Tradycje akademickie: Stopnie naukowe i co dalej?

Tradycje akademickie: Stopnie naukowe i co dalej?

W tej serii moich felietonów próbuję przybliżyć czytelnikom Gazety Myślenickiej wybrane tradycje akademickie. Omówiłem we wcześniejszych tekstach zasady zdobywania tytułów zawodowych licencjata i magistra, a także stopni naukowych doktora i doktora habilitowanego.

Wyobraźmy sobie, że ktoś osiągnął stopień naukowy doktora habilitowanego (najwyższy możliwy w Polsce) – i pojawia się pytanie, co dalej?

W środowisku naukowym funkcjonuje anegdota, że ktoś będący w takiej sytuacji dał ogłoszenie w gazecie: „W związku z uzyskaniem stopnia doktora habilitowanego sprzedam całą moją bibliotekę naukową”. Żart jest złośliwy, ale prawda bywa zbliżona do tej karykatury, bo po zdobyciu habilitacji naukowiec jest praktycznie nieusuwalny z uczelni, więc pozornie nie ma się o co więcej starać.

Pozornie, gdyż w „drabinie” form uznania dorobku i osiągnięć naukowych jest jeszcze jeden szczebel: TYTUŁ profesora. Tytuł ten, po dokładnej ocenie osiągnięć naukowych kandydata przez specjalne komisje (zasiadałem w nich latami!), wręcza osobiście prezydent RP. W momencie, kiedy ja otrzymywałem ten tytuł (w 1986 roku) profesorem można było zostać tylko w ten jeden sposób. Odbywało się to w Belwederze, stąd potoczne określenie „profesor belwederski”.

W 1990 roku zmieniono ustawę o szkolnictwie wyższym i niezależnie od omówionego wyżej tytułu profesora wprowadzono na uczelniach dwa stanowiska: profesora nadzwyczajnego (niższe) i profesora zwyczajnego (wyższe). Teoretycznie tytuły i stanowiska profesorów nie powinny się mylić, bo skrótowiec prof. przed nazwiskiem ma prawo używać tylko profesor tytularny, a osoby nie mające tytułu i jedynie zatrudnione na stanowisku profesora powinny pisać ten skrótowiec po nazwisku. Tak więc czytając „prof. Kowalski” powinniśmy wiedzieć, że jest to osoba, której ten tytuł przyznał prezydent RP, a inny pan, który nie posiada tytułu, ale ma stanowisko, powinien się przedstawiać „Malinowski, prof. AGH”.

Ale nikt tego nie przestrzega i mamy (zwłaszcza wśród polityków) prawdziwy „wysyp” profesorów. Wszystkich piszących „prof.” przed nazwiskiem! W ten sposób bycie profesorem przestało być najwyższym naukowym wyróżnieniem, a oznacza tylko tyle, że na jakiejś uczelni daną osobę zatrudniono na stanowisku profesora. Im mniej znacząca uczelnia – tym łatwiej takie stanowisko uzyskać. W efekcie w przestrzeni publicznej zaroiło się od osób używających tego określenia bez względu na posiadane osiągnięcia i dorobek naukowy.

No cóż, już starożytni mówili: „Sic transit gloria mundi”...