To kosztowna pasja, a może nawet i uzależnienie

To kosztowna pasja, a może nawet i uzależnienie

O Krzysztofie Dominiku – kierowcy rajdowym z Wiśniowej zrobiło się głośno ponad rok temu, gdy zdobył Mistrzostwo Polski w kategorii 4N. Zaskakujący był nie tyle fakt, że ktoś z naszego regionu wybił się w tak wymagającym świecie jak sport samochodowy, ale to że Krzysztof wśród kierowców rajdowych jest właściwie Jankiem Muzykantem i to takim, który swoją miłość do ścigania zaczął realizować w dosyć zaawansowanym jak na sportowe standardy wieku, bo już po trzydziestce. Widocznie jego talent i pasja przekraczają te ograniczenia i kiedyś musiały eksplodować. O tym jak doszło do tego wybuchu opowiedział nam w wywiadzie

W rajdach zacząłeś startować w wieku 32 lat. Nie ciągnęło cię do tego sportu wcześniej?

Ciągnęło od najmłodszych lat, bo miłością do rajdów samochodowych zaraziłem się już w dzieciństwie. A takim przełomowym momentem był chyba Rajd Polski w 1986 roku. Zabrał mnie na niego dziadek, gdy na wakacje pojechałem do Bystrzycy, czyli tam gdzie się urodziłem i spędziłem 2 pierwsze lata swojego życia. Bystrzyca to jest miasto na Dolnym Śląsku w pobliżu którego znajduje się słynny odcinek specjalny na Spalonej. Staliśmy razem z dziadkiem na skrzyżowaniu na Młoty, a dziadek był osobą zabezpieczającą ten odcinek rajdu. Dla siedmioletniego chłopaka takie przeżycie pozostaje na zawsze w pamięci. Widziałem m.in. takich rajdowców jak Bublewicz, czy Koper. Pamiątki z tego rajdu mam do tej pory. Książkę drogową i listę startową oraz taśmę zabezpieczającą przechowuję jak najcenniejszy relikt.

Trochę się jednak naczekałeś, żeby dać ujście swojemu zamiłowaniu do tego sportu?

To prawda, ale ujmijmy to w ten sposób, że nie czekałem z założonymi rękami, bo sport generalnie fascynował mnie zawsze. Przejawiało się to na różne sposoby, bo uprawiałem piłkę nożną, koszykówkę czy karate, a w Wiśniowej chodziłem do klasy sportowej i odnosiliśmy spore sukcesy zarówno w piłkę jak i w kosza, nawet na szczeblu wojewódzkim.

Grałem w piłkę w juniorskiej drużynie Dalinu i nawet byłem o włos od tego żeby zadebiutować wśród seniorów, ale zdarzyła się taka dosyć pamiętna historia z zepsutym autobusem którym mieliśmy pojechać na mecz z Igloopolem Dębica i zagrać mi się nie udało. Potem miałem trochę problemów z kolanami i ścięgnami i musiałem zmienić obiekt swoich sportowych zainteresowań. Przerzuciłem się na sporty walki i siłownię, a zamiłowanie do rajdów wróciło w momencie, kiedy zdałem sobie sprawę że jeśli trochę, a nawet więcej niż trochę w ten sport zainwestuję to kto wie, może się udać taka przygoda o której marzyłem już w dzieciństwie.

Co było największą przeszkodą w tym początkowym etapie?

Pierwszym rajdowym krokiem jest, a w zasadzie był wtedy Konkurs Jazdy Sprawnościowej. Sęk w tym, że Mazda 626 jaką wtedy jeździłem dosyć umiarkowanie się sprawdza w jeżdżeniu między pachołkami, bo jest trochę za ciężka. A i moje wyobrażenie o rajdach było trochę fałszywe, bo sądziłem że jak ktoś jest najszybszy na Zakopiance to i w takich rajdach sobie da radę, a szybkości nigdy się nie bałem. Okazało się, że to tak nie działa. I stąd chociażby „zagotowane’ sprzęgło w moim drugim starcie w KJS. Ale nim to nastąpiło wygrałem w swojej klasie pierwszy KJS zorganizowany przez Myślenicki Motorsport za kierownicą Opla Corsy w wersji van. Potem uznałem jednak, że warto zainwestować w jakiś naprawdę mocny samochód i w 2011 roku jeździłem już Renault Megane ze 150 konnym silnikiem i prawdziwym sportowym zawieszeniem. Rok później zająłem drugie miejsce w cyklu KJS-ów Safety Południe i już wiedziałem że to trafiona inwestycja.

Ale obecnie jednak jeździsz już Hondą?

