Wszystko się zmieniło, bo maszyny wyparły ludzką pracę

Wszystko się zmieniło, bo maszyny wyparły ludzką pracę

Dzisiaj dominują kalkulatory, komputery, wszystko mechaniczne. Młodzież spędza czas patrząc w telefony, kiedy moje pokolenie czytało książki. To z nich czerpaliśmy wiedzę.

Wszystko zmienił postęp technologiczny i maszyny, które wyparły pracę ludzkich rąk. Teraz mało kto zamawia ubranie u krawca lub naprawia zepsute przedmioty. Dzisiaj wszystko jest gotowe, a uszkodzone rzeczy zastępuje się nowymi. Postęp nie zawsze ma tylko dobre strony

W rozmowie z Joanną Janusz i Marceliną Kalembą mówi emerytowana nauczycielka Teresa Święch

 

Dlaczego na Plac Kilińskiego mówi się „Koński Rynek”?

W tym miejscu dawniej sprzedawano właśnie konie. Do tej pory wielu mieszkańców używa tego sformułowania mówiąc „na Końskim Rynku”. Mieszkałam blisko tego placu – w domu naprzeciwko, dlatego pamiętam, że zawsze w dzień targowy był tam spory ruch, a pod koniec dnia gospodarze często opijali transakcje i dochodziło tam do bijatyk. Natomiast w samym Rynku w poniedziałki odbywały się jarmarki na których sprzedawano m.in. kożuchy wyrabiane przez kuśnierzy, których w Myślenicach było najwięcej, ale sporo było również szewców i stolarzy. Wszyscy ci rzemieślnicy byli zrzeszeni w Cechu Rzemiosł Różnych.

Co to takiego?

Cech rzemieślniczy istnieje od wieków. Wszędzie rzemieślnicy byli zrzeszeni w Cechu. Lata całe mój szwagier Kazimierz Goławiecki był cechmistrzem. Prowadził zakład ślusarski odziedziczony po swoim ojcu. Cech Rzemiosł Różnych przetrwał do dzisiaj i znajduję się przy ul. Ogrodowej.

A czy panował podział na zawody typowe dla kobiet i dla mężczyzn?

Nie można mówić o podziale, ponieważ przed wojną nie było równouprawnienia jakie panuje teraz. Do rzadkości należało, żeby kobieta pracowała zawodowo. Wszystkie zajmowały się domem, mężowie pracowali, a one wychowywały dzieci. Moja ciocia prowadziła zakład fotograficzny, oczywiście musiała mieć wszystkie papiery mistrzowskie, które zezwalały jej na podejmowanie pracy zawodowej.

Który zawód z czasów Pani młodości cieszył się największym prestiżem?

Wydaje mi się, że lekarz cieszył się największym prestiżem, zwłaszcza że było ich tylko trzech. Poza tym sędzia oraz autorytet nauczycieli na pewno był większy niż dzisiaj.

Pani pracowała jako nauczycielka?

Tak. Całe życie przepracowałam w tym zawodzie. Najpierw uczyłam na wsi, potem w szkole podstawowej, a ostatnie dwadzieścia pięć lat w Zespole Szkół Techniczno-Ekonomicznych.

Jak według Pani na przełomie lat zmieniał się system edukacji?

Zmieniała się przede wszystkim struktura szkolnictwa, bo przed wojną to nie były szkoły podstawowe, tylko powszechne, które trwały siedem lat. Jeśli ktoś nie chciał się dalej kształcić, kończył edukację po takim czasie i otrzymywał świadectwo, które miało większą rangę niż teraz. Natomiast jeżeli ktoś chciał uczyć się dalej, szedł do gimnazjum i nie kończył siódmej klasy - tylko szóstą. Gimnazjum trwało dawniej sześć lat. W późniejszych latach system zmieniono na cztery lata gimnazjum i dwa lata liceum, a szkoła z powszechnej została przemianowana na podstawową z siedmioma obowiązkowymi klasami, potem znowu było osiem no i cztery lata liceum.

Proszę nam powiedzieć do czego kiedyś nauczyciele przykładali największą wagę?

Przytoczę tylko podstawowe zagadnienia. Kiedyś przede wszystkim uczono kaligrafii, czyli sztuki ładnego pisania, a zaraz po pisaniu jest przecież umiejętność płynnego czytania. Z przerażeniem się teraz patrzy, kiedy ludzie po studiach mają problem z czytaniem na głos. Dawniej nie było też mowy, aby po takiej szkole ktoś nie umiał tabliczki mnożenia, a dzisiaj w sklepach zdarza się, że sprzedawczyni z pięciu złotych na maszynie liczy, ile powinna wydać reszty lub podpowiada jej to automatyczna kasa.

Teraz chyba znów pilnują tej tabliczki mnożenia.

