Tańcząc na kominie

Tańcząc na kominie

Było krótkie grudniowe popołudnie. Autobus z Wiednia, którym wracali z Austrii, jechał już doliną Raby. Za pięć minut będą wysiadać. Czuli się wspaniale. Dowcipkowali, pili piwo. Żaden z nich nie patrzył na skutą lodem rzekę. Nikt nie powiedział, że rzeka pięknie zamarzła, najpiękniej jak tylko potrafi, tworząc wspaniałe, lodowe płaskorzeźby.

Na dworcu ze śmiechem wykładali pękate podróżne torby, żartowali, rzucali do siebie jak śnieżkami niemieckimi słowami. A niby dlaczego nie? Udało im się! Solidnie zapracowali na ten triumfalny powrót na święta.

- Zawołaj taksówkę.

- Mercedesa!

Po chwili zajechała stara „beczka”. Ale niech będzie! Marka się liczy. Cała czwórka zmieściła się bez trudu wraz z bagażami pachnącymi zagranicą. Po kilkunastu minutach wjeżdżali paradnie do rodzinnej wsi. Staszek kazał kierowcy trąbić, co ten czynił z chęcią, pewny solennej zapłaty. Czasem zdarzały mu się takie kursy i wiedział, jak one się kończą dla jego taksówkarskiej kasy. Wysiadali kolejno. Wreszcie w mercedesie został tylko sam Andrzej.

- Niech pan jedzie jak najwolniej - polecił taksówkarzowi.

Ten w lot pojął intencje chłopaka. Skręcili z asfaltowej drogi i taksówka powoli pięła się w górę do Andrzejowego domu. Dobrze, że mróz trzymał, bo inną porą taksówka by nie dała radę wyjechać. Ale jakoś nikt nie wybiegał naprzeciw. Czy coś się stało? Andrzej tylko na moment spochmurniał. Nie było przecież nigdy w ich domu zwyczaju wielkiego żegnania się lub witania. Więc czego się spodziewał? Bramy powitalnej? Sztucznych ogni? Weselnej orkiestry?

Szybko odprawił taksówkarza, który na tym skorzystał, bo Andrzej dał mu podwójny napiwek. Obszedł domostwo dookoła. Nikogo. Nawet psa nie było. Kopnął nogą drzwi wejściowe. Nic. Otworzył jedną z trzech toreb. Wyjął wino. Potem z drugiej torby dobył radiomagnetofon. Włączył. Poszła muzyka na pełny regulator.

Andrzej wydobył z szopy drabinę. Wspiął się po niej na dach domu i stanął na kominie. Zaczął wymachiwać rękami, uginać w przysiadzie nogi, pokrzykiwać. Zapomniał się w tym dziwnym tańcu, jakby całkiem zatracił…

Witał siebie w domu.

Na tle wieczoru wyglądał jak biedny czarny ptak, głodny i zmarznięty.

 

Emil Biela Emil Biela Autor artykułu

Pisarz, felietonista. Ukończył filologię polską w Wyższej Szkole Pedagogicznej (Kraków). Debiutował w 1962 r. na łamach tygodnika "Życie Literackie" jako poeta.