Festiwal lata

Z Tomaszem Pawlakiem – nie tylko o muzyce

Z Tomaszem Pawlakiem – nie tylko o muzyce
Kapela Tomasza Pawlaka - jeden z kilkunastu muzycznych projektów bohatera wywiadu

Melomanom z naszego regionu i nie tylko znany jest z tylu zespołów grających różne odmiany muzyki, że chyba nie ma kogoś, kto nie kojarzyłby Tomka Pawlaka. Skrzypek, a w zasadzie multiinstrumentalista, grał m. in. w Polish Art Philharmonic, w Kapeli Hanki Wójciak, w Kliszczakach, czy Ziemi Myślenickiej, w której poznał swoją żonę Karolinę.

Czy tak zapracowany muzyk, który na dodatek jest również nauczycielem skrzypiec w Szkole Muzycznej I stopnia im. L. Różyckiego, ma jeszcze czas na inne zainteresowania?

- Na początku wyjaśnijmy pewną kwestię – Tomek Pawlak, skrzypek z Polish Art Philharmonic i Tomek Pawlak, którego nazwisko figuruje w czołówce Myślenickiego Biegu Ulicznego na 10 km to ta sama osoba?

– Zgadza się. To nie jest przypadkowa zbieżność. Ale mój udział w tym biegu też nie był przypadkowy, bo sportem zajmowałem się jako dziecko i chodziłem nawet do klasy sportowej, a do samego biegu też już trochę się przygotowywałem, bo treningi wznowiłem od maja zeszłego roku. Mam zresztą za sobą udział w półmaratonie i właściwie biegam dość regularnie.

– Jaki był twój wynik w tym ostatnim biegu?

– 42 minuty z małym hakiem. I to był mój rekord życiowy.

– Wróćmy do tego, z czego jesteś bardziej znany czyli z muzyki. Grasz nie tylko na skrzypcach, bo widzowie koncertu Ziemi Myślenickiej mogli zobaczyć cię przy fortepianie, a ci, którzy przyszli na koncert Kliszczaków, przekonali się, że i kontrabas nie jest ci obcy. Grasz na instrumentach klawiszowych i strunowych, a próbowałeś swoich sił na dęciakach?

– Kiedyś trochę próbowałem na trąbce, ale to jeszcze nie wszystkie instrumenty, bo ostatnio kupiłem sobie na przykład węgierskie cymbały, na których gra się takimi charakterystycznymi pałeczkami i z pewnością każdy, kto trochę interesuje się muzyką, kojarzy ten instrument. Sama nauka gry na nim to już niezła łamigłówka, bo układ strun nie jest tam tak logiczny, jak w fortepianie.

– W Polish Art Philharmonic zagrałeś też na bardzo niecodziennych instrumentach muzycznych. Myślenicka publiczność mogła cię zobaczyć, jak grasz chociażby na maszynie do pisania.

– Tak, to był utwór Loui Andersona pod takim właśnie tytułem „Maszyna do pisania”. W innym utworze tego kompozytora grałem jeszcze na papierze ściernym i na kowadle.

– Ta „Maszyna do pisania” chyba nie jest taka łatwa, jak się wydaje, bo musisz w odpowiednim momencie trafić z przesuwaniem wałka. Jest jakiś zapis nutowy tego utworu?

– Jest, ale to jest zapis perkusyjny. Ja natomiast uczyłem się tej partii solowej trochę ze słuchu, a trochę z internetu.

– W twojej notce biograficznej można przeczytać, że zacząłeś grać na skrzypcach mając 8 lat. Czy skrzypce zawsze były twoim ulubionym instrumentem, czy może przeżyłeś taką typowo młodzieńczą fascynację gitarą?

– Właśnie do gitary zupełnie mnie nigdy nie ciągnęło. To w ogóle jest jeden z instrumentów, za którymi nie przepadam, podobnie jak choćby za fletem prostym czy poprzecznym. Jakoś nie bardzo pasują mi do orkiestrowego grania w muzyce klasycznej.

– Kto był twoja inspiracją do grania na skrzypcach?

– Tu będzie zaskoczenie, bo nie był to żaden z muzyków klasycznych, ale taka bardzo modna skrzypaczka Vanessa Mae, którą mocno lansowano w okresie, kiedy zaczynałem grać na skrzypcach.

