Tradycje akademickie: Ślepa uliczka - marcowi docenci

Tradycje akademickie: Ślepa uliczka - marcowi docenci
Ryszard Tadeusiewicz Naukowiec AGH, absolwent myślenickiego LO

Opisałem we wcześniejszych felietonach strukturę stopni naukowych, zdobywanych przez badaczy na polskich uczelnia i w instytutach badawczych. Ta „drabina awansu” składa się dziś z doktoratu i habilitacji, a kończy się tytułem naukowym profesora. Niektórzy twierdzą, że jest ona za długa, wskazując na kraje (na przykład USA), w których istnieje tylko doktorat. Nie podejmuję tu polemiki ani za wieloszczeblową drabiną stopni ani przeciw niej, natomiast chcę wspomnieć o wydarzeniu, które całą logikę nadawania stopni naukowych zaburzyło – oraz o jego skutkach.

Jak wiadomo przez wiele lat funkcjonował w polskim szkolnictwie model kariery naukowej, w którym po uzyskaniu habilitacji adiunkt uzyskiwał stanowisko docenta. Było to – moim zdaniem – dobre rozwiązanie, pozwalające odpowiednio uhonorować osoby z habilitacją bez występującej obecnie inflacji określenia „profesor”.

Ale to dobre rozwiązanie zostało popsute w 1968 roku po marcowej fali antykomunistycznych wydarzeń na uniwersytetach. Władze PRL doszły wtedy do wniosku, że znajdujący się na uczelniach członkowie PZPR mają za niskie stanowiska i przez to za mały wpływ na to, co się na uniwersytetach dzieje, więc wprowadziły zasadę, że stanowisko docenta można przyznawać bez habilitacji osobom mającym odpowiedni profil polityczny. Z nadania partyjnego można było mianować na stanowisko niemal każdego. Znane były przypadki przyznawania stanowiska docenta osobom bez doktoratu!

Był to krok w bardzo złą stronę. Docenci z partyjnego mianowania zyskali z automatu prawa akademickie identyczne z tymi, jakie mieli profesorowie z ogromnym dorobkiem naukowym i międzynarodowym prestiżem, natomiast sami z reguły reprezentowali bardzo niski poziom naukowy (chociaż przyznaję, że były wyjątki). Naturalną konsekwencją był fakt, że owi „marcowi docenci” w większości tępili zaciekle tych naukowców, którzy mieli dorobek i powinni uzyskać awans naukowy, ale którzy nie byli z ich ferajny.

Niestety, doświadczyłem tego osobiście, ale nie chcę rozwijać tego wątku, bo moim celem jest omówienie sytemu stopni akademickich i jego patologii, a nie snucie osobistych wspomnień.

Ubocznym skutkiem kompromitacji instytucji marcowych docentów była społeczna dewaluacja stanowiska docenta jako takiego. W jednej z radiowych audycji satyrycznych (zatytułowanej „Fachowcy”) jako protagoniści występowali majster i docent, przy czym majster zawsze górował nad docentem. W serialu „Alternatywy 4”, emitowanym w 1986 roku, występował też „marcowy docent” Zenobiusz Furman. Wszystko to sprawiło, że określenie „docent” w odbiorze społecznym nabrało negatywnego wydźwięku. Pamiętam, że kiedyś w towarzystwie zapytany, co robię, odpowiedziałem, że jestem docentem – co bardzo rozbawiło wszystkich zebranych. W sumie tak wiele negatywnych emocji zgromadziło się wokół nazwy „docent”, że w 1989 roku stanowisko to zlikwidowano.

A szkoda!

W dniu 12 lutego b.r. na Uniwersytecie Technologiczno-Przyrodniczym im. Jana i Jędrzeja Śniadeckich w Bydgoszczy odbyło się uroczyste posiedzenie Senatu UTP poświęcone nadaniu godności DOKTORA HONORIS CAUSA profesorowi Ryszardowi Tadeusiewiczowi. W imieniu redakcji Gazety Myślenickiej składamy panu profesorowi serdeczne gratulacje, życząc dalszych sukcesów zawodowych.