Urok dawnych wspomnień

Felieton 21 stycznia 2020 Wydanie 3/2020
Urok dawnych wspomnień

Okres świąt i początek Nowego Roku skłania do tworzenia planów na przyszłość, ale i wspomnień o przeszłości. Chciałbym podzielić się z Państwem jednym z najmilszych moich wspomnień z okresu, kiedy uczęszczałem do myślenickiego Liceum – wspomnieniem o teatrze amatorskim, jaki stworzyliśmy w tym Liceum i o moich przygodach na tej szkolnej scenie.

Przejście ze szkoły podstawowej do Liceum samo w sobie było już przygodą. Nowy styl nauczania, nowi nauczyciele tytułowani profesorami, nowi koledzy w dużej części spoza Myślenic, bo nasze Liceum przyciągało młodzież z okolicznych miejscowości, gdzie albo wcale nie było szkół średnich, albo nie cieszyły się taką sławą, jak I LO im. Tadeusza Kościuszki w Myślenicach, nowe możliwości...

Jedną z tych nowych możliwości był teatr szkolny. Uczestniczyłem w działaniach tego teatru od początku nauki w Liceum (w 1961 roku) aż do śmierci mojej matki, która umarła w 1964 roku i której śmierć była dla mnie kresem beztroskiego dzieciństwa (którego elementem był teatr szkolny). Ale wcześniej uczestniczyłem w przygotowaniu i prezentacji dwóch przedstawień: „Ślubów Panieńskich” Fredry i dramatu „Most” Szaniawskiego. Skupię uwagę na tym pierwszym przedstawieniu, bo dostarczyło mi ono więcej miłych wrażeń.

Najpierw na zbiorowej fotografii przedstawię cały nasz zespół (fot. 1).

Ciekawe, czy ktoś z Państwa rozpozna mnie na tej fotografii? Niebawem się przyznam, jak wyglądałem, ale najpierw przedstawię osoby dorosłe, siedzące, bez których ten teatr by nie istniał. Przy tych osobach podam nazwiska, bo już nie żyją (niestety) więc ochrona danych osobowych ich nie dotyczy. Natomiast omawiając Koleżanki i Kolegów z zespołu nie będę podawał nazwisk - bo ktoś mógłby sobie tego nie życzyć...

Na pokazanej fotografii w środku (w berecie) siedzi nasza licealna polonistka, pani mgr Zdzisława Koniuszy. Była inicjatorką powstania tego naszego amatorskiego teatru, wybierała dla nas repertuar, zabierała nas do Krakowa na przedstawienia teatralne, żebyśmy poznali klimat prawdziwego teatru, zanim stworzymy ten nasz amatorski. Osoba, którą wspominam z wielkim sentymentem! Po lewej stronie siedzi ówczesny dyrektor naszego Liceum (z wąsem), mgr Józef Blak. Bezpośrednio w działania naszego amatorskiego teatru się nie angażował, ale gdy wynikały jakieś potrzeby (na przykład pieniądze na wypożyczenie kostiumów z Teatru Słowackiego) - to stosowne kwoty asygnował. No i wreszcie trzecia dorosła osoba na tym zdjęciu - to znakomity reżyser ostatecznych wersji naszych przedstawień, którego imienia nigdy nie znałem, a którego nazwisko - przypomniane z trudem - brzmiało zapewne Pitala. Nawiasem mówiąc gdyby ktoś z Czytelników poznał tego pana i mógł mi zakomunikować jego pełne nazwisko - to byłbym naprawdę serdecznie wdzięczny!

Z grupy młodzieży wskażę na tym zdjęciu Janka, naszego suflera. Tak, tak - mieliśmy taką „deskę ratunku” gdyby trema spowodowała zapomnienie jakiejś kwestii! Janek stoi w środku naszej grupy z otwartą książką - bo taka była jego rola: śledził w tekście każdą wypowiedź i był gotów „podrzucić” brakujące słówko, gdyby ktoś czegoś zapomniał. Ale próby trwały tak długo, że każdy z nas miał wykutą swoją kwestię „na blachę” i chyba Janek nie musiał sięgać do swoich umiejętności podpowiadacza - a był w tym zakresie mistrzem!

