W jesiennym teatrze

W jesiennym teatrze

Skończyło się czułe bombardowanie ziemi przez kasztany, żołędzie i orzechy. Wiatr zrzucał z drzew złote iskry liści. W cichych, szeleszczących płomieniach listowania bawiły się dzieci w parku. Niektóre zakopywały się w liściach. I to był jeden z cudów jesiennych

Siostra zakonna Wiktoria nagle postanowiła, że nie pójdzie zaraz do swojego pokoiku w przyszpitalnym bloku pielęgniarskim, lecz pospaceruje trochę po parku, który zazwyczaj tylko widziała z okna szpitala. Zapragnęła ciszy, tej najwspanialszej muzyki. Po raz tysięczny chciała posmakować samotności, która jest równocześnie najlepsza i… najgorsza.

Zaczęła zbierać olbrzymie, pieczętowane słońcem liście kasztana. Będzie piękny bukiet do kaplicy Miłosierdzia Pana Jezusa. Biały habit siostry Wiktorii stał się jeszcze bielszy, gdy tak szła z płonącymi jesienią liśćmi w ręku. Zawsze odpychała od siebie i od innych smutek, chorobę i zmartwienia. Wiedziała, że teraz ma do tego jeszcze większą siłę. Miała to po swej matce, która pięćdziesiąt razy - jak mówiła: w jej intencji wychodziła pod krzyż na Giewoncie. Ostatni raz była, tam mając już siedemdziesiąt trzy lata, Wiktoria przypomniała sobie w tej chwili słowa skierowane do jej brata: „Nie wybieraj sobie lepszego Boga!” Nie chciał słuchać, nie chciał być posłuszny matce, która niczym kotwica, niezawodna i zawsze mądra. On wybierał krętą drogę obok prostej…

Wiktorii wydawało się w pewnej chwili, że widzi brata wśród drzew. Z kim on idzie? Powinien być przecież sam. Jak ona. Ale nie. Obok niego szła brodząc w liściach roześmiana kobieta. Siostra pomyślała, że może ją pozdrowi. Miesiąc leżał na chirurgii ze złamaną nogą. Wiktoria nie usłyszała słowa.

Tylko radosny śmiech…