Tak, to już jest samochód którym można startować w poważnych zawodach sportowych. Mnie coś takiego przydarzyło się w 2013 roku, kiedy stałem się posiadaczem tego samochodu i wystartowałem w imprezie, która wiodła trasą wyścigu górskiego. Ku swojemu zdumieniu jadąc samochodem w którym jeszcze nic nie zmieniałem zająłem 3 miejsce. A rok później miałem już licencję rajdową R2, co pozwoliło mi startować w cyklu rajdów okręgowych.

Prawdziwy przełom to chyba jednak nastąpił 2 lata później?

W 2015 roku miałem już najwyższą licencję rajdową jaka obowiązuje w Polsce. Pojechałem na rajd do Świdnicy, który był jedną z eliminacji Rajdowych Mistrzostw Polski. I podobnie jak w poprzednich przypadkach, ten debiut na nowym szczeblu był dla mnie tak udany, że zachęcił mnie do dalszych prób.

W Świdnicy zająłem 5 miejsce, chociaż wydawało mi się, że jadę bardzo asekuracyjnie. Ale sam fakt, że jechałem w Mistrzostwach Polski był już dla mnie spełnieniem marzeń, przynajmniej na tym etapie kariery. Musiały minąć następne 2 lata żeby stało się coś o czym w 2015 roku nawet nie śmiałem jeszcze marzyć.

Wcześniej jednak otarłeś się o „smugę cienia”?

W 2016 roku na testach przed Rajdem Świdnickim mieliśmy wypadek. Nasz samochód uderzył w słup. Zaryzykuję tezę, że gdyby to uderzenie poszło kilka cm dalej, byłoby z nami naprawdę krucho. Na drugi dzień nie mogłem złapać oddechu, ale na szczęście nie miałem jakichś urazów fizycznych. Gorzej wyglądał nasz samochód, który udało się odbudować dopiero na rajd w Rzeszowie, ale i tam sukcesu nie osiągnęliśmy, bo z walki wyeliminował nas defekt skrzyni biegów, więc rok 2016 wspominam raczej niechętnie.

Co spowodowało taki sportowy przełom w 2017 roku?

Zacząłem doskonalić swoją technikę jazdy i dowiedziałem się o paru rzeczach z tego zakresu o których nie miałem do tej pory pojęcia. Technika używania hamulca lewą nogą to jeden z takich tajników, które kierowcy z najwyższej półki mają w swoim arsenale, ale takie samouki jak ja niekoniecznie.

Drugi ważny element przygotowań do tamtego sezonu to były testy na zamarzniętym jeziorze Klimkówka. Trudno mi sobie wyobrazić lepsze miejsce do nauki kontrolowanego poślizgu i polecałbym je chyba każdemu kierowcy, który chciałby się pewnie czuć na oblodzonej drodze i to nie tylko kierowcy rajdowemu, ale chyba głównie temu „niedzielnemu”. Polecałbym to miejsce gdyby nie fakt, że takie testy wzbudzają kontrowersje. Te 300 km testowego ślizgania dało mi duży zastrzyk pewności, który przełożył się potem na konkretny wynik.

Zaczęło się jednak kiepsko, bo w Świdnicy podczas kultowego OSU z Rościszowa do Walimia na walimskiej kostce nasze auto wyleciało z drogi, a uszkodzone zawieszenie wyeliminowało nas z walki o wysokie miejsce. Dzień później startowaliśmy już w systemie Rally 2 i dotarliśmy do mety na drugim miejscu w swojej klasie. A potem przyszły chyba najlepsze momenty sportowej kariery, bo wygraliśmy w swojej klasie Rajd Rzeszowski, a kilkanaście dni po nim również Rajd Dolnośląski, co w konsekwencji dało nam tytuł Rajdowego Mistrza Polski w klasie 4N. Wtedy poczułem, że jestem we właściwym miejscu i właściwym czasie. Niezależnie co jeszcze uda się osiągnąć w tym sporcie, tytułu Mistrza Polski nikt nam nie odbierze. A będzie on historyczny również z tego powodu, że klasa rajdowa 4N właściwie przestała już istnieć w naszym kraju.

Z jakimi wyrzeczeniami wiąże się kariera rajdowca?

Głównie są to wyrzeczenia finansowe, bo co tu dużo ukrywać, jest to sport bardzo drogi i zarabiać na nim mogą naprawdę nieliczni. To głównie bardzo kosztowna pasja, a może nawet i uzależnienie. Przez tych kilka lat odkąd uprawiam rajdy samochodowe właściwie cały czas swój rodzinny budżet ukierunkowuję na myślenie o sportowym samochodzie, czyli o zawieszeniu, hamulcach, oponach etc.

Trzeba mieć naprawdę wyrozumiałą małżonkę, żeby zrozumiała tę „chorobę”. Ja jeszcze do zeszłego roku miałem stary telewizor, bo uznawałem że szkoda mi pieniędzy na taką fanaberię skoro mogę kupić jakąś część do samochodu.

