Wiktor Loga Skarczewski o wszystkim

Kultura 9 czerwca 2020 Wydanie 21/2020
Wiktor Loga Skarczewski o wszystkim

Myślenicki Ośrodek Domowej Kultury to cykl, który niedawno został zainaugurowany przez MOKiS.

Cyfrowa odsłona tej placówki umożliwia kontakt z publicznością poprzez internet, a w pierwszym odcinku cyklu gościem był Wiktor Loga Skarczewski, który w 2008 roku ukończył studia aktorskie na krakowskiej PWST i otrzymał I Nagrodę Aktorską za rolę Samuela w przedstawieniu „Sędziowie” oraz za rolę Boga III w przedstawieniu „Dobry człowiek z Seczuanu” na XXVI Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi. W tym samym roku dołączył do zespołu Narodowego Starego Teatru w Krakowie, występując w spektaklu „Piekarnia” w reż. Wojtka Klemma. W krakowskim teatrze współpracował z takimi reżyserami jak: Mikołaj Grabowski, Krzysztof Garbaczewski, Magdalena Miklasz, Paweł Miśkiewicz, Jan Klata czy Marcin Liber. Otrzymał też kilka znaczących nagród teatralnych, przede wszystkim Nagrodę im. Leona Schillera „w uznaniu za poziom artystyczny i za znakomite kreacje na scenie Narodowego Starego Teatru w Krakowie”. Jest również wykładowcą na swojej macierzystej uczelni. W 2016 roku dołączył do Zespołu Teatru Powszechnego.

Pytania zadawał mu Dyrektor MOKiSu Piotr Szewczyk, a to nasza gazetowa impresja z tej niezwykle ciekawej rozmowy.

O pracy w okresie kwarantanny:

- Zdrowie na szczęście dopisuje. Początkowo sądziłem, że ta nietypowa sytuacja, w której się znajdujemy da mi więcej czasu na ciekawą książkę albo serial i częściej będę mógł również przebywać u moich rodziców w Myślenicach. Okazuje się jednak, że zdalne zajęcia, które muszę prowadzić poprzez pewną znaną aplikację pochłaniają mnie w nie mniejszym stopniu niż ta poprzednia, normalna działalność.

O Myślenicach:

- Urodziłem się w Katowicach, ale dzieciństwo i lata szkoły podstawowej to okres, gdy mieszkałem w Myślenicach. Ostatnio bywam tutaj trochę za rzadko, bo Myślenice są moją oazą spokoju z ogródkiem przydomowym u rodziców, gdzie mogę złapać oddech i odpocząć. To jest taka moja samotnia.

O szkole podstawowej:

- Mam wiele wspomnień związanych ze Szkoła Podstawową Nr 2, ale to, które jako pierwsze przychodzi mi do głowy to wtedy, gdy jako przewodniczący szkoły zorganizowałem turniej koszykówki, której byłem i jestem wielkim pasjonatem. Udało nam się wtedy nawet zdobyć jakieś fundusze, były również nagrody, a cały turniej okazał się być organizacyjnym sukcesem.

O początku aktorskiej pasji:

- W 7 i 8 klasie brałem udział w tzw. OKR-ach, czyli konkursach recytatorskich, które odbywały się wówczas w Myślenickim Domu Kultury. Z jednej strony czułem wtedy stres, z drugiej jakąś radosną adrenalinę. Dodatkowym bodźcem, który zachęcił mnie do występów scenicznych był fakt, że w szkolnym przedstawieniu zagrałem Kirkora w „Balladynie”.

O swoich pasjach:

- Oprócz koszykówki i aktorstwa fascynowały mnie szeroko rozumiane sztuki plastyczne, a było to związane z moją komiksową manią, co zaowocowało potem w taki sposób, że mama zapisała mnie na lekcje rysunku do Rafała Zalubowskiego i byliśmy prawdopodobnie ja i mój kolega jego pierwszymi uczniami.

O czasach licealnych w Krakowie (I LO im. Nowodworskiego):

- W liceum już od pierwszej klasy wiedziałem, że chcę kontynuować swoją aktorską pasję, tym bardziej, że Stanisław Czesław Kurdziel zorganizował w Nowodworku szkolny teatr, w którym dane było mi zagrać, a jako zespół otrzymaliśmy nawet zaproszenie do Nowego Jorku i graliśmy na scenach off –Brodway-owych.

O reakcji rodziców na wybór kierunku studiów:

- Rodzice wspierali mnie od zawsze i stali murem za tą decyzją, za co nieodmiennie im dziękuję. Trochę inaczej podchodziła do tego moja babcia, która ilekroć się spotykaliśmy pytała czy dobrze to sobie przemyślałem.

O swoim rozwoju aktorskim od czasów dyplomu 2009 do dzisiaj:

- Po dyplomie byłem aktorem nienasyconym, złaknionym grania, angażującym się w najprzeróżniejsze projekty związane z radiem, dubbingiem, filmem czy serialem. Taka ślepa zachłanność niestety powoduje, że robi się trochę błędów. Dzisiaj głębiej analizuję już czy jakiś projekt aktorski pozwoli mi się rozwinąć czy też będzie tylko odcinaniem kuponów.

O studiach na PWST:

- Mam dystans do tytułów naukowych, jakie otrzymuje się po skończeniu szkoły aktorskiej i z trochę większym szacunkiem podchodzę do dyplomów w dziedzinie medycyny, prawa czy inżynierii. Jako student starałem się, tak jak to powiedział kiedyś przy okazji naszego jubileuszu Jan Frycz, wydusić ile się da z tego czasu, który spędzę na Akademii, stąd też moje życie studenckie być może jest trochę uboższe w anegdoty, ale starałem się izolować od rzeczy, które odciągałyby mnie od solidnej nauki.

