Wolność i spluwa

Tytuł spisałem z okładki książki. Razi jego prostota i szorstkość. Wielu czytelników pewnie też i zirytuje. Wolność? Spluwa? Obok siebie? Nie, to nie brzmi dobrze.

Irytując się warto jednak pamiętać, że dla sporej rzeszy obywateli USA jedno (czyli możność posiadania broni) i drugie (czyli wolność obywatelska) idą w parze. Krok, w krok. Nierozłącznie. I z rozmaitymi, często niezwykle tragicznymi, konsekwencjami takiego stanu rzeczy. O tym właśnie jest ta książka.

Po pierwsze: mógł napisać ją tylko reporter. Z krwi i kości. Nie analityk. Ani specjalista od bibliotecznych kwerend. Tylko i wyłącznie człowiek potrafiący piórem dotknąć żywego otoczenia. Biegły w wyszukiwaniu miejsc i ludzi. Wyuczony ich eksploracji. Przyzwyczajony do ponownego pukania w drzwi zatrzaskiwane tuż przed nosem. Autor anonsowanej rzeczy, Dan Baum, oczywiście - a potwierdza to krótki jego biogram wydrukowany na okładce - spełnia wszystkie te warunki. Proszę zobaczyć jak zręcznie zabrał się do reporterskiej pracy… „Najlepszym miejscem obserwacji zachowań społecznych jest naturalne środowisko danego gatunków, dlatego w pewien upalny jesienny poranek wyruszyłem na poszukiwanie strzelnicy.”

Po drugie. Nie jest to opowieść o przedmiotach. Wbrew pozorom. Pistolety, karabinki sportowe, karabiny maszynowe, strzelnice, tłumniki, naboje i mieszczące je magazynki są tłem. Nieuniknioną dekoracją. Podobnie zresztą jak zapach prochu, spalającego się kordytu czy nagrzanego żelaza. Aż dziw, że nie pojawiła się tu i dyskretna woń wysokogatunkowej siarki, dopiero co wydobytej z piekielnych złóż!

Po trzecie. Dan Baum koncetruje się na socjologicznym opisie zjawiska. Ten jest szczegółowy (reporterski przecież) i zręcznie okraszony atutentycznymi dialogami. Autor nie podaje jednak gotowych, prostych, zero - jedynkowych ocen. Jednak jego niechęć do broni łatwo „wyczytać”. I to niekoniecznie wyłącznie pomiędzy wierszami. W zamian, pozwala uważnemu czytelnikowi wystawić własne.

Na koniec. Temat - nie jest nowy. Polskiemu czytelnikowi znany jednak niemal wyłącznie z okazjonalnych prasowych depesz, materiałów informacyjnych i wywiadów z tzw. ekspertami. To narzuca specyficzną optykę, która - najczęściej - wiele lub zbyt wiele upraszcza. W agencyjnych „newsach” niemal zawsze brakowało mi wyjaśnienia, ledwie nawet kilku zdań, wypowiedzianych przez tych, którzy lubiąc broń (cokolwiek by to znaczyło) nie godzą się na wyprowadzanie jej z obiegu handlowego. Bo, wbrew pozorom, nie wszystko tu można objaśnić wielkością zaangażowanego kapitału finansowego. A teraz - te wyjaśnienia - mam przed oczami.

Na marginesie… Książkę wydało Wydawnictwo Czarne. Jedno z ulubionych. Bardzo ulubionych. Trochę serio, trochę żartem czasem powiadam, że każda rzecz przezeń wydana zasługuje na lekturę. Jak dotąd - nie zawiodłem się. Tym razem, też!

Tomasz Dziki

Tomasz Dziki Tomasz Dziki Autor artykułu

Niegdyś był dziennikarzem, nieustannie jest bibliotekarzem (najpierw była to Biblioteka Główna PAT, a teraz Miejska Biblioteka Publiczna w Myślenicach), a „od zawsze” nauczyciel akademicki (Uniwersytet Jagielloński). Lubi podróżować: zauroczyła go Azja i Orient. Bliższe i dalsze okolice dawnego Jedwabnego Szlaku. Wędrował po Chinach, Syrii, Jordanii, Maroku, Iranie... z aparatem fotograficznym w ręku.