Jak oceniasz perspektywy przed jakimś młodym chłopakiem który chciałby „zachorować” na rajdy samochodowe? Trudniej jest teraz, czy 10 lat temu?

Na pierwszym etapie czyli przy zakupie samochodu dzisiaj jest chyba łatwiej niż wtedy, bo samochody którymi można się ścigać są relatywnie tańsze. Problem zaczyna się jednak, gdy chcemy zacząć gdzieś startować, bo coraz mniej jest amatorskich imprez rajdowych i taki młody chłopak najzwyczajniej w świecie nie bardzo ma gdzie pokazać swoje umiejętności. A i same koszty uczestnictwa w takich imprezach znacząco wzrosły, co czasami jest barierą nie do przeskoczenia dla kogoś, kto nie ma wsparcia sponsorskiego, albo dobrze sytuowanych krewnych.

A czy młody chłopak ma gdzie trenować?

To jest następny problem. Motorowe związki sportowe w Polsce bardzo niechętnie wspierają organizowanie testów rajdowych mimo, że takie imprezy sportowe pewnie byłyby w stanie nawet przynosić im finansowe korzyści.

I jak wyglądają takie testy?

Mniej więcej tak jak wygląda Odcinek Specjalny na rajdzie, tylko w takim teście brałoby udział powiedzmy 8 załóg, a nie kilkadziesiąt. Zorganizowanie czegoś takiego to byłaby kwestia dogadania się z gminą, policją, strażą pożarną i mieszkańcami wsi, bo o takie drogi w tym przypadku chodzi ale jak mówiłem musielibyśmy mieć jakieś wsparcie władz sportowych. A tak to niestety trening rajdowca to trochę partyzantka. Jeżdżenie po mało uczęszczanych drogach przeważnie w środku nocy, aby nie narażać nikogo na niebezpieczeństwo.

W ubiegłym roku zawiesiłeś swoją sportową karierę. Dlaczego?

Po pierwsze ze względu na to, że zaczęła „umierać” klasa 4N. Po drugie koszty startów były trochę zbyt wysokie jak na moją kieszeń, a dla sponsorów w Polsce rajdy samochodowe nie są jakimś priorytetem, bo nie jest to sport który zajmowałby pierwsze strony w gazetach, a telewizje biły się o prawa do transmisji. Pewnie inaczej by to wyglądało gdyby Robert Kubica kontynuował swoją karierę w rajdach a nie wrócił do Formuły 1.

Lubisz oglądać transmisję WRC w telewizji?

W telewizji owszem, bo są to już naprawdę świetnie realizowane transmisje szczególnie gdy jazda samochodu jest pokazywana z drona, albo ze śmigłowca. To bardzo cenna lekcja dla każdego, kto się chce doskonalić w tej sztuce, a dodatkowo wiele wskazówek można się nauczyć oglądając relację on board, czyli z kamery wewnątrz samochodu. Bardzo niechętnie natomiast chodzę na rajdy, żeby oglądać je za żywo, bo to trochę jak patrzenie na kogoś kto pije drinka samemu nie mogąc się napić.

Oglądając relację z rajdów samochodowych zawsze zastanawia się człowiek skąd w tym sporcie taki odsetek Skandynawów. Masz na ten temat jakąś teorię?

Też mnie to zastanawia. Podejrzewam, że może chodzić o te szczególne warunki klimatyczne jakie zmuszają ich do nauki jazdy w niestandardowych okolicznościach przyrody. Oni taką Klimkówkę maja po prostu na co dzień. A poza tym jest takie słynne powiedzenie o tym co robi skandynawski kierowca jak dojeżdża do szczytu wzniesienia i nie widzi dalszego ciągu trasy.

A jak ono brzmi?

Jak jedzie europejski kierowca to zwalnia, bo boi się że za wzniesieniem jest zakręt, a jak jedzie Wiking to przyśpiesza, bo ma nadzieję że będzie prosta.

Patrząc na samochód którym jeździsz jedno rzuca się w oczy - takiego malowania w te charakterystyczne wielokolorowe szachownice nie ma chyba nikt na świecie.

I rzeczywiście nas również z tego powodu zauważono, bo wygraliśmy nawet plebiscyt w magazynie WRC na najładniej oklejony samochód sportowy.

Czego możemy się spodziewać w 2019 roku z twojej strony?

Planuję wznowić swoją sportową przygodę, chociaż będzie to zależeć od wielu czynników, głównie wsparcia sponsorskiego i organizacyjnego. Jak wszystko pójdzie dobrze to zobaczymy się na rajdowych trasach w tym roku być może już w okolicach maja.

 

Rafał Podmokły Rafał Podmokły Autor artykułu

Dziennikarz, meloman, biblioman, kolekcjoner, chodząca encyklopedia sportu. Podobnie jak dobrą książkę lub płytę, ceni sobie interesującą rozmowę (SPORT, KULTURA, WYWIAD, LUDZIE).