Pora przedstawić nas, czyli aktorów. Zrobię to korzystając z fotografii, które były wykonywane podczas premierowego przedstawienia komedii „Śluby Panieńskie” Aleksandra Fredry. Był to największy sukces naszego teatru. Wystawialiśmy to najpierw w Auli Liceum, później na największej scenie w Myślenicach (w kinie „Wisła”), a potem także w okolicznych miejscowościach - zawsze przy pełnej sali i z mnóstwem braw. Ja grałem w tym przedstawieniu Radosta. Miałem 14 lat, więc żeby odtwarzać tę postać musiałem założyć perukę udającą łysinę, przykleić wąsy i przywiązać sobie z przodu poduszkę, udającą wydatny brzuszek. Dzisiaj bym tego robić nie musiał!

Niestety w pierwszej scenie sztuki (pokazanej na zdjęciu - fot. 2) poduszka się obluzowała i zaczęła mi zjeżdżać do nogawki spodni, stąd niefortunny gest mojej dłoni - bo jak tu łapać na scenie spadający „brzuch”? Razem ze mną w tej scenie występował kolega Janek, w roli kamerdynera. Był w tym pewien żart. Janek był powszechnie znany jak potomek bardzo prominentnej w Myślenicach prawniczej rodziny, więc powinien grać kogoś bardzo wysoko postawionego – a tymczasem świetnie się sprawdzał jako służący!

Na kolejnym zdjęciu występuję obok głównego bohatera sztuki, Gucia, sprawiającego stale kłopoty Radostowi. Ta rola była szczególnie dobrze obsadzona. Wojtek był idolem wszystkich koleżanek - wystarczyło, że się pojawił publicznie na przykład recytując wiersz z okazji jakiegoś święta - a już piękniejsza połowa uczniów naszego Liceum doznawała zawrotu głowy! W „Ślubach Panieńskich” jako główny amant sprawdzał się oczywiście rewelacyjnie! (fot. 3)

Pora przedstawić damy. Tym, którzy pamiętają treść „Ślubów Panieńskich”, nie trzeba przypominać, że główną animatorką większości wydarzeń jest Klara. Jasia, która grała tę postać, była także bardzo silną osobowością. Grała bardzo ekspresyjnie, dzięki czemu podkreślona była cała dynamika sztuki. Widać to na zdjęciu (fot. 4).

Drugą ze „zbuntowanych panien”, Anielę, grała Gienia, dziewczyna o bardzo subtelnej urodzie z pięknymi naturalnymi lokami, w rzeczywistości uosobienie łagodności. Dlatego w jej wykonaniu słynna kwestia, będąca „zawołaniem bojowym” panien, które poprzysięgły „nienawidzić ród męski, nigdy nie być żoną”:

Ach wy mężczyźni! Piekło was zrodziło!

I nie ma kraju, gdzie by was nie było!

brzmiała jakoś mało groźnie :-)

Nie mam lepszego zdjęcia Gieni, niż to pokazane niżej, ale naprawdę była to przeurocza dziewczyna! (fot. 5)

Uosobieniem łagodności (na scenie i w życiu) była też Wanda, która grała Panią Dobrójską. Jak wiadomo Radost (w którego się wcielałem) sympatyzował z Panią Dobrójską, chociaż – jak to u Fredry zwykle bywało – bardzo subtelnie i delikatnie. Tak właśnie my to graliśmy i w warunkach szkolnego przedstawienia było to bardzo właściwe. Natomiast twórcy współczesnego teatru sobie nie żałują. Niedawno byłem na przedstawieniu „Ślubów Panieńskich” w krakowskim Teatrze Stu i ze zdziwieniem obserwowałem, jak sceniczny Radost poklepywał poufale Panią Dobrójską (po pupie!), a przed rozpoczęciem przedstawienia wyświetlano na ekranach sceny ogrodowe, których absolutnie w sztuce Fredry nie było, a które przedstawiały parę Radost – Dobrójska w sposób nieco frywolny. Myśmy jednak zachowywali się aż do bólu cnotliwie, co widać na kolejnym zdjęciu (fot. 6).

