w tym czasie była Maria Sobolewska, pseudonim „Basia”. Hurtownie leków w Krakowie były kontrolowane przez władze okupacyjne między innymi odnośnie zapotrzebowania na materiały opatrunkowe, dlatego też opatrunki sprowadzałem partiami z kilku hurtowni. W aptece opatrunki były przepakowywane do nietypowych opakowań. Pracowano w rękawicach gumowych, a wszelkie nazwy leków i fasunków były pisane drukiem na specjalnie sprowadzanych etykietach bezfirmowych. Zachowanie środków ostrożności wydawało mi się konieczne, a wypadki jakie rozegrały się w jednej z krakowskich aptek w roku 1944 potwierdzały to w pełni. Sprawa dotyczyła apteki przy ul. Floriańskiej, która udzielała pomocy ruchowi oporu w latach 1942-44. Wpadka była następstwem zastrzelenia przez Niemców partyzanta w rejonie Miechowa, przy którym znaleziono torbę sanitarną z lekami oznaczonymi sygnaturami tej apteki. Niemcy rozstrzelali 3 osoby personelu apteki: kierownika apteki mgr J. Karłowską, jej męża oraz mgr Kulczyńską. W roku 1943 dostarczałem leki dla oddziału „Prąd” pod dowództwem J. Misiora i „Odwet” pod dowództwem Fijałkowskiego. W roku 1944 zaopatrzenie sanitarne obejmowało już wiele oddziałów naszego obwodu: „Prąd”, „Odwet”, „Pościg”, „Policyjny”, „Szkoleniowy”, „Potok”, „Szum”, „Śmiały”, „Terenówka” oraz trzy oddziały zgrupowania krakowskiego „Żel-bet”, które działały w naszym terenie. Łącznikiem dla „Żel-betu” była żona lekarza Kruszyńskiego z Sieprawia. W roku 1944 zaopatrywałem również w leki szpital polowy w Glichowie o obsadzie 6 pielęgniarek plus lekarz stały. Część leków dla szpitala polowego dostarczał również mgr Zygmunt Krzyżanowski z Gdowa, obecnie lekarz fizjoterapeuta z Nowego Targu. Wszystkie leki dla ruchu oporu wydawane były bezpłatnie. Dobre i pełne zaopatrzenie ruchu oporu w leki zaczęło się gwałtownie pogarszać na przełomie lipca i sierpnia 1944 roku. Wpłynęło na to: zbliżający się front, likwidacja autobusów niemieckich oraz powstanie warszawskie. Zaczęło brakować takich leków jak: cibazol, glukoza, witaminy, kofeina, morfina, itd. W tym czasie nawiązałem łączność z kolegą mgr Bolesławem Zielińskim, który pracował w aptece niemieckiej w Krakowie, róg Jana i ABW. Wiele cennych, deficytowych leków pobierałem z apteki niemieckiej w czasie pełnienia przez mgr Zielińskiego dyżurów nocnych, między godziną 21:10 a 21:40. Takie transakcje były połączone z dużym ryzykiem. Dyżury polskich pracowników były kontrolowane przez partyjne kierownictwo apteki, a ponadto przenoszenie towarów bez pokrycia tuż przed godziną policyjną nie należałby do bezpiecznych.

Z końcem grudnia 1944 roku przybyło do Myślenic dwóch oficerów, przedstawicieli komendy okręgu AK w Krakowie, którzy w imieniu komendy złożyli mi podziękowania za całokształt pomocy udzielanej oddziałom ruchu oporu.

Mgr Tadeusz Skowroński dobrze przysłużył się Ojczyźnie, niosąc bezinteresowną pomoc oddziałom partyzanckim, narażał swe życie nie biorąc za dostarczane medykamenty żadnego wynagrodzenia, a tylko w sporadycznych przypadkach z uwagi na pewne okoliczności pobierał symboliczne złotówki - wspomina również Józef Misior.