O pracy i technikach aktorskich:

- Nasza profesorka pani Elżbieta Karkoszka nazywa to permanentnym pielęgnowaniem w sobie dziecka. Aktor musi być poniekąd takim dzieckiem – niemającym oporów, zahamowań, posiadającym ciekawość życia i poznawania jego granic. Można to nazwać również poszerzaniem wachlarza emocjonalnego. Od strony technicznej to cała tradycja teatralna od Stanisławskiego aż po Lee Strasberga i jego metody. Ta ostatnia szczególnie jest mi bliska, bo odwołuje się do prywatnych doświadczeń, które rzutujemy na kreowaną przez siebie postać. Jest w tym oczywiście trochę szarlatanerii. Ale szkoła aktorska to również czysto techniczne zajęcia. Wymowa, piosenka, impostacja, a także monologi, sceny klasyczne czy współczesne. Budowanie postaci to zawsze połączenie fizyczności i emocjonalności.

O współpracy z Jerzym Stuhrem przy spektaklu dyplomowym:

- Pan Jerzy wyszedł do nas wtedy z bardzo konkretną i precyzyjną wizją tego spektaklu, w której czuliśmy się trochę zniewoleni i brakowało nam w niej miejsca na indywidualną wypowiedź. Później okazało się jednak, że ta żelazna struktura przedstawienia umożliwiła nam rozgoszczenie się w tym spektaklu i udało nam się, jak by powiedziała Małgorzata Hajewska – Krzysztofik, „rozpulchnić” nasze role tym bardziej, że stanowiliśmy wtedy bardzo zgrany zespół.

O wejściu do Teatru Starego:

- Mam dużą rezerwę do siebie i obcy jest mi narcyzm, dlatego kiedy znalazłem się w tak renomowanym zespole, w którym grali wówczas najlepsi aktorzy i pedagodzy, a realizowano w nim tak niesamowite przedsięwzięcia jak „Factory” Krystiana Lupy, to z jednej strony odczuwałem strach, a z drugiej miałem przekonanie, że muszę na 150 procent się zaangażować i pracować do upadłego, poświęcając się na ołtarzu sztuki. Gra w Teatrze Starym dała mi tę odwagę do zadawania pytań i pozwoliła zrozumieć, że aktorstwo to nie tylko odtwórstwo, ale jest w nim również miejsce na własny głos i przemyślenia.

O walce ze stresem:

- Sytuacja, kiedy zapominam tekstu kompletnie mnie paraliżuje. Dla takiego pracoholika i pedanta tego typu sytuacja jest bardzo przykrym doświadczeniem, chociaż początkowo dziwiłem się aktorom z wieloletnim stażem skąd u nich tyle nerwowości przed wyjściem na scenę. Umiejętność improwizacji w takich sytuacjach to techniki, które poznaję dopiero teraz na zajęciach, które Keith Johnson prowadzi w Impro KRK.

O swoich marzeniach aktorskich:

- Nigdy nie byłem amantem. W przedstawieniach teatralnych grałem ojca swoich starszych kolegów zarówno na pierwszym jak i na ostatnim roku. Agencje i castingerzy nie wiedzieć czemu bardziej widzieli mnie w dresie i z kijem baseballowym niż w roli adwokata w garniturze. Nie zagrałem nigdy takiej postaci w serialu czy w filmie, a bardzo chciałbym. Zdarzyło się tylko w teatrze. Jeśli chodzi o moich ulubionych reżyserów to muszę wymienić dwóch: Wesa Andersona - za te przepiękne, kolorowe i abstrakcyjne światy i historie, które tworzy oraz Paula Thomasa Andersona, szczególnie w takim wydaniu jak w filmie „Aż poleje się krew” z Danielem Day-Lewisem – jednym z moich ulubionych aktorów.

O wysiłku związanym z aktorstwem:

- Niewiele osób zdaje sobie z tego sprawę, ale gra aktorska to potężny wysiłek fizyczny i emocjonalny. W „Pawiu królowej”, który trwa 1 godzinę 40 minut ten wysiłek jest tak duży, że wychodzimy kilka kilogramów lżejsi, a to przecież nie jedno przedstawienie tylko cały cykl. W takiej sytuacji, gdy dochodzą do tego próby, dubbingi, zajęcia ze studentami, film czy serial bardzo trudno zachować emocjonalną i fizyczną higienę, o rytmie dnia już nie wspominając. Amerykańska szkoła aktorska ma w tym aspekcie przewagę nad naszą, że uczy aktora jak wprowadzać się w pewien stan emocjonalny i jak go opuszczać. Nasza niestety traktuje aktora bardziej przedmiotowo i zostawia go z tymi emocjami sam na sam. To widać na twarzach starszych aktorów, którzy kreując różne postacie musieli niejako przeżyć z nimi kilkadziesiąt albo i kilkaset żyć. A że wchodzenie w taki specyficzny stan świadomości to często niebezpieczna sprawa, przekonałem się kiedyś na pracy magisterskiej w Teatrze Łaźnia Nowa, kiedy wraz z kolegą odgrywaliśmy scenę wbijania noży w drewniany podest. Byłem w takim ferworze, skupieniu i zatraceniu jednocześnie, że dopiero po spektaklu zauważyłem, że nie mogę ruszać jednym palcem. Okazało się, że w trakcie wbijania ręka zsunęła mi się z trzonka na ostrze i rozciąłem sobie ścięgno. W trakcie gry zupełnie tego nie czułem.

zebrał: Rafał Podmokły