– Każdy kto kiedykolwiek próbował grać na skrzypcach wie, ile trzeba się napracować, żeby wydać z tego instrumentu ładny dźwięk. Ile czasu tobie zajęło dojście do tego momentu?

– Ze skrzypcami jest trochę tak, że im więcej się człowiek uczy, tym większe możliwości tego instrumentu poznaje, a co za tym idzie naprawdę usatysfakcjonowany może być chyba tylko wtedy, jeśli dojdzie do takiego poziomu, że już żadna kwestia techniczna nie sprawia mu problemu. Ja tak naprawdę poczułem, że dobrze gram dopiero po kilku latach studiów na Akademii Muzycznej.

Wcześniej zdarzyło ci się jednak rezygnować z nauki w średniej szkole muzycznej. Co wtedy cię tak zniechęciło?

– Po kilku tygodniach nauki zrozumiałem, że to będzie fizycznie bardzo ciężkie do wytrzymania, bo rozkład zajęć był taki, że musiałem czasami cztery razy dziennie jeździć z Myślenic do Krakowa. Dla chłopaka, który ma kilkanaście lat, to była mordęga. Odpuściłem sobie wtedy i przez 2 lata uczyłem się grać na skrzypcach na własną rękę, korzystając z nagrań czy też z internetu. Po tych 2 latach znowu zacząłem uczęszczać do średniej szkoły muzycznej, ale prawdziwy przeskok jak chodzi o granie na skrzypcach, to była Akademia Muzyczna. Poznałem tam wykładowców, którzy otworzyli mi oczy na ten instrument, no i ćwiczyłem też więcej niż kiedykolwiek, zdarzało się że i po 6 godzin dziennie. W krakowskiej Akademii Muzycznej było podziemie zwane Hadesem, w którym ćwiczyło nieraz na bardzo małej przestrzeni wielu muzyków, grających na różnych instrumentach i nie zawsze człowiek sam siebie słyszał. Ale to było niezwykle twórcze miejsce.

– Grasz w Kapeli Hanki Wójciak, w Polish Art Philharmonic, w Kliszczakach, grałeś w kilku swoich kapelach. Który z tych muzycznych projektów najczęściej wspomagasz na koncertach?

– Zdecydowanie Kapelę Hanki Wójciak. To jest około kilkudziesięciu koncertów rocznie, głównie w sezonie letnim. Koncerty w Polish Art Philharmonic to jest kilkanaście muzycznych wydarzeń w ciągu roku, a w Kliszczakach chyba jeszcze trochę mniej. Nie zmienia to faktu, że każdy z tych rodzajów grania sprawia mi ogromną frajdę. Zespołowe muzykowanie, szczególnie w takiej grupie, którą się zna i lubi, to taki rodzaj przyjemności, że człowiek nie myśli nawet o materialnej stronie tego grania. Z Kliszczakami często jeździmy kawał drogi, żeby zagrać jakiś koncert zupełnie za darmo, bo taką radość sprawia nam samo granie ze sobą.

– Jak byś wytłumaczył tajemnicę sukcesu Polish Art Philharmonic. Gracie przecież w takich miejscach, do których byle kogo nie zapraszają?

– Myślę że złożyło się na to kilka spraw. Po pierwsze ten zespół tworzą tacy ludzie, dla których muzyka to jest coś znacznie więcej, niż sposób na zarabianie pieniędzy, a wbrew pozorom nie jest o takich łatwo. Po drugie Polish Art Philharmonic ma bardzo dobrze działający, nazwijmy to pion administracyjny albo menadżerski. To nie jest przypadek, że gramy w tak znanych salach koncertowych. No i trzecia przyczyna to Maestro Michał Maciaszczyk. To człowiek, przy którym jakakolwiek fuszerka albo granie na pół gwizdka po prostu nie wchodzi w rachubę.

– W Polish Art Philharmonic miałeś okazję występować w salach koncertowych, które chyba trudno nazwać inaczej niż świątyniami sztuki. Które zrobiły na tobie największe wrażenie?

– Musikverein w Wiedniu i Kulturpalast w Dreźnie. Musikverein w zasadzie oddycha historią muzyki. Tam w deskach na scenie są ślady po wiolonczelach, na których grał Casals czy Roztropowicz, a koncertując korzystasz z tych samych pulpitów, na których kładli nuty muzycy Von Karajana. Uważa się, że na świecie są tylko dwie sale koncertowe, które pod względem akustyki dorównują Musikverein – w Bostonie i Amsterdamie. Drezno z kolei zapiera dech niesamowitą modernistyczną architekturą. Widzowie niemal wiszą nad muzykami. Nie sądziłem, że kiedykolwiek będę mógł tam zobaczyć jakiś koncert, a co dopiero grać. Porównując do piłki nożnej, Musikverein i Kulturpalast są jak Wembley,Camp Nou albo San Siro.

