Jubileusz

Z pisarką o medycynie ludowej

Z pisarką
o medycynie ludowej

O Marcie Krajewskiej na polskim rynku wydawniczym zaczęło być głośno tuż po wydaniu jej pierwszej powieści „Idź i czekaj mrozów”. Literacka opowieść o Vendzie - córce zielarza, która musi stanąć na straży Wilczej Doliny, wioski wciąż nawiedzanej przez słowiańskie demony, utopce, rusałki, zmory i inne licha, doczekała się kontynuacji pod tytułem „Zaszyj oczy wilkom”.

Autorka nie poprzestała jednak na tym jednym cyklu i postanowiła wykorzystać potencjał stworzonego przez siebie uniwersum do opowiedzenia historii o innych interesujących bohaterach.

Do najmłodszych czytelników skierowała takie książki jak „Noc między Tam i Tu” czy „Świt między dobrym i złym”. Pochodząca z Radziszowa autorka jest rozkochana w kulturze dawnych Słowian, a jej twórczość została już doceniona zarówno przez czytelników, jak i specjalistów literackich, bo nominowaną ją do Nagrody IBBY, a także trzykrotnie uzyskała nominację do Nagrody im. J. A. Zajdla. Nurt fantasy to jednak niejedyny obszar, w którym Marta Krajewska swobodnie się porusza. Na spotkaniu w Muzeum Niepodległości 7 czerwca autorka, z wykształcenia kulturoznawca, pokazała również swoją fachową wiedzę odnoszącą się do medycyny ludowej.

Prapoczątków medycyny ludowej można doszukać się już w starożytności, kiedy to wraz z kształtującą się kulturą zrodziła się ta forma medycyny. Przyczyn chorób dopatrywano się w niekorzystnym oddziaływaniu na zdrowie magii, natury czy demonów. Na przełomie wieków XIX i XX specjalistami w dziedzinie medycyny wśród ludności wiejskiej byli zielarze, guślarze, zażegnywacze, baby, wróże, których darzono społecznym zaufaniem i powierzano im opiekę nad zdrowiem. Praktyki ich zgodne były z wierzeniami i tradycją ludową, uwzględniały kulturę ludności wiejskiej, a ponadto owi praktycy byli zawsze osiągalni – w przeciwieństwie do wykształconego personelu medycznego. Z biegiem czasu i na skutek przenikania na wieś oświaty i rezultatów postępu technicznego oraz rozwoju medycyny naukowej i zwiększenia dostępności do bezpłatnych usług medycznych, zabiegi mistyczno-magiczne zaczęły być wypierane przez metody lecznicze medycyny konwencjonalnej. Dopóki jednak dominowała medycyna ludowa, wierzono że choroba istnieje niemalże jako osobny byt i można ją wygonić albo przenieść na kogoś innego, stosując najprzeróżniejsze magiczne metody, które z dzisiejszej perspektywy jeżą włos na głowie. Alkoholik miał przestać pić po zjedzeniu śliwki, do której wsadzano potajemnie pająka, syfilityk miał ozdrowieć zakopany w gnoju, a niemowlętom kładziono na powieki skorupki jajek, co miało uchronić je przed chorobami oczu.

Rozwój medycyny konwencjonalnej nie przebiegał w tak szybkim tempie, żeby stanowił znaczącą konkurencję dla medycyny ludowej. Aż do XIX wieku dyplomowany lekarz badał pacjentkę właściwie głównie poprzez wywiad, bo obyczajowość zabraniała jakiegokolwiek negliżu. Bywało i tak, że ludowa medycyna szybciej rezygnowała z pewnych błędnych koncepcji. Upuszczania krwi na przykład na wsiach już nie stosowano, a konwencjonalna medycyna wykonywała je z lubością. Wiele przesądów pochodzących sprzed kilkuset lat przetrwało zresztą do dzisiaj, chociażby wstążka zawiązywana na wózku dziecięcym, która ma uchronić je od złego spojrzenia. W dawnych czasach choroba odpędzana była jeszcze bardziej wyrafinowanymi metodami, na przykład poprzez kubek z miodem. Wierzono że zły duch zajęty konsumpcją napoju, zapomni o potencjalnej ofierze. Jednym z najbardziej spektakularnych symboli medycyny ludowej był kołtun zwany z łacińska „plica polonica”. Pęk włosów na głowie, powstający na skutek braku elementarnej higieny, miał być dla ludzi czymś w rodzaju parasola ochronnego przed chorobami i diabłem, rozpowszechnił się w pewnym momencie tak bardzo, że Jędrzej Kitowicz pisał: W Księstwie Mazowieckim, osobliwie między chłopstwem (...), że między trzema głowami chłopskimi dwie musiały być kołtonowate. Ścięcie kołtuna natomiast miało skutkować ślepotą, głuchotą, pomieszaniem zmysłów, krwotokami, a nawet śmiercią od konwulsji. Nic dziwnego że mało kto chciał ryzykować. Najdłuższy zachowany kołtun znajduje się w Muzeum Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego, pochodzi z XIX w. i po rozwinięciu ma 1,5 m długości.

Szczęśliwie żyjemy w czasach, kiedy podejście do leczenia chorób jest już trochę inne, ale zawsze warto wiedzieć, jaka jest genealogia niektórych zabobonów. zanim udamy się do Szeptuchy, wróża czy znachora. O wiele bezpieczniej obcować ze słowiańską mitologią poprzez twórczość Marty Krajewskiej. 

Rafał Podmokły Rafał Podmokły Autor artykułu

Dziennikarz, meloman, biblioman, kolekcjoner, chodząca encyklopedia sportu. Podobnie jak dobrą książkę lub płytę, ceni sobie interesującą rozmowę (SPORT, KULTURA, WYWIAD, LUDZIE).