Dzisiaj dominują kalkulatory, komputery, wszystko mechaniczne. Młodzież spędza czas patrząc w telefony, a moje pokolenie czytało dużo książek. To z nich czerpaliśmy wiedzę. Jak się już odrobiło lekcję, to każdy myślał „teraz to sobie mogę poczytać”. Dzisiaj odnoszę wrażenie, że niewiele osób sięga po książki. W szkołach przerabiane są fragmenty lektur, a to już nie jest to samo. Wśród młodych panuje przekonanie „Po co się uczyć? Przecież znajdę w Internecie”. Podobnie fragmentaryczna jest wiedza historyczna u młodych ludzi, którzy znając oderwane od kontekstu fakty, z trudem wiążą ją w całość.

A jeśli chodzi o zawody, które istniały dawniej, to jakich dzisiaj brakuje?

Wszystko zmienił postęp technologiczny i maszyny, które wyparły pracę ludzkich rąk. Na przykład wspomniany zakład ślusarski mojego szwagra doskonale funkcjonował do czasu… Oni produkowali zamki do mebli dla Kalwarii, ponieważ tam było bardzo dużo stolarzy. Zamówień było coraz więcej i nie mogli nadążyć z ich realizacją. Po jakimś czasie ich zleceniodawcy zaczęli sprowadzać gotowe zamki z Austrii, były tańsze i produkowane taśmowo, dlatego ten zakład upadł. Myślę, że w innych dziedzinach było podobnie. Zwróćcie uwagę, że teraz mało kto zamawia ubranie u krawca lub naprawia zepsute przedmioty. Szewców i krawców w Myślenicach mamy niewielu. Dzisiaj wszystko jest gotowe, a uszkodzone przedmioty zastępuje się nowymi. Nie zawsze postęp ma tylko dobre strony.

Kiedy już uczniowie wracali ze szkół, a dorośli z pracy; w jaki sposób spędzali czas wolny?

Chodziliśmy do lasu, nad rzekę, na spacery. Przed wojną może w kilku domach był aparat radiowy, a o telewizorze przez długie lata nie było nawet mowy. Ludzie chętnie się odwiedzali, a czymś naturalnym były wizyty u znajomych i rodziny, dzięki czemu kwitło życie towarzyskie. W zimie urządzano kuligi, albo wspólne wypady na sanki lub łyżwy.

Wśród ludzi panowały ciekawe zwyczaje, na przykład na zapusty wszyscy się przebierali i chodzili nawzajem po domach. Śmigus dyngus też był bardziej obchodzony. W zimie powszechne było, że dzieci chodziły z szopką. Teraz zdarza się to wyjątkowo rzadko. Przyjdą, to jakieś byle co z pudełka sobie zrobią, żeby tylko pieniądze dostać, kolędę zaczną i na tym się kończy. Dawniej dzieci długo pracowały nad tym, żeby zrobić sobie szopkę. Najczęściej były z lalkami. Gdy przychodzili stawiało się dwa taborety, na nich tę szopkę. Konstrukcję mieli przykrytą kawałkiem materiału do podłogi, pod tym kucał jakiś chłopak. Na środku był taki rów zrobiony i te kukiełki, które sobie zrobili na patyku. Taki mały teatrzyk.

Pamiętam wszystkie te przyśpiewki. I był król Herod, diabeł i śmierć i czeladnik i dziad. Na końcu przedstawienia z takim workiem pojawiała się figurka dziadka. Mali kolędnicy śpiewali wtedy: „Chodzi dziadek prosi, a co u prosi to pod kościółek zaniesie Zosi”. I to była atrakcja, żeby dzieci pieniążka do worka wrzuciły. Zdarzało się, że też starsi przebierali się za pasterzy i odgrywali jakieś scenki po domach. Dawniej bardziej dbano o relacje międzyludzkie.

Często w opowieściach starszych mieszkańców przewija się kino, musiało być największą atrakcją.

W czasie wojny w Domu Parafialnym znajdowało się kino Apollo. Wśród Polaków funkcjonowało takie prześmiewcze powiedzenie, że „Tylko świnie siedzą w kinie”, ponieważ przed każdym filmem była puszczana kronika w której pokazywano zwycięstwa Niemców. W kolejnych latach przemianowali je na kino „Wisła”.

Z jednych wspomnień dowiedziałyśmy się, że Zarabie było prawdziwym centrum rozrywki.

Tak chciałam wam o tym opowiedzieć. Tam się odbywały dancingi, a w miejscu obecnego kościoła była kawiarnia, a obok niej ogródek i estrada. Niedaleko znajdował się lokal, który istnieje do dzisiaj i nazywa się „Pod Blachą”. Przed wojną w określone dni grała muzyka i ludzie przychodzili potańczyć.

Bardzo wiele osób dobrze wspomina amfiteatr na Zarabiu…

A to było później. W miejscu gdzie dzisiaj jest parking przy boisku Dalinu, dawniej stał Hotel Gestor i to przed nim znajdował się amfiteatr na który mówiliśmy „kółko” lub „koło”. Odbywały się tam różne imprezy na świeżym powietrzu. Prezentowali się tam lokalni i przyjezdni artyści, a występy odbywały się co niedzielę. To wszystko za sprawą Jana Koczwary ówczesnego dyrektora Domu Kultury, który prowadził tę placówkę przez 35 lat. Do dzisiaj ma zamiłowanie do dokumentacji, zbiera wycinki z prasy o wszystkich wydarzeniach kulturalnych.