– W filmie „Blask” opowiadającym historię pianisty Dawida Helfgotta oglądamy zmagania tego muzyka z III Koncertem Fortepianowym Rachmaninowa. Ten koncert to dla pianisty jak wejście na Mont Everest albo na K2 dla alpinisty. Co jest takim szczytem dla skrzypka? „Kaprysy” Paganiniego?

– Nie, „Kaprysy” to już teraz chleb powszedni dla skrzypka, gra się je w szkole.

– A grywałeś utwory które stanowiły dla ciebie jakieś olbrzymie wyzwanie techniczne?

– Może nie tyle techniczne, bo skrzypek po wejściu na pewien poziom jest w stanie zagrać prawie każdy utwór, ale grając utwory Carla Nielsena czy Williama Waltona sporo się musiałem natrudzić, żeby w ogóle te kompozycje rozczytać, bo są skomplikowane, jak przystało na utwory z XX wieku. Skrzypcowego odpowiednika koncertów Rachmaninowa chyba nie byłbym w stanie wskazać. Zresztą nawet wykonując prostsze utwory da się słyszeć różnicę między skrzypkiem przeciętnym, dobrym i genialnym.

– Czy gry na skrzypcach można się nauczyć samemu nie chodząc do żadnej szkoły muzycznej?

– Jest to bardzo trudne, ale nie niemożliwe. Miałem okazję grać z Dawidem Czernikiem, który pierwszą regularną edukację muzyczną odebrał, gdy miał chyba kilkanaście lat, a gra dzisiaj tak, że słucha się go z otwartymi ustami i właściwie skrzypce są jakby przedłużeniem jego organizmu. Ale do takiej drogi muzycznej trzeba mieć chyba jego talent. Docenił go zresztą nawet Robbie Lakatos, z którym Dawid występował.

– Jakich kompozytorów najwyżej cenisz?

– Najwyżej u mnie na tej liście są chyba Prokofiew i Czajkowski. Ale niewiele niżej umieściłbym Brucknera i Mahlera. Zresztą to, jak u każdego człowieka, zmienia się w czasie. Kiedyś nienawidziłem Mozarta, a teraz go uwielbiam.

– A z muzyki popularnej?

– Tu zdecydowanie wygrywa mój ulubiony zespół Queen. Z polskich wykonawców wielką estymą darzę Skaldów, z którymi zdarzyło mi się nawet występować i właściwie dopiero wtedy poznałem bliżej ich twórczość. Byłem w lekkim szoku, bo okazało się, że niemal każdy ich utwór to przebój. I każdy utwór inny. No i jestem wielkim fanem Bruno Marsa. Uważam, że to jeden z najbardziej utalentowanych muzyków na świecie w szeroko rozumianej muzyce popowej.

– A propos Queen. Byłeś już na „Bohemian Rapsody”?

– Nie byłem, ale słyszałem bardzo skrajne opinie na temat tego filmu. Z całą pewnością jednak pójdę, żeby wyrobić sobie własną.

– Grałeś w tylu zespołach, że wykonywałeś chyba każdy rodzaj muzyki?

– Niekoniecznie. Jazzu na przykład nie grałem. Jakoś nie czuję tej stylistyki. Jeżeli nawet w moim graniu pojawia się jakaś fraza jazzowa, to nie umiałbym określić nawet, jaki to jest rodzaj jazzu. Jeśli jazz, to raczej taki gypsy – swing spod znaku Stefana Grapellego.

– Czego jeszcze nie wiemy o Tomku Pawlaku?

– Może tego że lubi chodzić po górach, a nie bardzo lubi chodzić na koncerty. Pewnie to dziwnie zabrzmi ale nie lubię uczestniczyć w jakimś masowym słuchaniu muzyki.

 

 

Rafał Podmokły Rafał Podmokły Autor artykułu

Dziennikarz, meloman, biblioman, kolekcjoner, chodząca encyklopedia sportu. Podobnie jak dobrą książkę lub płytę, ceni sobie interesującą rozmowę (SPORT, KULTURA, WYWIAD, LUDZIE).