Wojna to najgorsze co może nas spotkać

Wojna to najgorsze co może nas spotkać
Fot. has-myslenice.pl

Wojna to coś najgorszego co może nas spotkać. Historie jakie ze sobą niesie trzeba przekazywać kolejnym pokoleniom, abyście byli świadomi jakim okropnym jest czasem i w jaki sposób doświadczali jej myśleniczanie. Bo jak wy nie będziecie o nich pamiętać, to już nikt nie będzie pamiętał…

Poznaje Pani co znajduje się na tym zdjęciu?

Oczywiście - to mój dom rodzinny, w którym się urodziłam w 1951 roku. Później mieścił się w nim Powiatowy Dom Kultury, aż do czasu wybudowania nowej siedziby. Jego dyrektorem był Jan Koczwara. Chodziłam tu na różne zajęcia. To było miejsce, w którym można było obejrzeć telewizję, bo ludzie nie mieli jeszcze telewizorów, a jako dzieci braliśmy udział w różnych występach i zajęciach wykonując na przykład prace manualne z bibuły i tym podobne. Takie było życie kulturalne ówczesnych, powojennych Myślenic.

Podobno z tym domem wiąże się pewna historia z czasów okupacji. Mogłaby ją Pani przybliżyć?

W czasie okupacji starszy brat mojej mamy - Andrzej Miętus w 1940, a dokładnie 23 czerwca tego roku w tzw. „Czarną niedzielę” został aresztowany przez Niemców. Wyprowadzono go właśnie z tego domu. Nie był sam, w tym dniu hitlerowcy zatrzymali 35 myśleniczan, których następnie przewieziono pod budynek obecnej policji. Tam stali z podniesionymi rękami pod nadzorem hitlerowców. Następnie trafili do więzienia na Montelupich w Krakowie i 6 dni później rozstrzelano ich w fosach fortu numer 49 na Wzgórzach Krzesławickich. To tragiczne wydarzenie w historii naszego miasta, ale zarazem dramat wielu rodzin - w tym mojej. Na początku września nazwiska ofiar tego zdarzenia zostaną na stałe zapisane na tablicy pamiątkowej wmurowanej w ścianę budynku policji.

Dlaczego ich aresztowano?

W nocy z 22 na 23 czerwca 1940 r. na myślenickiej poczcie nastąpił wybuch petardy lub butelki z benzyną. Nie wiadomo do tej pory czy to był zamach sfingowany przez Niemców, czy ktoś rzeczywiście do środka wrzucił granat. Żadnemu z Niemców nic się nie stało, jednak w myśl odpowiedzialności zbiorowej postanowili aresztować 10 zakładników oraz 25 mieszkańców miasta. Po tym jak ich zamordowano rodzinom powiedziano tylko, że zmarli, a jako przyczynę zgonu podawano na przykład chorobę serca, zapalenie płuc, albo udar mózgu.

Dzisiaj dzięki odwadze Pana Mieczysława Gorączko możemy zobaczyć te wydarzenia na zdjęciach. Kiedy Niemcy przyszli do niego wywołać filmy z aresztowania, właściciel zakładu fotograficznego z narażeniem życia zrobił więcej odbitek. W tym czasie jego żona znająca niemiecki zagadywała żołnierzy, a on schował te kopie. Całą okupację przeleżały w ziemi i opublikował je dopiero w 1945 roku. Widać na nich żołnierzy niemieckich i myśleniczan stojących przed budynkiem obecnej policji z rękoma uniesionymi ku górze oraz akcję wywożenia ich do Krakowa.

Kto jeszcze znalazł się wśród aresztowanych?

Na przykład rodzeństwa Antonina, Zofia i Jerzy Gorączko, Marian i Jan Gębicki, Jan i Józef Goławiecki, Antoni i Kazimierz Burtan oraz Adam i Kazimierz Dutkiewicz. Kiedy przyszli po Kazimierza jego brat Adam spał, a to był wtedy młody chłopak, bo miał zaledwie 19 lat i matka powiedziała do niego: „Pożegnaj się, bo zabierają Kazimierza”. Na to Niemcy, kiedy zorientowali się, że w domu jest drugi mężczyzna postanowili zabrać obu. W ten sposób matka straciła synów. Mieczysław Pilch też był taki młody… niemal jesteście rówieśnikami. Chciałam żebyście wiedzieli o tych wydarzeniach. Bo jak wy nie będziecie o nich pamiętać, to już nikt nie będzie tego pamiętał.