Dzisiaj czas spędza się również w restauracjach, lokalach czy kiedyś też tak było?

W Rynku były trzy. Tu gdzie bank PKO, była restauracja Pana Święcha, kolejna znajdowała się na rogu przy wejściu w ulicę Reja, a trzecia to restauracja Pana Ponurskiego. To było w ciągu kamienicy „pod zegarem”. Zdaje się że tam teraz jest sklep z butami. Pamiętam jako dziecko z okresu okupacji, że nielegalnie zorganizowali tam koncert znanej pianistki Czerny-Stefańskiej. O czasach okupacji mogłabym bardzo dużo opowiedzieć, ale nie wiem czy was interesuje ten okres…

Interesuje nas wszystko, co związane jest z życiem w Myślenicach.

Wam będzie trudno sobie wyobrazić, jaka wtedy panowała bieda. Niemcy wszystko zabierali dla armii. Nie wolno było niczym handlować, ani niczego posiadać. Ci co mieli gospodarstwo rolne, jakoś sobie radzili, ale ci co żyli w mieście, klepali straszną biedę. Nie było piekarni, tylko takie które musiały piec określony chleb przeznaczany na przydział. Dostawało się kartki, pamiętam jako dziecko szłam po ten chleb. Była taka piekarnia Bałka na obecnej ulicy Kościuszki i tam przydzielali okrągłe bochenki. Chleb był czarny jak glina, taki ościsty. Do tej pory nie wiem co było w środku. Każdej rodzinie przypadało 25 dkg dziennie. Nas było 5 osób, czyli jeden bochenek i ćwiartka.

Do tego chleba można było kupić tylko marmoladę robioną z buraków. Nie było cukru, nie było o nim nawet mowy. Słodziło się sacharyną w takich małych białych tabletkach. Były strasznie słodkie, ale jak się coś takiego wypiło, to w ustach pozostawała straszna gorycz. Nie było też herbaty, ani kawy. Bardzo popularna przed wojną była za to kawa zbożowa. Ludzie powszechnie sobie zaparzali kawę i pili z mlekiem. Nawet mówili, że to takie typowo myślenickie jedzenie; na kolacje ten chleb z masłem i tak przyrządzona kawa.

Mydło ludzie robili sami w domu. Pamiętam jak mama topiła łój. Dodawała do niego sody kaustycznej i nie pamiętam co jeszcze… Wszystko gotowała w drewnianym garze, mieszała i wlewała do blachy przypominającej taką do pieczenia ciast, następnie się to suszyło, a na koniec kroiło w kostki. Do tego czasu nie znoszę tego zapachu. Tak śmierdziało.

Pamięta Pani, kiedy w Myślenicach pojawiły się pierwsze słupy telegraficzne?

To było na pewno jeszcze przed wojną, ponieważ od dziecka pamiętam, że zawsze był prąd, a urodziłam się w 1933 roku, ale nie było żadnych urządzeń elektrycznych, tylko lampa która dawała światło. W czasie wojny prąd został odcięty i domy oświetlały lampy naftowe.

Skąd w tamtym czasie zdobywaliście leki?

W Myślenicach była jedna apteka pod zegarem, której właścicielem był Pan Skowroński. Leków nie było tyle co teraz i jeśli mnie pamięć nie myli, to były wyrabiane na zamówienie. Ludzie leczyli się domowymi sposobami. Śmiertelność była o wiele większa, no bo nie było czym leczyć poważnych chorób. Wyobraźcie sobie, że antybiotyki nie były tak popularne jak dzisiaj. Do Polski dotarły z zachodu długie lata po wojnie. Babcia przeżyła wojnę i w 1945 roku niedługo po niej zachorowała i zmarła na zapalenie płuc. Dawniej ta choroba to był wyrok. Jeżeli młody organizm walczył, to człowiek miał szansę przeżyć, natomiast jeśli choroba dotykała kogoś starszego, to był dla niego koniec.

W Myślenicach było trzech lekarzy. No i jeśli ktoś zachorował to szedł do tego lekarza, albo wzywał go do domu. Szpitala nie było. W przypadku potrzeby przeprowadzenia operacji chorego wieziono furmanką do Krakowa. Często te transporty kończyły się śmiercią.

Pierwszy szpital po wojnie powstał dzięki przedwojennemu doktorowi Szumskiemu. On się wystarał gdzieś w pięćdziesiątym roku, o baraki które sprowadzono ze Szwecji. Stanęły w okolicach ulicy Jagiellońskiej i tak wyglądał pierwszy szpital w Myślenicach. Na początku lat 60. wybudowano dwa bloki w których dzisiaj mieszkają pielęgniarki, a potem główny budynek szpitala, który funkcjonuje do dzisiaj.

Rozmawiały: Joanna Janusz, Marcelina Kalemba

Redakcja: Piotr Jagniewski