Wychowawca V „c”

Wychowawca V „c”
Fot. R. Biela

– Jaka jest ta nowa pani, czego będzie was uczyła?

– To nie pani babciu, tylko taki młody pan w przyciemnionych okularach, który pisze książki.

– Pan? Boże jak on sobie da radę, takie rozgadane dziewczynki – zmartwiła się babcia.

– Uczy polskiego, mamy mieć zeszyty z marginesem, bo margines i akapity są bardzo ważne, każdy zeszyt ma zaczynać się od wiersza o pięknie polskiego języka, napisanego przez Leopolda Staffa:

Bądź z serca pozdrowiona,

Ojczysta, święta mowo!

Niby łańcuchem złotym

Wiąże nas Twoje słowo.

– A czy wiesz, że ten poeta urodził się we Lwowie, jego ojciec pochodził z Czech i był cukiernikiem. U nas, to znaczy w Stanisławowie, też Staffowie mieli cukiernię chodziło się tam na pyszne lody, mówili, że to rodzina tych ze Lwowa – dodała babcia.

Wbrew obawom babci, Pan Emil Biela bardzo dobrze radził sobie z nami. Nasza klasa „C” była z Zarabia. Trzon jej stanowiły dzieci zamieszkałe między ulicą Górną a Osieczanami. Miały ładną, ale długą drogę do szkoły. Wracając robiły zakupy, a potem jeszcze pomagały w pracach polowych czy ogrodowych.

Nie tylko lekcje polskiego, ale też godziny wychowawcze były ciekawe. Przede wszystkim urządzaliśmy pracownię języka polskiego, co nas bardzo zintegrowało. Obok biologicznej, królestwa Pani Janiny Ćwierzyk, była na pewno najładniejszą klasą w szkole. Wisiały w niej reprodukcje portretów dzieci, większość autorstwa Wyspiańskiego, był też „Sierota z Poronina” Śliwińskiego, „Babie lato” Chełmońskiego. Na długiej desce, pomalowanej na wiśniowy kolor, wykonaliśmy z masy papierowej coś w rodzaju płaskorzeźby, przedstawiała bawiące się dzieci.

Zawsze mieliśmy jakieś zadanie, które było konsekwentnie sprawdzane, oceniane i omawiane. Pomimo kłopotów z ortografią i dużej trudności z uczeniem się tekstu na pamięć, miałam piątki. Czytałam bardzo dużo i jeszcze więcej pisałam. Lubiłam odpowiadać ustnie, bo można było wyrażać swoje zdanie i je uzasadniać. Pan Biela uczył nas przede wszystkim myśleć, odbierać sztukę, szczególnie ludową, dostrzegać bogactwo przyrody, rozwijać swoje pasje (byli koledzy, którzy fascynowali się lotnictwem, trzy koleżanki, które kochały śpiewać, założyły mini zespół, uświetniał on szkolne uroczystości). W klasie doskonale była zorganizowana samopomoc koleżeńska, coś co dzisiaj nie istnieje, a co stanowiło wspaniałą praktykę dla przyszłych nauczycieli. Z ogromnym zapałem uczyłam koleżankę posługiwania się mapą, na prawej dłoni napisałam jej ZSRR a na lewej NRD, pomogło. Pamiętała, że Czechosłowacja jest na dole, a Bałtyk na górze.

Pan Biela dużo z nami rozmawiał, interesowały go legendy, opowieści o miejscach, gdzie straszy, dawne rzemiosło, historie kapliczek. Kiedyś koleżanka pochwaliła się, że na ulicy Leśnej zamieszkał rzeźbiarz Henryk Zegadło. Nasz Pan szybko nawiązał z nim kontakt, a potem całą klasą odwiedziliśmy jego pracownię, to było ogromne przeżycie. Prawdziwy poeta i prawdziwy rzeźbiarz razem, a my między nimi.

Wycieczki były jednodniowe i tanie: Kraków, Zakopane z Morskim Okiem i odwiedzinami domu Kasprowicza na Harendzie, Pszczyna i Oświęcim (był w programie). W muzeum obozowym zdaliśmy wszyscy prawdziwy egzamin dojrzałości. – Takie grzeczne, mądre dzieci – chwaliła pani przewodnik.

Rozrabiający koledzy znosili druty i pętle, które zastawiali kłusujący na ptaki, w ten sposób poprawiali niski stopień z zachowania. Zadania były często bardzo ambitne, np. napisanie recenzji z oglądanego teatru telewizji, list do kolegi opisujący nasze miasto, legenda z nim związana. Raz Pan Biela zadał nam wiersz, mój był o brzozie, miał potworne częstochowskie rymy. Czytaliśmy prasę o profilu kulturalnym, np. „Życie Literackie” czy „Tygodnik Kulturalny”. Układaliśmy telegramy, życzenia, pozdrowienia, nie mogły być banalne. Większość gotowych życzeń, które można obecnie kupić albo ściągnąć z internetu, powędrowałaby natychmiast do kosza, podarta na malutkie kawałeczki. Redagowaliśmy szkolne gazetki.

Te cztery lata to był najpiękniejszy okres w mojej edukacji.

No cóż, właściwie całe zawodowe życie upłynęło mi na uczeniu przyszłych nauczycieli. Uważam, że osobowość nauczyciela, jego fascynacja wiedzą, którą ma przekazać, znajomość każdego ucznia i indywidualne do niego podejście są prawdziwym gwarantem sukcesu edukacyjnego. Nasz wychowawca o każdym z nas mógłby napisać opowiadanie i na pewno ani jedno z nich nie byłoby nudne.

Antonina Sebesta