Słyszeliśmy o pewnej informacji, o grypsie zapisanym przez jednego z więźniów…

Tak to był Antoni Święch. Więźniowie wiedzieli, że zbliża się ich koniec, bo na dzień przed rozstrzelaniem przenosiło się ich do celi śmierci. To była ostatnia szansa na kontakt ze światem zewnętrznym. Kiedy kolejnego dnia wywożono ich z aresztu, wyrzucił fragment ubrania na którym napisał: „Myślenice. Rzeźnik. Kto otrzyma niech odda żonie, bo został rozstrzelany dnia 29 czerwca 1940 roku. Bądźcie zdrowi, Antoni Święch”. Nieopodal znaleziono jeszcze kartonik z pudełka po papierosach z informacją do żony: „Kochana Zosiu, wychowuj naszych synów na dobrych Polaków”.

Podczas ekshumacji w 1945 roku okazało się, że strzelano im w tył głowy. W grobach numer 28 i 11 leżeli myśleniczanie. Moja mama była na miejscu i rozpoznała swojego brata po ubraniu.

Po ekshumacji wszystkich 440 rozstrzelanych w tym miejscu pochowano w zbiorowej mogile, gdzie spoczywają do tej pory bez imion i nazwisk. Pieniądze, które były zbierane na wybudowanie mauzoleum pamięci tych ludzi przepadły. Dla rodzin zamordowanych do tej pory najbardziej bolesne jest to, że chciano wymazać ich z pamięci. Można powiedzieć, że była to ich druga śmierć - przez zapomnienie. Pomimo próśb nie pozwolono także zabrać zwłok do rodzinnych grobów. Ten moment okazania i zapach rozkładających ciał moja mama pamiętała do końca życia.

Pani rodzina tragicznie przeżyła okres wojny.

To jeszcze nie koniec historii domu o który pytaliście. W dniu 30 kwietnia 1944 w drugą „Czarną niedzielę” za działalność w Armii Krajowej młodszy brat mojej mamy – Jan, został aresztowany i wywieziony do obozu koncentracyjnego z którego już nie wrócił.

Podczas tego dnia Niemcy dotarli do nazwisk wszystkich AK-owców i chodzili od domu do domu zatrzymując ludzi z listy. To były głównie wykształcone osoby. Część z nich została rozstrzelana na ulicy Lubicz w Krakowie, a część zesłano do obozów koncentracyjnych. Niemcy doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że mordując elitę Myślenic, zastraszą resztę mieszkańców i nikt nie będzie motywował ludzi do obrony ojczyzny. To historia, którą trzeba przekazywać kolejnym pokoleniom, abyście byli świadomi jakim okropnym czasem jest wojna i w jaki sposób doświadczali jej myśleniczanie.

W lipcu 1945 w tym domu na skutek tych okropnych przeżyć zmarł mój dziadek, a przecież wcześniej moja babcia w czasie wojny straciła dwóch synów. Następnym ciosem dla babci było zabranie pod gospodarkę komunalną budynku i zostawienie jej tylko pokoju z kuchnią, górę przeznaczono na mieszkania dla innych ludzi, a na parterze utworzono wspomniany Powiatowy Dom Kultury. Babcia musiała wyprzedawać cały majątek, nie miała środków do życia. Tak odwdzięczyło się nasze państwo za patriotyzm i synów, którzy ginęli w trakcie wojny.

Czyli wojna wszystko zniszczyła?

W naszej rodzinie tak. Potem mój tato też nie mógł tu mieszkać, bo dostał nakaz pracy i musiał wyjechać z rodziną na ziemie odzyskane, a w Myślenicach została sama babcia.

Jak mieszkańcy zachowywali się w czasie wojny?

Myślę, że przed jej przyjściem nikt nie zdawał sobie sprawy z tego jak okrutne i tragiczne zdarzenia przynosi wojna, ani z tego, że będzie trwała tak długo. Po pierwsze nikt nie dopuszczał myśli, że sojusznicy w ogólnie nie przyjdą Polsce z pomocą, ani tego, że Rosjanie wkroczą i wbiją nam nóź w plecy. Wojna była ogromnym szokiem dla ludzi. Moja babcia z rodziną postanowiła uciekać na wschód, bo byli przekonani, że umkną Niemcom, a tymczasem armia niemiecka poruszała się błyskawicznie, zdołała ich wyprzedzić i moja rodzina wracała z powrotem.

