Jubileusz

Wieczorne kłótnie

Wieczorne kłótnie

Nie mogli przeżyć ani jednego dnia, aby nie spierać się z sobą. Nie było to nigdy coś poważnego. Ot, takie kłótnie wiatru z krzewem. Jeden wieje, a drugi się chwieje.

Pozornie waśń, a w rzeczywistości latami trwająca przyjaźń i zgoda. Tak było i z nimi. Włodek i Ewa kochali się przecież nie tylko od święta albo na pokaz. Byli ze sobą już prawie trzydzieści lat. Mieli swoje święta kochania się. Włodek chciał je nawet spopularyzować.

- Może nie byłoby wtedy tyle rozwodów? Prawda, Ewa? Ty jesteś chyba chory - zakrzyknęła Ewa i przerwała przygotowywanie kolacji, i zaczęła się jak zwykle pod wieczór taka słowna gimnastyka.

- Małżeństwo to nie zupa, którą można ciągle próbować. Jestem za rozwodami.

- Z twoją logiką jest bardzo kiepsko!

- Jestem za rozwodami, ale …

- Ale co?

- Ale rozwiedziony nie miałby już nigdy prawa zwierać ponownego związku! Bo nie sprawdził się i nie nadaje się!

- Głupi jesteś!

- I dziwić się, że ciągle śni mi się koniec świata! Że góry równają się z dolinami, wszystko przykrywa woda, nie ma arki, nie ma Noego, tylko dwoje ludzi kłóci się z sobą w ocalałym mieszkaniu na 3 piętrze wieżowca o termin rozprawy rozwodowej.

- Świetnie, tymi dwoma są nijacy W. i E. Prawda?

- Najświętsza.

Zamilkli. Włodek siedział przy kuchennym stole, jak zmęczony turysta, który nawet nie ma siły otworzyć plecaka, w którym jest jedzenie. Ewa głośno stawiała talerze na stole. Jeszcze chwila milczenia, jeszcze jedna. O, już! Włodek podnosi głowę, już …

- Zdążymy zjeść kolację przed dziennikiem telewizyjnym?

- Oczywiście!

 

Emil Biela Emil Biela Autor artykułu

Pisarz, felietonista. Ukończył filologię polską w Wyższej Szkole Pedagogicznej (Kraków). Debiutował w 1962 r. na łamach tygodnika "Życie Literackie" jako poeta.