Na jubileuszu 50-lecia matury w 2015 roku spotkałem Wandę i nie mogłem oczom uwierzyć: Nic się nie zmieniła! Ma nadal bardzo ładną buzię i figurę modelki! Można to zobaczyć na zdjęciu (fot. 7).

Zdjęcie zostało wykonane na tej samej Auli LO, w której występowaliśmy – tylko tym razem to my siedzieliśmy na widowni...

Na koniec wspomnę o Antku, który wcielił się w postać smętnego adoratora Klary, płaczliwego Albina. Tu wybór aktora do tej roli był ewidentnym żartem naszej polonistki, bo Antek był znany w całym Liceum jako „rozrabiaka”, bardzo dzielny i zaczepny. A jednak zagrał smętnego Albina tak, że ludzie na widowni płakali ze śmiechu!

Na koniec kilka uwag ogólnych

Dzisiaj teatrów amatorskich już nie ma. Obecnie mamy telewizję, gdzie jest mnóstwo rzeczy, które można oglądać. Inna rzecz, czy są tam rzeczy, które warto oglądać - ale to chwilowo pozostawię na uboczu. Są też narzędzia w Internecie, które pozwalają na autoprezentację. Dla mniej wymagających jest możliwość prezentowania filmów przez siebie sporządzonych na Facebooku (głównie dla znajomych). Dla tych, którzy sądzą, że mogą coś pokazać całemu światu - dostępny jest serwis YouTube. Młodzież ma w tym zakresie swój odrębny system TikTok, gdzie można prezentować krótkie (15 sekund!) filmiki robione przy pomocy smartfonów. Podobno jest ponad pół miliarda użytkowników tej rozrywki na całym świecie. W Polsce odpowiednie oprogramowanie ściągnęło 6 mln osób, przy czym 64% to dzieci w wieku 13 do 15 lat.

Tak więc, gdy chcemy - możemy coś oglądać, a gdy chcemy sami się pokazać, to możliwości jest także sporo.

Kiedyś jednak tego nie było, więc powstawały i działały teatry amatorskie. Może jestem staroświecki, ale uważam, że była to lepsza forma rozrywki.

W zespole teatru amatorskiego tworzyła się niepowtarzalna więź, bo każdy trudził się dla wszystkich, a wszyscy troszczyli się o każdego. Częste próby (w moim przypadku dwa razy w tygodniu) przez długi czas (przygotowanie przedstawienia trwało pół roku!) powodowały, że zespół teatru amatorskiego był bardzo zgrany i zżyty, prawie jak rodzina. Co więcej, teksty wystawianych sztuk poznawało się tak dogłębnie, że pamiętam je do dziś i mógłbym wyrecytować obudzony z głębokiego snu w środku nocy. A były to dobre teksty dobrych autorów!

Z kolei publiczność podczas przedstawień amatorskiego teatru cieszyła się nie tylko z tego, że oglądała prezentowaną sztukę (chociaż w tamtych czasach na prowincji to też stanowiło dużą „frajdę”), ale dodatkową radość sprawiało rozpoznawanie na scenie znanych sobie osób - kolegi z tej samej klasy, sąsiada z bloku, dziewczyny spotykanej na ulicy...

Wszystko mija, więc moda na teatry amatorskie też się gdzieś zagubiła. Ale postanowiłem pokazać tych kilka zdjęć z moich pierwszych kroków na amatorskiej scenie. Jest to także wspomnienie moich licealnych lat. Zachęcam i namawiam innych absolwentów naszego Liceum, żeby pokazali na łamach Gazety Myślenickiej swoje wspomnienia z tych wspaniałych lat, kiedy wszyscy byliśmy piękni i młodzi. Teraz jesteśmy już tylko piękni...

 Ryszard Tadeusiewicz