Natomiast moją drugą babcię ze strony ojca wywieźli właśnie Rosjanie. Kiedy podczas ucieczki przed frontem dotarła do Lwowa, tam wkroczyła Armia Czerwona, wtedy została aresztowana i wywieziona do Kazachstanu, gdzie żyła i pracowała w okropnych warunkach. Udało jej się dostać do armii Andersa i razem z żołnierzami wracała przez Liban. Była tak wychudzona, że przypominała szkielet. Wojna to coś najgorszego co może spotkać ludzi. Niestety po powrocie do Polski zmarła w 1950 roku tak więc nie udało mi się jej poznać.

Historia Pani rodziny to dowód na to, że wojna nie oszczędziła myśleniczan, ale również Żydów…

Tak! Na budynku Pana Skowrońskiego w Rynku znajduje się tablica upamiętniająca jedno z najtragiczniejszych wydarzeń tego okresu. To było w dniu 22 sierpnia 1942 roku. Z tego miejsca hitlerowcy wywieźli 1300 Żydów mieszkających w Myśleniach i okolicach, a następnie przewieźli ich do Skawiny i Bełżca, gdzie zostali zamordowani. Kiedy Niemcy zebrali ich na głównym placu miasta, ktoś z jednego z okien zrobił zdjęcie na którym widać cały Rynek zapełniony ludźmi.

A jakie były Myślenice powojenne. Jakie zapamiętała je Pani z lat swojej młodości?

W latach młodości… przyjeżdżaliśmy tutaj z Opola na wakacje do babci. Może to śmieszne, ale mam w pamięci ogórki. Po przyjeździe pociągiem do dworca w Krakowie, dostanie się do autobusu w kierunku Myślenic było nie lada wyczynem. Kierowca był panem. To on wybierał, kto wsiądzie i pojedzie danym kursem. Po dotarciu do Myślenic lubiłam chodzić na te ogórki. To była w pewnym sensie atrakcja, kiedy pani wyciągała je z beczki drewnianymi szczypcami. Bardzo miło to wspominam, bo wakacje w Myślenicach zawsze kojarzą mi się z kąpielami w Rabie, to tu ojciec wychowany nad rzeką uczył nas pływać. Pamiętam kajaki, którymi pływaliśmy powyżej Górnego Jazu, rzekę tak czystą, że mój brat spod kamieni wyciągał ryby, a czasem nawet i raki. Pamiętam zapach Raby oraz urokliwą młynówkę. Z Zarabia miło wspominam również restauracje „Pod Blachą” i „Parkową” - w tym miejscu jest dzisiaj kościół św. Franciszka z Asyżu – a kiedyś jadaliśmy tam obiady.

Ludzie chętnie przyjeżdżali tutaj na wakacje?

Zarabie było w tych czasach często i licznie odwiedzane. W późniejszych latach na odcinku Kraków-Myślenice funkcjonowała tzw. „zielona linia”. Ludzie nie mieli pieniędzy, a to był tani przejazd i kosztował podobnie jak bilet na miejski autobus. Tą linią autobusy przywoziły do nas mieszkańców Krakowa. Wszystkie domy, które prowadzą w kierunku Zarabia były wybudowane pod kątem wynajmu pokoi. Swojego czasu wielu mieszkańców żyło z obecności letników. Szkoda, że Myślenice zatraciły turystyczno-wypoczynkowy charakter.

Jak bardzo miasto zmieniło się od momentu tych wspomnień do dzisiaj?

Powiem wam, że bardziej wolałam tamte, powojenne Myślenice. Z biegiem lat one zatraciły swoją małomiasteczkową specyfikę. Wcześniej każdy domek był inny, wszyscy się znali. Kiedy moi rodzice przyjeżdżali tutaj, to witali się niemal z każdym mieszkańcem mijanym na ulicy i wszyscy się pozdrawiali. Panowała tu bardzo przyjacielska, wręcz rodzinna atmosfera. Później Pod Plebańską Górą zaczęło wyrastać osiedle, bloków przybywało, a wraz z nimi do miasta napływało wielu nowych mieszkańców, natomiast tych starych myśleniczan rozrzucono po całej Polsce. Moja mama już wtedy powtarzała, że to nie te same Myślenice co dawniej. Dzisiaj mamy dużo nowych budynków, miasto jest coraz większe, ale pozostał pewien sentyment do tamtego okresu, do ludzi tak życzliwych, sympatycznych i otwartych.

Rozmawiali: Emilia Kaczmarek, Karolina Panuś

Redakcja: Piotr Jagniewski